Styczeń 1941

Aldona Kostanecka-Matraszek

3 września 1941 powiedzieli mi, że na zbiórce po kontroli (jako chory nie chodziłem na te zbiórki) wyczytano moje nazwisko jako zwolnionego z obozu. Pobiegłem zaraz sprawdzić, i gdy się okazało, że to prawda, zacząłem się przygotowywać do wyjścia. Doktor opatrzył mi na drogę jeszcze staranniej moje, już dobrze podleczone, nogi; wprawdzie nie radził iść jeszcze, ale nie chciałem tracić ani dnia wolności, jaka by ona nie była. Było nas zwolnionych wielu, sami Polacy. Następnego dnia rano (nie był to pierwszy dzień zwolnień, wielu już przedtem odeszło) zebrali nas na placu, dali dokumenty, dali podwójną porcję chleba (bardzo dobrego) i po dwa duże śledzie. Potem po kolei wypuszczali za bramę obozu. Nie macie pojęcia, co to było za uczucie znaleźć się za bramą a nie widzieć obok wartownika z karabinem gotowym do strzału i nie słyszeć jego nawoływań. Każdy z nas zaraz po wyjściu siadał na pniach drzewa i siedział, nie wiedząc, co ze sobą robić. Jakieś strasznie dziwne uczucie nas opanowało. Zaczęliśmy gadać, jeść, ale jakoś żaden nie ruszał się z miejsca. Dopiero potem zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Trzeba było pójść do stacji kolejowej i jechać. Stacja była o 30 km. Ruszyliśmy przez las, nie torem, bo tor prowadził do o wiele odleglejszej stacji. Z początku szliśmy zwarcie, ale potem silniejsi poszli naprzód, słabsi zostali, a poza tym nikt nie znał drogi i zaczęli się kłócić, jaką drogą iść. Ja jakoś złapałem kierunek po stronach świata (przydało się harcerstwo) i nie licząc się z innymi poszedłem. Kilku poszło ze mną. Należeliśmy do słabszych, ja z nogami, inni z innych powodów. Szliśmy przez las, w którym rosło masę grzybów i jagód, przez nikogo nie zbieranych. Całą drogę jedliśmy jagody (borówki, poziomki) a co pewien czas robiliśmy postój i gotowaliśmy grzyby. Zapałki dał mi doktor na drogę. Najadłem się za wszystkie czasy. Każdy z nas już z dawnego przyzwyczajenia nie rozstawał się z kociołkiem zrobionym z dużej (2 l.) puszki od konserw. W tych kociołkach gotowaliśmy i potem też mieliśmy z nimi dużą wygodę. Naturalnie przy naszym tempie marszu doszliśmy do stacji dopiero następnego dnia wieczorem. Tam był obóz specjalny dla zwolnionych. Nie było ograniczenia swobody, dawali jeść i można się było przespać. W tym obozie też wydali nam bilety i pieniądze na drogę. (Aha – przed wypuszczeniem nas z obozu każdemu wypłacili zarobki. Mnie nie tylko, że nic nie dali, to jeszcze obliczyli, że ja jestem im winien coś 80 rubli. Nie wiem do dziś, za co. Nie dali mi też z tego powodu żadnego ubrania, a moje zgniło w czasie pobytu w szpitalu. Tak, że wyszedłem w samych dziurach, wiatrem podszytych i bez butów.) Otóż w tym obozie "przejściowym" zaproponowali nam osiedlenie się na terenie Rosji w jednym z czterech miast. Ja nie znałem żadnego, ale pantoflową pocztą dowiedziałem się, że na południu tworzy się armia, więc pytałem, które z tych czterech miast jest najdalej na południe, a potem do niego wziąłem bilet. Dziś już jego nazwy nie pamiętam. Dali mi też około 70 rubli na drogę. W miejscowości tej, gdzie była stacja (a była to osada więzienna z innymi obozami pracy) można było niektóre rzeczy kupić, więc kupiłem sobie notes, ołówek i zapasowe łapcie łykowe. W tym notesie (mam go do dziś) pisałem wszystkie ważniejsze fakty i na jego podstawie piszę teraz. Miejscowość ta nazywała się Plesieckaja na linii Wołogda-Archangielsk. Po załatwieniu wszystkich spraw wsiedliśmy do pociągu (znowu całą grupą, bo tu zeszliśmy się wszyscy), który jechał na południe. Pierwsza większa stacja to Jarosławl. Tutaj skończyła się wygoda. Dotychczas jechaliśmy osobowym pociągiem, a tu już trzeba było szukać sobie okazji. Transporty były zdezorganizowane z powodu działań wojennych, a nawet bez tego zawsze był tam bałagan. W Jarosławlu, na mój dokument, dostałem kawałek chleba po niskiej cenie i coś ciepłego do jedzenia. Potem poszliśmy jeszcze z jednym na stację z powrotem i zaczęliśmy szukać pociągu. Ale to nie łatwo, jak się w ogóle kraju nie zna i nie wie, gdzie co jest. Wreszcie wepchaliśmy się na platformę pociągu ciężarowego, o lokomotywie pod parą i skierowanego na południe. Żadnych innych informacji, co do pociągów, nikt nie chciał i nie mógł udzielić. Naczekaliśmy się strasznie, ale wreszcie pociąg ruszył i dowiózł nas do Iwanowa. Tu znowu pogoń za jedzeniem, coś za darmo na dokumenty, coś po niskiej cenie, w każdym razie było co jeść. Potem innym pociągiem towarowym dojechaliśmy do Murania. Tu to samo. Zawsze przy okazji zwiedzaliśmy każde z przejeżdżanych miast. Przyjeżdżaliśmy przed południem, a odjeżdżali wieczorem, tak, że cały dzień pozostawał na szukaniu jedzenia i zwiedzaniu. Z Murania pojechaliśmy do Arzamas. Po drodze, jak pociąg stawał w polu, zdobywaliśmy (kradli) kartofle z pola, potem po drodze obieraliśmy je, jak był inny postój w polu, gotowali. Na jednej trasie nie mogliśmy się doczekać postoju, więc poszedłem na krótkim postoju do lokomotywy, tam w drodze na palenisku kartofle ugotowałem, rozmawiając w międzyczasie z maszynistami, a na następnym poszedłem z powrotem na wagon do czekającego kolegi. Jechaliśmy już od Jarosławia we dwóch tylko, bo inni pokłócili się co do trasy i rozjechali w różne strony. W Arzamas mieliśmy szczęście, bo udało się nam wkraść do, przepełnionego wprawdzie i już dla dalszych pasażerów zamkniętego, ale osobowego pociągu. Pociągiem tym przez Rozajewkę dojechaliśmy do Penzy. Już jest 18 września. Zaczyna być zimno. Zaczyna brakować pieniędzy i jedzenia. W Penzie są 3 dworce, bardzo od siebie odległe. Na zapytania o pociągi na południe, stale odsyłali nas na inny dworzec i tak traciliśmy czas na wędrowaniu od dworca do dworca. Aż wreszcie znaleźliśmy pociąg, który według nas, nadawał się dla nas. Była tam platforma załadowana obręczami na koła wagonowe, tak złożonymi, że tworzyły wielką rurę, a w tej rurze była słoma (nie wiem po co), wleźliśmy do środka (a trzeba się było kryć, bo był to jakiś pociąg wojskowy i nie wpuszczali do niego). Zagrzebaliśmy się w słomie, otwory z obu stron słomą pozatykali. I tak jechaliśmy bardzo wygodnie. Było miękko i ciepło. Po drodze straszne postoje, ale za to dużo kartofli w polu. 22 września wieczorem przyjechaliśmy do Sizrania. Z Sizrania znowu szczęśliwie osobowym, do Kujbyszewa. 23 września godzina 15 – przyjazd do Kujbyszewa. Tu idziemy do miasta i, o dziwo, spotykamy dwóch polskich oficerów w polskich mundurach. Nie macie pojęcia, co za radość. Po drodze niczego o Armii Polskiej nie mogliśmy się dowiedzieć, a tu od razu, oficerowie w mundurach. Na nasze zapytania objaśnili nas, że w Buzłuku, niedaleko, jest sztab polski, i, że tam można zgłosić się do wojska. No i następnego dnia rano jedziemy do Buzłuku. 24 września zostaję zarejestrowany jako żołnierz i po dwóch dniach razem z całą grupą odesłany do obozu wojskowego. W Buzłuku nie było obozu wojskowego, tylko sztab i punkt przesyłkowy. Jak się zebrała grupa, to ją odsyłali do obozów. Tu dawali dobrze jeść, ale nie dawali nic z ubrania, a było już bardzo zimno. Z Buzłuku odesłali nas pociągiem do Kujbyszewa, a tam po zaopatrzeniu w żywność na drogę statkiem po Wołdze do Saratowa. Stamtąd pociągiem do Tatiszczewa, do właściwego obozu. Tu zastaliśmy już około 10 tys. ludzi. Wszystko, jak my obdarte, głodne, chore, ale pełne dobrych nadziei na przyszłość.

dyskutuj
comments powered by Disqus