Korpus we Włoszech
Luty 1944

Listy od Wuja Mariana cz. 3

Maria i Grzegorz Czerniak

Listy od wuja Mariana opisujące jego pobyt we Włoszech. (List z opisem bitwy pod Monte Cassino został zniszczony w obawie przed władzami PRL – przyp. red.) (…) Teraz z nastaniem długich wieczorów obiecałem Mamusi dokończyć opowiadanie moich przeżyć wojennych. Naturalnie po tylu latach większość faktów zatarła się w mej pamięci – pozostały jedynie epizody, których już nic nie wymaże. Ponieważ nie roszczę sobie pretensji literackich, moje nieudolne opisy nie będą tak barwne jak w rzeczywistości i o ile zacznę zbytnio nudzić, proszę mi powiedzieć, wtedy przerwę swoje wypociny. O ile pamiętam dobrze skończyłem na przyjeździe do Włoch. Nie pamiętam czy opisałem już pierwszy miesiąc pobytu we Włoszech czy nie. Jeżeli się powtarzam proszę mi wybaczyć i nie czytać następnych paru stron. Więc dla nawiązania wątku przypominam, że w połowie stycznia 1944 roku załadowałem się na okręt w Aleksandrii z małą częścią mego pułku i po spokojnej względnie, jak na wojnę, podróży morskiej 25 stycznia przybiliśmy w słoneczny ciepły ranek do Tarentu, portu położonego na „pięcie buta włoskiego”. W porcie czekała na nas mała grupka naszych kolegów, którzy przybyli przed nami, parę kilometrów poza miastem w gaju oliwnym koło wioski zwanej Świętą Teresą (bardzo dużo miejscowości nosiło tam nazwy świętych) rozbili namioty, gdzie mieliśmy czekać aż następne partie naszego pułku przepłyną Morze Śródziemne. Wyjaśniam, ze względów bezpieczeństwa, jako zasadę, duże jednostki, jak pułk, rozbijano na małe oddziały i mieszano je na okrętach z podobnymi oddziałami innych dywizji armii, narodowości, rasy itp., aby w razie zatopienia okrętu nie zginął cały pułk czy dywizja, ale z wielu pułków czy dywizji po plutonie czy dwóch – tak małą dziurę można łatwo załatać. Stworzyć cały zatopiony pułk – to wymaga miesięcy, jak nie lat. Dlatego w pobliżu Tarentu spędziliśmy w bezczynności, czekając na resztę kolegów, okrągłe dwa miesiące. Czas spędzaliśmy dość przyjemnie. Były naturalnie ćwiczenia wojskowe (gdzie jest jakieś wojsko bez nich), ale stosunkowo krótkie, bo nie było sprzętu, główny nacisk kładziono na sprawność fizyczną – dużo gimnastyki, marszów, drapaniu się po górkach, murach itp. Pogoda była piękna. Wydaje mi się dzisiaj, że cały czas było słońce, jak w kwietniu u nas. Noce były tylko chłodne, więc w namioty wstawialiśmy różnego rodzaju piecyki, jak blaszanki z benzyny, rozgrzane do czerwoności na palącym się prymusie, lub pocztowi palili w dzień dębowe gałęzie na węgiel drzewny i te rozżarzone węgle w blaszankach trzymały żar całą noc. Spaliśmy w śpiworach – koców było pełno, więc nie odczuwaliśmy żadnego zimna. W dzień zwiedzaliśmy okolice i sąsiednie miasta, Tarent i Bari. Wsie tam na południu Włoch są strasznie biedne. Nie przesadzę jeśli powiem, że tamta ludność niewiele się różni pod względem stopy życiowej a nawet i wyglądu od Arabów mieszkających po drugiej stronie morza. Niektóre osiedla nawet były podobne do wiosek arabskich. Jedno osiedle było wykute w skale – dosłownie cała wieś mieszkała w jaskiniach zmodernizowanych. Toteż kontaktów osobistych w tym okresie nie miałem z mieszkańcami. Naturalnie w tym czasie nie znałem jeszcze włoskiego. Bari – największe miasto w tym okręgu, było bardzo ładne. Tam w katedrze jest grobowiec królowej polskiej – Bony. Bliżej od naszego obozu Taranto. Spędzaliśmy tam każdy niemal wieczór. Miasto też ładne, czyste. Na mnie zrobiły wrażenie kościoły. Muszę przyznać się do sentymentalizmu. Otóż od wyjazdu z Polski przez cały czas (przeszło 3 lata) nie widziałem prawie ładnego kościoła. O kościołach na Litwie nie ma co wspominać za wyjątkiem Kowna, po tym nic, chyba cerkiew w Starobielsku, gdy spałem na rusztowaniu u nóg św. Michała Archanioła, po tym dopiero w wojsku msze polowe, cały czas aż do tej pory. I tutaj dopiero w Taranto, piękne, w czystym baroku kościoły. To już zupełnie takie jak w Polsce. W sklepach naturalnie nic nie można było kupić poza figami, migdałami i marmoladą jabłkową, no i naturalnie winem. Wino to trzeba przyznać było parszywe tak, że nawet nie próbowałem pić – niedojrzałe – jak ocet. Nie odstraszało to jednak szeregowych wszelkich narodowości od zalewania robaka tym miejscowym produktem. Rozrywek było dosyć – kino wojskowe, rewia wojskowa, no i dla nas klub oficerski. O każdym opiszę po jednym epizodzie jaki mi utkwił w pamięci. Do kina chodziliśmy dość często. Jakie tam filmy widziałem to już nie pamiętam, ale nie zapomnę nigdy jednego popołudnia gdy nastąpiła przerwa w dopływie elektryczności. Sala wypełniona po brzegi żołnierzami wszystkich możliwych narodowości, ras, koloru skóry, religii itd. Czekamy jakieś 5 minut, nic, dalsze 10 minut w ciemności – prądu brak. Podziwiam porządek i dyscyplinę tego różnojęzycznego tłumu. Spodziewam się, że lada moment niecierpliwość się wyczerpie i zaczną tupać, gwizdać i awanturować się, ale nic podobnego. Po jakimś kwadransie otworzyli okiennice i naraz na scenie pojawił się jakiś szarak z widowni i zaczął zabawiać nas swoim talentem. Muszę przyznać, że miał wspaniałą mimikę i opowiadał coś wesołego tak dobrze, że cała widownia ryczała ze śmiechu. To zachęciło innych i gdy on skończył swój numer, zeszło 3 innych i zaczęli śpiewać – parodiować i znów bawili widownię przez kilkanaście minut. Po nich znów zjawił się jakiś „rzeźbiarz w powietrzu”. Rzeźbił on w powietrzu tak kapitalne figury kobiet, mężczyzn i całych scen, że ryczeliśmy ze śmiechu. Potem przyszły monologi, śpiewy solowe, tańce itp. Wszystko to sporadycznie wykonywane przez żołnierzy różnych narodowości. Czas przeleciał nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zapadł zmrok i przedstawienie musiało się skończyć, bo prądu tego wieczoru nie było. Było to jedno z najlepszych przedstawień jakie widziałem w swoim życiu. Dla kontrastu opiszę moją przygodę jaką miałem też w Tarento, ale na rewii – pod zarządem wojskowym naturalnie. W tym czasie gdy czekaliśmy rozłączono mnie z Musiałowiczem (tym, który przyjaźnił się ze Stefkiem we Lwowie). Otóż on jeszcze w Palestynie zaręczył się z siostrą szpitalną. Otóż ona przyjechała też wcześniej i pracowała w pobliskim szpitalu polowym i ciągle dzwoniła do mnie czy Boguś (jego imię) już przyjechał i ciągle była w strachu, że Niemcy zatopią jej Bogusia. Stale opowiadała plotki o atakach na konwoje i zatapianiu statków. Były to wymysły, bo jak zorientowałem się z opowiadań kolegów po tym, (a przybyli oni na różnych okrętach w różnych okresach tych 2 miesięcy) to ataków lotniczych było tylko kilka, nieskutecznych z resztą, a o łodziach podwodnych w ogóle nie słyszałem, taka była przewaga aliantów w tym czasie. Więc wracając do tej narzeczonej Bogusia, jednego wieczoru umówiliśmy się, ze spędzimy wieczór razem w Tarento. Najpierw poszliśmy do klubu oficerskiego, ale tam poza napitkami nie było co robić, więc zaproponowałem jej tą rewię w teatrze. Dostałem dobre miejsca w pierwszym rzędzie i zaczęło się „przedstawienie”. Czegoś podobnego to jeszcze nie widziałem, taka szmira. Żebym wiedział, że coś podobnego pokażą na scenie wojskowej, nie zaprosiłbym tej narzeczonej kolegi. Byłem jeszcze młody, więc myślałem, że spalę się ze wstydu. Organizatorzy tej imprezy widać nie mieli żadnych sił artystycznych, ani koncepcji jak urządzić takie przedstawienie, więc zaangażowali pierwsze lepsze dziewczyny z ulicy, rozebrali je prawie do naga i kazali im tańczyć na scenie. Żeby te dziewczyny jeszcze były zgrabne i żeby umiały tańczyć, byłoby wszystko w porządku, ale takie pokrakie, nagie, które się jeszcze nie umiały poruszać na scenie to zbierało mi się na wymioty. Muszę się przyznać, że musiałem ją przeprosić i wyszliśmy w trakcie przedstawienia z powrotem do klubu aby spędzić resztę wieczoru na rozmowie przy kieliszku. Otóż do tego klubu lubiłem chodzić nie tylko, że można było się tam napić dobrych trunków, kawy i dostać dobre papierosy, ale dlatego, że była tam przyjemna atmosfera. Nie był on duży, dwa czy trzy pokoje zastawione stolikami. Goście międzynarodowi – Anglicy, Amerykanie, Hindusi, Murzyni, Francuzi, no i Polacy. Kierowniczką tego klubu była pani starsza, siwawa, kiedyś w młodości przystojna – Angielka. Muszę przyznać, że ona imponowała mi swoim taktem i swoimi zdolnościami uspokajania pijanych. Pamiętam jednego wieczoru wybuchła bójka między Kanadyjczykami i Szkotami czy Amerykanami. Już krzesła weszły w ruch, gdy w tym momencie zainterweniowała ta kierowniczka. Żaden mężczyzna nie powstrzymałby tej bójki już w tym stadium – przeciwnicy byli tak zacietrzewieni. Tymczasem ta spokojna, kulturalna pani cichym, stanowczym głosem zawstydziła tych pijaków i rozeszli się w spokoju. Mówiąc o pijakach muszę jeszcze dzisiaj opisać moje pierwsze spotkanie ze Szkotami. Otóż między naszym obozem a miastem był w połowie drogi obóz szkocki. Myśmy byli pewno jakieś 5-7 km od miasta (już dokładnie nie pamiętam), a Szkoci mieli pewno ze 4 może 3 km do miasta. Każdego wieczora wracając samochodem z miasta do obozu, na skrzyżowaniu dróg na przedmieściach Tarentu czekał tłum żołnierzy pijanych aby ich podwieźć do ich obozów. Nasze samochody szły koło tego obozu szkockiego. Zawsze więc wypełnialiśmy „po brzegi” nasz wóz pijanymi w drzazgę Szkotami i odstawialiśmy ich pod bramę ich obozu. Byłem też pełen podziwu dla ich temperamentu. Pijani Polacy w jakichś 60% szukają zaczepki i awantury, kończącej się bójką. Ci Szkoci, a widziałem ich prawie co wieczór ciągle innych, zawsze byli w doskonałych humorach, śpiewali, żartowali, ani razu nie było żadnej awantury. Raz muszę przyznać spotkaliśmy „nie gentlemana” Szkota. Jednego wieczoru wypełniliśmy wóz jak zwykle pijanymi sojusznikami – odstawiliśmy ich do ich obozu i wróciliśmy do naszego – gdy na dachu samochodu odkryliśmy śpiącego smacznie „rycerza z dalekiej północy”. Więc znowu pojechaliśmy do obozu szkockiego, aby go tam zostawić, ale ich oficer służbowy poznał, że on jest z innego pułku szkockiego – stacjonowanego po drugiej stronie Tarento, jakieś 30km od nas. Ponieważ była już północ, więc postanowiliśmy wziąć go do naszego obozu, aby przenocował, a na drugi dzień zawieźlibyśmy go wozem albo do Tarento lub nawet do jego obozu. Tymczasem nasz pasażer zaczął robić awanturę i kazał się odwieźć natychmiast do swojego obozu. Naturalnie wepchnęliśmy go do pustego namiotu aby się przespał, ale on awanturował się długo zanim sen go przemorzył. Na drugi dzień puściliśmy go pieszo aby odnalazł swój oddział. To był jeden wypadek awanturującego się Szkota pijanego. Teraz Anglicy mi mówią, że pijani Szkoci są awanturnikami. Czasami spotykam w autobusie lub na ulicy pijanego, szukającego zaczepki. Ogólnie biorąc, muszę przyznać, że pijanych tutaj mało. Przyczyna – b. droga wódka – a piwem raczej trudno się upić. Kiedyś w następnych listach muszę opowiedzieć o tutejszych zwyczajach picia alkoholu. Wracając do Włoch. Gdzieś po miesiącu przenieśli nas w głąb lądu jakieś 50km, tak że nasze wyprawy do miasta skończyły się. Zaczął nadchodzić sprzęt i reszta ludzi i 24 marca wczesnym rankiem sformowaliśmy kolumnę i odjazd, kierunek – front. Muszę przyznać, że po przeżyciach 1939 ta myśl o powrocie na front niezbyt mi się uśmiechała. Jak się okazało było zupełnie inaczej. Ale to już w następnych listach, bo jest już późno dzisiaj. Zasyłamy moc uścisków Marian i Joan

dyskutuj
comments powered by Disqus