Deportacja na Sybir - Archangielsk
Styczeń 1941

Mieczysław Jerzy Marczak - aresztowanie - Lwów styczeń1941r.

Aldona Kostanecka-Matraszek

Dnia 16 stycznia 1941 r. zostałem aresztowany przez dwóch milicjantów. Zaprowadzili mnie na 9 posterunek milicji przy ul. Żółkiewskiej, gdzie poddano mnie szczegółowej rewizji (zabrali mi kilka drobiazgów, bo ostrzeżony przez milicjanta prawie nic z niedozwolonych rzeczy przy sobie nie miałem) i dodatkowemu przesłuchaniu. Przesłuchanie trwało ok. 2 godz. Potem spisano protokół aresztowania, wzięto odciski palców, kazano podpisać i zaprowadzono mnie do piwnicy. Tam przesiedziałem do następnego dnia rano. Jeść nic nie dawali, ale miałem przecież ze sobą trochę jedzenia. Następnego dnia rano (nie wiem, która była godzina, bo zegarka nie miałem) samochodem ciężarowym pod eskortą dwóch milicjantów przewieźli mnie do więzienia przy ul. Jachowicza. Tam poddano mnie kąpieli, strzyżeniu włosów i zrobiono fotografie z numerami na piersiach. Tam siedziałem dwa dni w warunkach możliwych. Było dosyć czysto i nie bardzo ciasno. Miałem na podłodze wystarczające miejsce do spania, a na środku celi było też małe miejsce do spacerowania. Po dwóch dniach przeprowadzili mnie wraz z całą grupą do więzienia „Brygidki”. Tam już warunki były o wiele gorsze. Przede wszystkim straszna ciasnota i brud. Na zupełnie małej celi: ok. 8 na 4 metry, było nas ponad czterdziestu (stan się ciągle zmieniał). O normalnym spaniu nie było mowy. Można było najwyżej siedzieć i to bardzo niewygodnie. Mimo otwartego okna, mrozu i niepalenia w piecu, było strasznie gorąco. Wszyscy siedzieli w bieliźnie. Jedzenia dawali pół kilo chleba rano i czarną lurę zwaną kawą, zupa w południe (trochę rozgotowanej kapusty) i zupa wieczorem (to samo). Brakowało naczyń do jedzenia, trzeba było jeść po kolei. Ja przez pierwszy tydzień poza chlebem nie jadłem nic, bo nie mogłem znieść zapachu tej zupy i brzydziłem się wspólnymi naczyniami. Potem zmuszony byłem zacząć jeść, ale zawsze z obrzydzeniem. W łaźni ukradli mi 40 rubli (jedyne, które miałem) i jak była możliwość kupienia chleba lub papierosów, to nie mogłem z niej skorzystać. Musiałem wymieniać części garderoby i bielizny na papierosy. Siedzieli ze mną różni ludzie, ale najwięcej niewinnych. Np. jeden chłop bogaty spod Sambora, który z jednodniowym opóźnieniem zapłacił podatek, bo nie było go w domu, jak przyszedł nakaz płatniczy, dostał 5 lat. Inny, rzeźnik, nakarmił swego psa w rzeźni odpadkami, dostał 5 lat. Inny, Żyd, u którego w kamienicy we wspólnej piwnicy znaleźli zakopany pistolet dostał 10 lat. I mniej więcej wszyscy w ten sposób. Wielu z nich jeszcze nie było sądzonych. Np. jeden, jadąc do domu ze Lwowa po przewiezieniu towaru znalazł na drodze trochę wapna, które prawdopodobnie spadło z innych sani. Zabrał je, a potem wstąpił do knajpy na kieliszek. W tym czasie aresztowano go i nawet nie wiedział co się stało z końmi i saniami. Było kilku za bijatykę, kilku za drobne kradzieże, maszynista kolejowy, który miał mały wypadek, restaurator, który sprzedawał samogon i inni drobni przestępcy. Kilkunastu było przed sądem i nie wiedzieli za co siedzą. Niektórzy z nich siedzieli już ponad rok i nie doręczono im ani aktu oskarżenia, ani nie wzywano na dochodzenia czy rozprawę. Życie w celi upływało na gadaniu i spaniu. Na spacery nas nie wyprowadzali. Było kilku, którzy opowiadali bajki a reszta słuchała. Inni opowiadali swoje przeżycia, np. był jeden, który przyjechał z Kanady. 28 stycznia zawołali mnie i kilku i kazali z wszystkimi rzeczami przechodzić do innego budynku. Tam przeprowadzili dokładną rewizję, rozebrali wszystkich do naga, przeglądali wszystkie rzeczy i zabierali przede wszystkim przedmioty metalowe. Mnie odpruli sprzączki od butów i klamry od płaszcza, guziki metalowe od spodni , zabierali pieniądze metalowe, medaliki i in. Potem przepędzili nas na małą celę, gdzie już ciasnotę trudno opisać. Siedzieliśmy tam dwa dni a raczej przestali ten czas. Kilku zemdlało, to ich strażnicy wynieśli na korytarz i tam na posadzce zostawili, a jak oprzytomnieli, to z powrotem do celi. Żeby się przekonać czy nie udają , skopali ich i zbili przy tej okazji. Cały ten okres przeżyłem jakby półprzytomny. Nie bardzo sobie zdawałem sprawę co się ze mną dzieje i co będzie dalej. Dużo spałem, nic nie mówiłem i prawie nic nie myślałem. Raczej śniłem na jawie o jakichś fantastycznych rzeczach (dziś już nie pamiętam). Nie tylko, że traktowałem to wszystko jak koszmarny sen, jakoś nie przejmowałem się niczym. Opanowała mnie kompletna apatia. 1 lutego późnym wieczorem wyprowadzili nas na podwórze i stamtąd partiami zabierały nas więźniarki (samochody). Ilu nas było, nie wiem, ale bardzo dużo. Wieźli nas na Janowską Rogatkę, gdzie na wiadukcie nad torami kolejowymi nas wyładowywali i prowadzili do podstawionego pociągu towarowego. Zejście z drogi na tory było strome i śliskie, a noc była ciemna i silny wiatr ze śniegiem. Konwojenci byli z psami. Jeżeli ktoś się wywrócił, to zaraz dobierały się do niego psy. Kilku doszło na miejsce z podartymi spodniami i pokrwawionym tyłkiem. Ładowali nas po czterdziestu do normalnego bydlęcego wagonu. Wewnątrz były piętrowe prycze i piecyk żelazny na środku. Było dosyć ciasno, ale lepiej jak w więzieniu i strasznie zimno. Opał do piecyka dali dopiero przed wyruszeniem. Dali po jednym wiadrze węgla na dwa dni . Jak się paliło było ciepło a nawet gorąco ale potem przez długi czas strasznie zimno. Po drodze dawali jeszcze parę razy węgiel, a do jedzenia śledzie i kipiatok codziennie, no i chleb. Tylko jednego dnia nie dostaliśmy nic. Najgorszy był brak wody. Po śledziach strasznie się chciało pić, a kipiatoku wystarczało po kubku na jednego (wiadro na wagon). Przez małe okienko zgarnialiśmy śnieg z dachu ale tego na długo nie starczało no i nie pozwalali, można było tylko w nocy. Dwa razy dziennie sprawdzali stan. Wchodziło dwóch żołnierzy do wagonu a dwóch stało zewnątrz z karabinami. Przepędzali wszystkich na jedną stronę wagonu, obstukiwali wszystkie ściany drewnianymi młotkami czy nie ma uszkodzenia (próby ucieczki), potem przeprowadzali na drugą stronę wagonu, licząc i obstukiwali drugą połowę. Robili to w różnych porach i zawsze strasznie wyziębiali wagon, bo drzwi w czasie tej operacji były otwarte. Z takimi przyjemnościami przejechaliśmy kawał Rosji, jadąc przez stację graniczną koło Zdołbunowa (nie pamiętam nazwy), Moskwę, Wołogdę i dnia 14 lutego dotarliśmy do celu. Był to obóz kilka kilometrów od kolei , niewielki ale stary. Z ludzi wolnych był tam tylko jeden, komendant. Poza tym sami więźniowie. Strzelcy pilnujący innych też byli więźniami. Praca w tym obozie polegała na przygotowywaniu do załadowania i załadowaniu drzewa na wagony. Było ok. 600 ludzi. Ja przeziębiłem się w drodze i miałem gorączkę. Wykorzystałem to i od razu poszedłem do szpitala obozowego. Nie było nadzwyczajnie, ale zawsze lepiej, jak chodzić do pracy. Przynajmniej ciepło, możność leżenia i jedzenie podane na talerzu, wprawdzie to samo co dla innych, ale zawsze estetyczniej. 1 marca około połowy stanu obozu poszło na „ETAP”, tj. w drogę do innego obozu. Ja byłem między nimi. Teraz przeprowadzili nas piechotą ok. 60 km do obozu nowego wybudowanego niedawno o nazwie „Osinowka”. Tutaj weszliśmy do baraku, w którym jeszcze nikt nie mieszkał. Było to dobre i złe. Szczególnie pierwsze dni. Rozmarzał śnieg na deskach i kapał na nas. Było wiecznie mokro, ale po kilku dniach się wysuszyło i było dobrze, bo nie było robactwa jak w innych barakach. Ja w tym baraku byłem kilka dni tylko, bo w drodze przeziębiłem się jeszcze bardziej (wprost ze szpitala poszedłem w drogę) i miałem ciągle gorączkę. Wreszcie wzięli mnie i tu do szpitala. Tu w szpitalu było dobrze. Każdy miał łóżko z pościelą, jedzenie specjalnie dla chorych, ciepło, a co najważniejsze zarządzającym szpitala był Polak spod Kijowa. Siedział już 8 lat w obozach. Starszy jegomość nazwiskiem Góralewicz. Jakoś mu się spodobałem i potem, jak już się lepiej czułem, wieczorami, po wyjściu doktora, chodziłem do jego izdebki i tam gadaliśmy sobie i popijali herbatę (prawdziwą). Normalnie ze mną nie rozmawiał, tylko służbowo i tylko po rosyjsku, ale tam u siebie mówił po polsku. Strasznie się interesował Polską, wypytywał się o wszystko i opowiadał o sobie. Aresztowali go za kułactwo. Siedział 3 lata i wypuścili go z przesiedleniem. Przesiedlili z rodziną do Archangielska. Tam on urządził się dobrze, bo założył restauracje i w okresie wypraw podbiegunowych, dostarczał wszystkiego na okręty dla podróżników. Zarabiał na tym bardzo dobrze. Ale przyszli po niego i powiedzieli mu, że go aresztują za niezadowolenie z sowieckiej władzy. On się wypierał, powiadał, że nigdy nie było mu tak dobrze, że powodzi mu się właśnie teraz lepiej i jest bardzo zadowolony, ale oni mu powiedzieli: „Jak ty możesz być zadowolony w Archangielsku, jak pochodzisz z Ukrainy? Przecież to niemożliwe, a ponieważ wysiedliła cię sowiecka władza, to musisz być z niej niezadowolony.” I aresztowali. Raz na rok odwiedza go żona i przywozi mu różne smakołyki z restauracji, którą prowadzi sama dalej. Poza tym przysyła mu paczki. Stary już się z losem pogodził i teraz uważa tylko, żeby mieć dobrą funkcję i jako tako żyć, jako więzień. Ponieważ jest stary i spokojny, powodzi mu się znośnie. Pod koniec marca wyszedłem ze szpitala. Byłem mocno osłabiony, ale czułem się już nieźle. Poszedłem na robotę do lasu ścinać drzewa, obcinać i palić gałęzie. Robota nienajgorsza, na świeżym powietrzu, ale ja byłem za bardzo osłabiony. Ześlizgnąłem się z pnia powalonego nad wąwozem i spadając z kilku metrów zraniłem się toporem. Rozciąłem sobie kolano przez spodnie do kości. Kilka dni znowu nie chodziłem na robotę. Zagoiło się dobrze i prędko. Poszedłem znowu do lasu i dostałem paczkę od Was. Strasznie się nią ucieszyłem, nie tyle jej zawartością, ile po prostu, że dostałem. Wprawdzie z tej paczki zaledwie połowę zjadłem, bo poza tym, że dzieliłem się z innymi, to mi jeszcze część ukradli. W tym czasie znowu się zraniłem w nogę. Topór odskoczył od zmarzniętego pnia i uderzyłem się w stopę. Rana nie była wielka i wydawało się, że to nic, ale ponieważ już nie miałem butów (buty i płaszcz sprzedałem za jedzenie, papierosy i machorkę) a nogi miałem owinięte szmatami a na nich z łyka plecione łapcie, wiecznie miałem przemoknięte te szmaty i wywiązało sie zapalenie krwi. Jeszcze na następny dzień poszedłem do pracy, ale ledwo wróciłem i od razu do szpitala. Żadnych środków nie mieli. Zostawili ranę samej sobie, żeby się goiła. Powiedział doktor (też więzień), że jak za kilka dni będzie gorzej, to nogę utnie. Strasznie się tego bałem, ale jakoś na szczęście wyszedłem. Po tygodniu już mogłem od biedy chodzić, a po dwóch wyszedłem ze szpitala. Po wyjściu ze szpitala już nie poszedłem do lasu, tylko na skład przy torach kolejowych. To było lepsze, bo bliżej, 4 km, a do lasu po 8 i 10 km. Poza tym tu śnieg był mniejszy i udeptany. Praca polegała na kłuciu dwumetrowych kłód na cztery, a grubszych na osiem części, jako opał do lokomotyw. Jedzenie w tym obozie było niezłe, jak na tamtejsze stosunki. Komendant był „wolny”, a reszta wszystko więźniowie, a było nas ok. 2000, wiec starali się wszyscy z administracji, żeby było jak najlepiej. Na ogół i stan zdrowotny był niezły i samopoczucie. Było nas ok. 600 Polaków i trzymaliśmy się razem i wzajemnie bronili. W ogóle to był możliwy okres. Wprawdzie mrozy przekraczały 60°, ale opału było dosyć, nowe, porządne baraki, w lesie wiatru nie było, ubranie, jak kto nie miał dobrego, dawali, tak, że ludzie ze strachem myśleli, że trzeba będzie iść do innego obozu i każdy starał się jak najdłużej tu zostać. Ale 7 maja przyszedł etap. Kilkuset z nas przegnali do innego obozu. Droga była straszna. Na otwartej platformie, przy silnym mrozie i przy zawiei jechaliśmy ok. 80 do 90 km. Nie wiem, jak długo to trwało, bo skostniałem. Po przyjeździe na miejsce nie mogłem zleźć z wagonu. Żołnierz zwalił mnie w śnieg, bo pociąg ruszał, a ja i tam nie mogłem się nawet ruszyć. Powoli jakoś udało mi się rozprostować i wstać i pójść do baraku. Barak nie opalany, pusty, prycze gołe. Tak zostawili nas od wieczora do rana. Spałem dobrze i następnego dnia wstałem zdrowy i dobrze się czułem. Nawet nie miałem kataru. Ten obóz (7 O.L.P.) był jednym z najgorszych. 6000 ludzi, w tym ok. 2000 Polaków. Jedzenie pod psem. Baraki fatalne, stare, zarobaczone (pluskwy), pod względem sanitarnym też do niczego, także wpadliśmy strasznie. Praca przy wyławianiu drzewa z rzeki (ze spławu), ustawianiu w olbrzymie stosy (po 300m długie i 15 do 20m wysokie) i ładowaniu na wagony. Całe szczęście, że zaczęła się robić wiosna. Do pracy mieliśmy 4 km z obozu torem kolejki wąskotorowej. Jak zaczął tajać śnieg, to była jedyna droga, bo reszta to się zrobiło bagno. Plac pracy (2 na 2km). Ogrodzony z trzech stron parkanem z budkami ze strażnikami, a z czwartej strony rzeka. Rzeka Onega, duża, rwąca, zimna. Za rzeką widziało się ludzi pracujących w polu, potem zieleń i zboża. Zdawało się, że się patrzy na inny świat, jakby na film. Cały wolny czas przesiedziałem nad rzeką. Jak się zaczęła pogoda wiosenna, zachorowałem na plewryt. Doktor, więzień, profesor Kijowski, powiedział, że mi ropę wypompuje z płuca, ale, że to pomoże tylko wtedy, jak potem pójdę do pracy i będę się starał pocić i męczyć. I wyciągnął mi ok. pół litra ropy z prawego płuca, poleżałem trzy dni, a potem do pracy. Całe szczęście, że nadeszły dni ciepłe, słoneczne. Wydobrzałem szybko. Tak pracowałem do 11 lipca. Było już bardzo ciepło. Żarły nas komary, dokuczały małe muszki, nie dawały spać „białe noce” (ciągle jasno). Ten okres wiosny i lata był lżejszy, jeśli chodzi o zdrowszych, ale zabójczy dla słabszych. Ja czułem się już dobrze i nawet kilka razy kąpałem się w Onedze, mimo, że na głębokości 2 metrów był lód, ale inni zaczęli chorować. Przede wszystkim rozpoczęła się epidemia czerwonki. Z początku choroby mieli dobrą opiekę w szpitalu (dobrą na tutejsze stosunki), ale potem, jak ich było więcej, już szpital nie mieścił i zrobili osobny obóz z drutami, do którego zapędzali wszystkich podejrzanych o czerwonkę. Tam mieli kilka namiotów i baraków i tam sami żyli. Nie wolno było się do nich zbliżać, nie wolno im było wychodzić. Jedzenie w kotle przynosili im do drutów, a oni sami już go rozdzielali miedzy siebie. Nawet, jeżeli ktoś zdrowy się tam do nich dostał, to musiał zachorować. Marli strasznie. Nazwaliśmy ten obóz obozem śmierci. Bardzo niewielu wracało stamtąd żywych. Śmiertelność w tym czasie wynosiła do 20 dziennie. Marli i inni nie będący tam. Marli na jakieś nieznane choroby, ale wszystko na tle wycieńczenia. Jedyna rada byłoby dać lepsze jedzenie i nie pędzić do pracy, ale tego nie chcieli czy nie mogli zrobić. Wielu zmarło przy pracy. Po prostu przewrócił się i więcej nie wstał. Ludzie chodzili jak cienie. Niektórzy zaczęli szukać różnych odpadków i roślin do jedzenia, ale to było jeszcze gorsze bo sprowadzało czerwonkę. Ja nie wiem, jak by było ze mną, ale w tym czasie zmobilizowali lekarzy Rosjan, a lekarzem naczelnym obozu został Polak. Ten, poświęcając się niekiedy, bo groziło mu zawsze pójście z nami do pracy, pomagał Polakom jak mógł. Mnie też bardzo pomógł. W tym czasie pracowałem przy uprzątaniu kory z placu. Ponieważ kora leżała niekiedy w wodzie, pracowałem boso. Pod wodą był lód, a w lodzie wmarznięte porwane liny stalowe. Nie czując tego, pokaleczyłem sobie stopy o te liny i po kilku dniach już nie mogłem chodzić, tak mi oropiały. Poszedłem do doktora, a ten zwolnił mnie od pracy i zaczął leczyć, ale niezbyt pośpiesznie, żeby jak najdłużej nie pracować. Do szpitala nie chciał mnie brać, bo było mało miejsc, a wielu Polaków potrzebowało bardziej szpitala, bo tam było lepsze jedzenie. Ja się też nie pchałem. Nie robiłem nic, jeść dawali, tak, że odpoczywałem i nie wycieńczałem się. Za to robiłem wszystko żeby tylko nie dostać czerwonki. Przestrzegałem higieny jak tylko można to było robić w tak prymitywnych warunkach. W tym okresie przyprowadzili do nas 1000 inwalidów – więźniów, ewakuowanych z obozów bardziej na zachód, bliżej frontu. Przyszli piechotą ok. 400 km. Widok straszny. Najwięcej było ślepych a potem kulawych. Widziało się taki obrazek: jeden o kulach, bez jednej lub obu nóg, prowadzi do ustępu lub do kuchni czterech albo pięciu ślepych. Cały ogonek ludzi, trzymających ręce na plecach poprzednika. Makabryczny widok. Ci inwalidzi nie pracowali wprawdzie, ale dostawali mniej jedzenia i mieszkali w gorszych warunkach, bo ciasno i w najgorszych i najstarszych barakach. Było między nimi wielu Gruzinów, Uzbeków, Kazachów i in. tym podobnych. Mahometanie wyśpiewywali swoje modlitwy w porach oznaczonych przez Koran, a strażnicy bili ich za to. Taki mahometanin nie przerywał śpiewania mimo, że strażnik kopał go, bił i maltretował. Przestawał dopiero, jak się zalał krwią i utracił przytomność. Ja na to wszystko patrzyłem już z okien szpitala. Jak się zluzowało trochę w szpitalach (słabsi pomarli, zdrowsi poczuli się lepiej), znajomy już dobrze doktor zabrał mnie do szpitala na moje nogi, które później już mimo zabiegów bardzo starannych , nie chciały się goić ani rusz. I klimat bagienny i wycieńczenie powodowały, że ropienie nie ustępowało a periodycznie stawało się coraz większe. W szpitalu mogłem leżeć. To było lepsze, bo nie drażniłem ciągle stóp, jak poprzednio, chodząc. Potem doktor kazał mi zrobić specjalny opatrunek z waty, tak, że mimo iż całe stopy były banią ropy, pozwalał mi jako tako się poruszać i żeby nie narazić się na jakieś zarzuty, że długo siedzę w szpitalu, zrobił mnie sanitariuszem. W szpitalu byłem od 7 VIII (nogi poraniłem 11 VII). Jako sanitariusz nie miałem zbyt ciężkiej pracy. Do mnie należało: asystowanie przy opatrunkach i zabiegach chirurgicznych, roznoszenie po salach jedzenia, gotowanie „czaju” (to była namiastka z suszonych jagód, dość dobra), przygotowywanie i wyjaławianie opatrunków, pranie użytych bandaży i granie w szachy wieczorami z doktorem. Raz na jakiś czas miałem nocny dyżur, to znaczy nie mogłem spać i musiałem ciężej chorych obsługiwać w nocy. W tym okresie naprawdę dobrze wypocząłem. Jedzenie lepsze, palenia też więcej i spokój. Prowadziliśmy długie dyskusje z doktorem i jakoś czas leciał. Pomagaliśmy też wspólnie Polakom, bo niejednokrotnie doktor, z racji swego urzędu, nie mógł tego robić sam, więc ja, co mogłem, to robiłem. Przetrwałem w ten sposób do 3 września.

dyskutuj
comments powered by Disqus