Korpus we Włoszech
Luty 1940

Gołebie i pistolety

Tomasz Pater

Gołębie i pistolety. (ur. 1919r. Wielątki, zm. 1998r. Wierzbowa) Przyszedł na świat w rodzinie bohatera wojny z bolszewikami 1920r. jako jeden z trójki braci (najstarszy Stanisław w składzie I Armii LWP walczył pod Lenino). Ojciec pana Henryka był ułanem w straży przybocznej Piłsudskiego. Za zasługi wojenne otrzymał gospodarstwo w województwie nowogródzkim, na ziemiach wydzielonych z dóbr radziwiłłowskich dla wojskowych. Z tamtych czasów najbardziej utkwiły mu w pamięci pawie dumnie paradujące w okolicy zamku w Nieświeżu. Wybuch wojny i wkroczenie Rosjan oznaczały terror i niepewność o dalsze losy. Właściwą dla Kresów atmosferę tolerancji zastąpiły podejrzliwość i antagonizmy podsycane przez okupantów. Każdy Polak musiał się liczyć z najgorszym. 10.02.1940 roku o godzinie 3 nad ranem do domu państwa Roickich wtargnęło NKWD. Opór był bezsensowny, w pośpiechu zabrali najpotrzebniejsze rzeczy i w krótkim czasie byli już w drodze do Omskiej Obłasti. Znowu zasługi ojca pana Henryka zadecydowały, że zostali osadnikami ale tym razem było to piekło Syberii. Tzw. szkoły przetrwania to niedzielne majówki w porównaniu z wyzwaniem jakim była zsyłka w najdziksze rejony Imperium. Tylko ci, którzy przez to przeszli mogli/mogą zaświadczyć jak ekstremalne to było przeżycie, ile odwagi, odporności fizycznej, psychicznej, wiary i zwyczajnego szczęścia należało mieć, żeby to przeżyć i jeszcze się nie zezwierzęcić. Choroby, wszy, pluskwy, parszywe jedzenie i traktowanie, mordercza praca i niewyobrażalne mrozy dziesiątkowały zesłańców. Układ Sikorski–Majski przyniósł ulgę i wybawienie dla wielu. W jednym dniu z polskich sobak stali się polskimi grażdaninami. Mogli jechać do Andersa, do swoich, ale czy na pewno mogli? Droga do swoich dla wyczerpanych katorgą ludzi nie była łatwa. Pan Henryk wraz z dwoma kolegami udał się do Wojenkomatu, gdzie zorientowali się, że Rosjanie nie pomagają, ani też nie zatrzymują. Dołączyło jeszcze do nich dwóch Polaków dezerterów z Armii Czerwonej. W piątkę, najbliższym pociągiem pojechali w stronę Kirowa, do punktu werbunkowego WP. Podróż poszła sprawnie dzięki krasnoarmiejskim dokumentom dezerterów i zdążyli na ostatni transport poborowych i cywilów do Jangelulu, niedaleko tureckiej granicy. Po dotarciu na miejsce pan Henryk dostał skierowanie na szkolenie saperów, ale przed jego zakończeniem zaciągnął się na ochotnika na organizowany przez Anglików kurs spadochroniarzy, by ostatecznie po kursie w Egipcie zostać kierowcą z przydziałem do 15 Pułku Kawalerii Pancernej w składzie 5 Dywizji gen. Sulika. Zanim wyruszył na front miał okazje poznać miejsca znane z przekazów biblijnych na terenie Palestyny jak np. Góra Tabor czy Jezioro Galilejskie. Jego szlak bojowy zaczął się od Torrento we Włoszech (po tygodniowej podróży przez Morze Śródziemne i miesiącu kwarantanny). Służył w zgrupowaniu wydzielonym, używanym często do zadań rozpoznawczych, nocami biwakowali na tzw. jeża, żeby nie dać się zaskoczyć przez wroga. Ich specjalnością było likwidowanie operujących w oderwaniu od większych jednostek samotnych np. tygrysów, które z boku lub od tyłu były stosunkowo łatwym celem. Brał udział w walkach m.in. pod Bolonią, Anconą i pod Monte Cassino (zaplecze logistyczne). Z powodu obiektywnej sytuacji ale też pasji strzeleckiej kolekcjonował w swoim czołgu broń, najbardziej cenił sobie włoski pistolet Beretta, a jego największym odkryciem był polski VIS w kaburze wziętego do niewoli niemieckiego oficera… Przez cały okres wojny nie odniósł żadnych ran, potłukł się tylko kiedy jego Sherman runął z zerwanego mostu do rzeki z powodu źle oznaczonej nocnej przeprawy. Po wojnie brał udział w przygotowaniach (na terenie Włoch) do kolejnej wojny, tym razem z Armią Czerwoną, ale w momencie największego ich nasilenia zapadła decyzja o demobilizacji. Znalazł się wówczas w Anglii, skąd zamierzał się udać do Kanady, ale po otrzymaniu wiadomości od rodziny postanowił wrócić do Polski. Dowództwo PSZ na Zachodzie pozostawiało wolny wybór, uprzedzając jednak o możliwych represjach ze strony komunistycznych władz. Na nabrzeżu w Gdańsku wrzucił do wody cały swój arsenał i pojechał do Wierzbowej na Dolnym Śląsku, gdzie ułożył sobie życie i w spokoju (szczęśliwie nie niepokojony przez SB) dożył swoich dni. Niezwykłe było jak opowiadał, nie chronologicznie, z przerwami na zamyślenie, nawet gdybym nie chciał, nie miałem wyboru, musiałem się wczuć, to nie było podane na tacy... P.S. Pan Henryk dopóki to było możliwe (od wyjazdu na front) woził ze sobą gołębie, towarzyszyły mu od wyjścia z Rosji, myślę, że jako symbol łączności z utraconym domem rodzinnym, ponieważ akurat o to nie zapytałem wprost.

dyskutuj
comments powered by Disqus