Pobyt w Palestynie - Ziemi Świętej
Wrzesień 1943

Listy od Wuja Mariana

Listy od wuja Mariana. (…) Jak już opisałem, przyjechaliśmy z Palestyny w końcu września 1943 i dokładnie po 3-miesięcznym pobycie wyjechaliśmy do Egiptu. Naturalnie wrażenia te obecnie są zatarte w mej pamięci w skutek upływu tych kilkunastu lat. Pogoda przez cały czas pobytu przypominała nam piękne słoneczne polskie lato. Dnie były czasami zbyt parne i ciężkie. Krajobraz w porównaniu z pustynią iracką piękny, chociaż gdybym pojechał tam teraz, zmieniłbym prawdopodobnie zdanie. Wśród skalistych wzgórz, na których rosną drzewa oliwne, dość dużo pustyni i nieużytków, poprzeplatane uprawnymi polami, a nad morzem piękne gaje pomarańczowe. Byliśmy akurat w sezonie zbierania pomarańczy – a wskutek wojny nie było rynku zbytu, więc właściciele błagali nas, aby zrywać piękne, olbrzymie pomarańcze dla siebie. Tak samo używaliśmy sobie na bananach. Były po prostu za darmo. Okres pobytu w Palestynie pozostawił w mej pamięci obraz intensywnego szkolenia – przygotowywania się do wejścia w akcję. Toteż w czasie ćwiczeń wojskowych przemierzyłem Palestynę wzdłuż i wszerz dziesiątki razy. Jest to wąski pasek wzdłuż morza, nie wiem czy szerszy niż 50km. Ze wzgórz koło Jerozolimy widać Morze Śródziemne, a zaraz w drugą stronę na wschód Jordan i Morze Martwe czyli drugą granicę Palestyny. Większość naszych ćwiczeń mieliśmy na pustyni Negew. Nasz obóz był nad Morzem Śródziemnym, niedaleko historycznego miasta Gaza i musieliśmy jechać około 50km przez północny kraniec tej pustyni do miasteczka (kilkanaście lepianek) Berszeba, gdzie Jakubowi śniła się drabina wiodąca do nieba. Poza tym osiedlem już była tylko pustynia i tam był nasz poligon. Na północ od Berszeby była droga wiodąca przez Hebron – bardzo malowniczo położony na stokach wzgórza. Koło domów winnica na terenach ułożonych jak schody na kamienistym stoku wzgórza. Pokolenia musiały układać te kamyczki w schody, aby zdobyć parę metrów kwadratowych poletka. Dalej ta droga wiodła przez Betlejem do Jerozolimy. W Jerozolimie spędziłem około tygodnia urlopu. Udałem się tam wraz ze Stefka kolegą – Musiałowiczem. Zamieszkaliśmy – po raz pierwszy od wyjazdu z Polski w normalnym mieszkaniu – u Żydów kulturalnych i w dzień zwiedzaliśmy miejsca święte. Muszę tutaj przyznać, że doznałem rozczarowania. Te święte miejsca gdzie stąpały stopy Chrystusa są w najwyższym stopniu zaniedbane. Jest to wskutek rywalizacji kościołów i wyznań. Większość miejsc jest pod tzw. opieką, a raczej brakiem opieki, prawosławnych popów. Wszędzie mury się walą, brud nie do opisania. Dalej dużą znów ilość miejsc mają muzułmanie i porządek taki sam. Katolicy mają tylko swój własny klasztor i bazylikę w Ogrójcu (prawosławni wystawili swoją cerkiew obok na szczęście). To miejsce pod opieką franciszkanów naprawdę uspokaja człowieka. Cisza, spokój, wygodnie, czyściutko. Kontrast nie do opisania w porównaniu np. z bazyliką grobu Chrystusowego. Jest to olbrzymia bazylika, bo pod jej dachem jest Golgota i grób Chrystusowy jednocześnie. Jak już powiedziałem, są tam popi. Brud, zaduch, ciemno. Budynek nadwyrężony w czasie trzęsienia ziemi około 50 lat temu, wali się po prostu i popi nie mają pieniędzy na jego naprawę, a nie pozwolą nikomu innemu dokonać odbudowy, aby nie utracić swoich „praw”. Nawiasem powiedziawszy przed wejściem stale siedzi Arab, który tam stróżuje, żeby ktoś bez wiedzy muzułmanów nie zaczął odbudowy. Po wejściu do wnętrza bazyliki po lewej stronie stoi wymurowana cała ozdobna kaplica (osobny budynek) zawierająca wewnątrz grób Chrystusa. Ponieważ jest to budynek w budynku, więc wewnątrz ciemno spotęgowane kopciem z palących się świec. Wewnątrz bazyliki na prawo od wejścia schody kamienne w rodzinnej skale wiodące na szczyt Golgoty. Droga krzyżowa wiedzie przez wąską uliczkę i w domach poniżej poziomu ulicy są te oryginalne stacje (jedną fotografię posłałem Mamusi). Stacje te też są dość prymitywnie urządzone, brak zmysłu artystycznego i opieki należytej. Są one poniżej poziomu ulicy, ponieważ z wiekami miasto rośnie na gruzach poprzednich budynków. W jednym miejscu katolickie zakonnice mają piwnicę koło drogi krzyżowej i pokazują oryginalne kawałki ulicy jak ona wyglądała 2000 lat temu prawie. Miejsce te od razu odbija się od innych swoją czystością i porządkiem. Takie same wrażenie sprawia też niemiecki niestety kościół Matki Boskiej Śpiącej. Też posłałem Mamusi zdjęcie z tego kościoła. Jest czysty, jasny. Ale na przykład kaplica na wzgórzu Wniebowzięcia podobna do kurnika, bo muzułmanie nie pozwolą nawet na ustawienie krzyża, a nikt nie robi na utrzymanie murów bez okien. Naprawdę wstyd i bolesny to widok. Jedyne ukojenie można znaleźć w Ogrójcu. Po przeciwnej stronie drogi (leży zaraz za murami starej Jerozolimy) jest słynna dolina Jozafata, gdzie ma się odbyć Sąd Ostateczny. Żydzi z całego świata (bogaci) grzebią swych zmarłych na tym kawałku placu tuż pod murami Jerozolimy. Na miejscu świątyni żydowskiej Salomona jest obecnie meczet Omara. Muzułmanie wplatają część biblii w swoją religię i np. Chrystus jest dla nich tylko jednym z proroków. Tak więc oni tu czczą skałę, na której Abraham ofiarowywał Izaaka (miejsce gdzie była świątynia Salomona). Skała ta jest centralną częścią tego meczetu Omara. Trzeba przyznać, że jest to piękny meczet, utrzymany przyzwoicie. W czasie zwiedzania Jerozolimy (starej) oglądałem naturalnie mur płaczu – wygląda dokładnie tak jak na fotografiach czy w kinie. Ulice starej Jerozolimy zamieszkane są przez Arabów, tworzą one nieprawdopodobny labirynt, w kształcie tuneli, bo góra też jest zabudowana. Ruch i handel odbywają się przy świetle sztucznym w nieopisanym zaduchu i smrodzie. Mało nie zemdlałem. Bez przewodnika nie odważylibyśmy się tam wejść. Jednego dnia naszego pobytu spotkaliśmy naszego pułkownika. Przyjechał na dzień i ponieważ nas lubił, a poza tym moja znajomość angielskiego ułatwiała poruszanie się, więc zabrał nas po obiedzie (który nam zafundował) swoim łazikiem nad Morze Martwe. Jest to kilkanaście kilometrów za Jerozolimą, przejeżdża się przez Jerycho, które pamiętam jako na wpół rozwalonych lepianek i po tym droga serpentynami zjeżdża w dół do morza martwego (depresja – poniżej poziomu morza). Naprawdę robi wrażenie niemiłe. W Polsce słowo „pustynia” utożsamiałem z przestrzenią, gdzie nic nie rośnie i nic nie żyje. Tymczasem tak nie jest, w 90% zawsze rośnie jakaś kolczasta trawa, czy krzaki, czy kaktusy i nawet jakieś zwierzątka jak jaszczury, szczury pustynne (jak malutkie kangury), pająki, mrówki olbrzymie czy skorpiony. Tutaj natomiast w tej niecce gładziutka tafla wody mętnej i ani śladu życia ani w wodzie, ani na brzegach, ani na okolicznych wzgórzach. Gdzie droga kończy się zrobiona była plaża, a na brzegu prysznice ze słodką wodą. Naturalnie wszyscy postanowiliśmy się wykąpać. Bardzo dziwne wrażenie w wodzie. Nie można utonąć (tak gęsta woda), bo ciało lżejsze od wody, ale i nie można pływać, bo woda jakoś wyrzuca nogi do góry, a głowa leci w dół pod wodę. Po kilkominutowym pobycie mieliśmy dość tej kąpieli. Zadrapania na skórze i cała twarz, szczególnie gdzie się goli zaczęły tak szczypać, żeśmy dziękowali, że tam były te prysznice ze słodką wodą. Na koniec urlopu pojechaliśmy do Tel-Awiw, tej nowej żydowskiej stolicy. Nowoczesne miasto. Tandetne domy. Nic ciekawego. Tutaj nie mieliśmy trudności językowych. Co drugi żyd mówił po polsku. Po powrocie do pułku mieliśmy jeszcze dwa bardzo intensywne ćwiczenia – manewry. Na jedne przyjechał gen. Sosnkowski (bardzo mi się podobał, jedyny z naszych dowódców – jeszcze o nim wspomnę później w czasie akcji we Włoszech). Były to czysto polskie ćwiczenia z ostrym strzelaniem, a pod koniec naszego pobytu w Palestynie mieliśmy ogólno-alianckie manewry poprzez całą długość Palestyny, przedsmak prawdziwej wojny. Drogi zatłoczone, nigdzie nie można dojechać do wyznaczonych miejsc. Jazda tylko nocami bez świateł. Masa wypadków. Samochód mego przyjaciela na skrzyżowaniu z torem kolejowym wpadł pod pociąg i parowóz wlókł ich przez kilkadziesiąt metrów nim odrzucił ich na nasyp. Cudem wyszli z tego cało – mimo, że drzazgi zostały z samochodu. Po prostu trudno uwierzyć. W czasie tych manewrów z naszego obozu położonego na samym południu Palestyny przejeżdżaliśmy przez całą długość kraju aż do jeziora Galilejskiego, które leży na północnym krańcu Palestyny. Piękna okolica, dużo zieleni. Pomyśleć, że na tych spokojnych wodach Chrystus dobierał sobie apostołów i pływał z nimi czy chodził po powierzchni. Długo nie mogłem nasycić mych oczu widokiem tego pięknego jeziora, bo musiałem dołączyć do naszego pułku, kilka kilometrów w głąb lasków wśród wzgórz. Były tam nasze stanowiska i wiedzieliśmy, ze manewry lada godzina się skończą, bo już doszliśmy do granicy Palestyny. Czekaliśmy tylko na sygnał radiowy. Była piękna, ciepła noc. Jako oficera – rozjemcę, mieliśmy Południowoafrykańczyka, bardzo miłego gościa. W nocy nie spaliśmy, bo ciągle mogli nam spłatać figla i zarządzać pogotowie, więc graliśmy w karty, szachy i opowiadaliśmy sobie różne historie. Wtedy przyjechał ten rozjemca ze sztabu swego i w tajemnicy powiedział nam, że za godzinę będzie koniec tej „wojny”. Przywiózł on ze sobą jakąś paczkę, więc z ciekawością zapytaliśmy się go co ona zawiera. Petardy – była odpowiedź. Miały one imitować nam ogień artyleryjski. Poddaliśmy mu wtedy wspaniałą myśl – Wasz zastępca, pułkownik major, straszny raptus, spał pod siatką przeciw komarom pod jednym z drzew oliwnych. Namówiliśmy więc tego oficera, aby kilka tych petard podrzucił pod łóżko śpiącemu majorowi. Nie trzeba było go długo namawiać, sam poszedł pod wskazane drzewo i zapalił petardy. Myśmy obserwowali z bezpiecznej odległości, aby na nas nie padło podejrzenie. Gdy petardy zaczęły wybuchać koło łóżka – piekło się podniosło, a myśmy się tarzali ze śmiechu w trawie. Major półśpiący klął, kazał strzelać z karabinów za napastnikiem itd. Potem, gdy oprzytomniał, wymyślał od idiotów itd. Odkrył naturalnie sprawcę, ale nic nie mógł mu zrobić. A myśmy uśmiali się zdrowo. Za to, po powrocie do obozu na pożegnanie ten oficer na brwiach chodził. Po tych ćwiczeniach – już była połowa grudnia – dowiedzieliśmy się, ze jedziemy do Egiptu. Droga podobnie jak z Iraku przez pustynię z dwoma nocnymi postojami – dużo krótsza. Pamiętam rankiem naraz zobaczyłem okręt wśród piasków pustyni. Wiedziałem, że byliśmy blisko kanału sueskiego, ale widok okrętu olbrzymiego dotykającego niemal piasku (gdy się patrzy z odległości nie widać wody w kanale) to widok nie do zapomnienia. Jeszcze kilka godzin jazdy, jeszcze kilkanaście km i zajechaliśmy na nowe miejsce postoju, mówiąc po wojskowemu. A dla mnie do nowego czasowego „domu” w mej włóczędze. Zbliżało się Boże Narodzenie.. Ale o pobycie w Egipcie napiszę w jednym z następnych listów. Był to krótki stosunkowo pobyt, bo tylko miesiąc niecały. Może teraz jak zacząłem tu pisać te wspomnienia, to może mi będzie łatwiej kontynuować, a mam jeszcze tyle do opowiedzenia.

dyskutuj
comments powered by Disqus