Układ Sikorski-Majski 30 lipca 1941 (Londyn)
Styczeń 1942

Mieczysław Jerzy Marczak - wyjazd z Rosji

Aldona Kostanecka-Matraszek

14 grudnia był u nas gen. Sikorski. Była wielka uroczystość, defilada, przegląd i obietnica rychłego wyjazdu. Nastrój dużo lepszy po tej wizycie, tym bardziej, że dostaliśmy wreszcie buty angielskie, skórzane i solidne i skarpetki wełniane oraz menażki, manierki, hełmy stalowe, koce, bieliznę wełnianą ciepłą, dużo mydła i furażerki. Te ostatnie na nic się nie przydają, bo są lekkie i zlatują z głowy na wietrze. Nastrój coraz lepszy i nawet na ćwiczenia chętniej chodzimy. Coraz silniej każdy ściska karabin w garści. 24 grudnia. Święta. Tutaj święta wyrażają się przede wszystkim odpoczynkiem, bo nie ma ćwiczeń i co najważniejsze, lepsze jedzenie. Dali podwójną porcję chleba, lepsze obiady przez dwa dni, cukru, trochę sera i masła i po kieliszku wódki. Nastrój dobry, ale strasznie melancholijny – wspomnienia opanowują ludzi tym mocniejsze, że jest czas wolny, siedzi się w baraku na pryczy i myśli. Ktoś śpiewa kolędy, ktoś popłakuje, wszyscy siedzą jacyś osowiali. Właściwie czekamy, żeby się święta skończyły, bo ciężko wytrzymać. Nawet listu napisać nie można, bo wszystko za frontem. 11 stycznia 1942 roku składamy wszyscy przysięgę. Też wielka uroczystość. Na placu zebrana cała dywizja i wszyscy przysięgają, naturalnie ci, którzy nie byli przedtem w wojsku, bo tamci nie zostali ze złożonej przysięgi zwolnieni. 15 stycznia wyjazd. Wymarsz na stację po południu i czekanie do 2 w nocy na stacji. Wreszcie w wagonach. Jedziemy w takich samych wagonach jak jechałem na północ, ale nieco mniej w wagonie, więc luźniej, poza tym otwarte drzwi i więcej opału. Jedzenie lepsze. Jedziemy na południowy wschód. Kierunek na Taszkient. Aha, przedtem zapomniałem napisać, że z Tatiszczewa ci, co chcieli, mogli się zwolnić z wojska i jako cywile jechać do Taszkientu. Wielu to zrobiło, szczególnie Żydów, którym się nie podobało w wojsku. Jechali na południe i po kilku tygodniach zaczęli wracać. Opowiadali, że straszne warunki, że nie ma co jeść, gdzie mieszkać i że nikt się nie opiekuje tymi cywilami. Poza tym panują choroby i ludzie bez opieki lekarskiej mrą jak muchy. U nas w obozie było stosunkowo mało chorych, bo zima nie sprzyja chorobom. Wypadków śmierci było bardzo mało. Otóż teraz jedziemy w tym samym kierunku. Ale jedziemy razem i jako wojsko. Jest coraz cieplej i coraz lepsze nastroje. Po drodze od czasu do czasu dają nam gorące posiłki na stacjach a poza tym dostajemy jedzenie do rąk i sami na piecykach w wagonie gotujemy w menażkach. Całą dobę piecyk się pali i ktoś coś pitrasi. Jest wesoło i jedzie się dobrze. 18 stycznia dostaję awans na starszego strzelca. Rozkaz odczytano w wagonie w czasie biegu pociągu. Wielu ludzi zostaje na stacjach, ale potem pociągami osobowymi doganiają nasz transport. Przejeżdżamy Uralsk, pasmo gór i potem wzdłuż pasma Tian-Szań, po jego północnej stronie dojeżdżamy do miasteczka Karabalty. Tu się rozładowujemy i 12 km idziemy piechotą do wsi Wozniesienowka. (jesteśmy o 50 km na zachód od Frunze). Kwaterujemy w szkole, część po chałupach. Kompania Warsztatowa, do której należę, chodzi na pracę do cukrowni albo do kołchozowych stacji naprawczych dla traktorów. (Dojechaliśmy 25 stycznia). Praca nasza jest w ten sposób zorganizowana, że podzieleni jesteśmy na kilka grup, które w różnych miejscach starają się wykonać zaległości w pracy, spowodowane oficjalnie wojną, a właściwie znanym sowieckim bałaganem. Jesteśmy z tego zadowoleni, bo przynajmniej nie siedzimy w domu i nie nudzimy się a pożytecznie spędzamy czas. Ja jestem co kilka dni przydzielany do innej grupy, żeby zapoznać się ze wszystkimi działami pracy, a szczególnie ze wszystkimi typami traktorów. Warunki pracy są takie, że przeważnie na tydzień idziemy na dane miejsce, tam mieszkamy i dostajemy jeść a na sobotę i niedzielę wracamy do kompanii, żeby poprać i zmienić, co trzeba. Przeważnie jest to kilka albo kilkanaście kilometrów, które robimy piechotą, bo nie ma innych możliwości. Równocześnie w kompanii nie zmniejszają na nas przydziałów żywności, tak, że mamy teraz jedzenia nawet więcej niż można zjeść, więc odstępujemy część innym kolegom z niepracujących kompanii. Pracowałem najpierw przy remoncie różnego typu traktorów. Praca mogłaby być bardzo ciekawa, ale nie w tych warunkach. Pracowało się na dworze, najwyżej pod otwartą szopą, a mróz, jakkolwiek niewielki, jednak był. Poza tym nie było odpowiednich narzędzi ani części zamiennych, tak, że właściwie to było klecenie a nie remonty. Można by było w tym czasie i przy pomocy takich fachowców, jacy tam byli, zrobić naprawdę dużo, a zrobiliśmy bardzo mało. Tyle skorzystałem, że naprawdę poznałem typy sowieckich traktorów, na których bazowane są sowieckie czołgi. Ostatnio pracowałem w cukrowni w Krabaltach. Tam warunki pracy lepsze, bo w budynku, w cieple i trochę lepsze narzędzia. Pracowałem przy remontach różnych maszyn i trochę w narzędziowni. Tam już nie mieszkaliśmy, tylko codziennie chodziliśmy 12 km do domu. To było najgorsze, bo często był deszcz i błoto, a droga bardzo podła. Często chodziliśmy torem kolejowym, ale to bardzo męczące skakanie po progach. 4 lutego zostaję przeniesiony do Szkoły Podchorążych Broni Pancernej 10 km na zachód do wsi Kainda. Idziemy tam w kilku piechotą. Kwaterunek w „Klubie”, ale z pryczami, dosyć dobrze. Spotykam tu przypadkiem Helę Duszankę, jako żonę kapitana Żymierskiego (nie tego marszałka). Znowu zaczyna się ganianie straszne po polach bez względu na pogodę. Sprzętu żadnego nie mamy i na razie przechodzimy przeszkolenie piechoty. Teren podmokły bez śniegu, a my cały dzień w polu na ćwiczeniach. Trochę wykładów, ale bardzo mało. Przed przyjściem do tej szkoły dostaliśmy już prawie kompletne umundurowanie angielskie, co jest bardzo dobre, bo ciepło i porządnie, ale znowu strasznie dużo czyszczenia po ćwiczeniach i tarzaniu się w błocie. Cały wieczór zawsze zajęty doprowadzaniem munduru i oporządzenia do porządku. A pasty do butów nie ma! Jedzenie znowu gorsze jak w batalionie, ale nie najgorsze. W międzyczasie zmieniliśmy kwatery (o 2 km) do szkoły. Tam jest gorzej bo ciaśniej i nie ma prycz, a śpi się na podłodze, więc strasznie brudno, bo błoto. Ale to już niedługo. 26 marca wieczorem wielkie wydarzenie: WYJEŻDŻAMY Z ROSJI!

dyskutuj
comments powered by Disqus