Odrębne świadectwa
Maj 1945

Życiorys mojego Dziadka

Anna Skład

Opowieść, którą przesyłam, obejmuje całe życie mojego Dziadka. Nie chciałam jej jednak dzielić, żeby przesłać tylko fragment, który dotyczy Armii Andersa. Uważam, że cała jest wspaniała i po prostu nie mogłam tego zrobić. Opuściłam tylko kilka linijek (przypis w tekście), które dotyczyły sprawy rodzinnej i nie chciałabym ich publikować. Dziadek napisał swój życiorys na konkurs (stąd taki a nie inny początek opowieści). O wynikach konkursu nic mi nie wiadomo. Jeśli trzeba, mogę również wykonać i przysłać skan rękopisu Dziadka. W dokumentach rodzinny znajdują się być może inne drobne dokumenty i pamiątki po Dziadku. Są one w posiadaniu mojej Cioci, która mieszka w innym mieście niż ja. Jeśli uznają Państwo poniższą historię za ważną dla Waszego projektu, to podczas najbliższej bytności w rodzinnych stronach (Białystok), mogę spróbować poszukać czegoś więcej. Załączam zdjęcie Dziadka i skan odręcznie napisanych gratulacji za odznaczenie Virtuti Militari. Nie jestem w stanie załączyć pliku Word, więc przeklejam tekst poniżej. Apolinary Narkiewicz Lipowa 17 m. 10 Białystok Instytut Socjologii U.A.M. w Poznaniu Zgodnie z ogłoszonym w miesiącu czerwcu 1981 r. konkursem przedkładam poniżej swój życiorys do wykorzystania i oceny. Mam nadzieję, że niektóre fakty i zaistniałe w moim życiu wydarzenia będą przydatne do opracowania dziejów i przeobrażeń w życiu i pracy mojego pokolenia. Pisanie szczegółowego życiorysu w 72 roku życia to wycieczka w przeszłość, cofanie się do przeżyć z epoki, która już przeszła do historii mimo, że związana jest osobowo z teraźniejszością. Zaczynam życiorys od pochodzenia. Dokładnego rodowodu Narkiewiczów nie znam. Według opowiadań ojca pradziadowie i dziadkowie moi pochodzą z Wileńszczyzny. Po powstaniu styczniowym rodziny pradziadków rozpadły się i pogubiły. Starsi bracia mego dziadka jedni zginęli w powstaniu, a inni wywiezieni zostali na daleką Syberię. Dziadek jako kilkunastoletni garbusek wydziedziczony i wygnany z posiadłości znalazł się samotnie w Wilnie. Tam wyuczył się zawodu ślusarza sekretnych zamków, usamodzielnił się, ożenił się i z czworgiem dzieci i z żoną przeniósł się do Białegostoku zrywając tym samym kontakt z dalszymi krewnymi. Tu też przed I wojną światową zmarł. Ojciec mój urodził się w Wilnie i tam spędził swoje dzieciństwo. Znał to miasto, kochał je i tęsknił za nim przez całe życie. W roku 1907 ojciec mój, Alfons Narkiewicz zawarł związek małżeński z Józefą z Peczów. Po ślubie zamieszkali oczywiście w Białymstoku, który w tym okresie był już znanym i liczącym się miastem fabrycznym Guberni Grodzieńskiej w zaborze rosyjskim. W roku 1908 w małżeństwie tym urodził się pierwszy syn Teofil, a w roku 1909 dnia 13 listopada przyszedł na świat następny syn – Apolinary. W roku 1911 urodziła się córa Wanda. Tak więc do roku 1914 tj. do wybuchu I światowej rodzina nasza składała się już z 5 osób. Ojciec wszechstronnie uzdolniony szybko awansował do tytułu dobrego rzemieślnika i w sezonie budowlanym nie miewał trudności z uzyskaniem pracy w swoim zawodzie. W czasie odbywania służby wojskowej w wojsku carskim ukończył podstawowy kurs nauki czytania i pisania w języku rosyjskim, a po powrocie z wojska do cywila jako samouk nauczył się również czytania i pisania po polsku. Matka była córką murarza. Urodziła się w Białymstoku. Miała siedem sióstr i jednego brata. Do pracy w fabryce poszła mając 12 lat. Przed zamążpójściem i jako mężatka pracowała w fabrykach włókienniczych Białegostoku jako niciarka-szpularka. Tak jak i ojciec do szkół nie chodziła. Czytała tylko druk w języku polskim. Pisać nie umiała. Do wybuchu I wojny światowej życie w naszej rodzinie układało się pogodnie i dostatnio. Bezrobocia w tym okresie nie były znane. Ojciec – co prawda w swoim zawodzie murarskim w zimowych miesiącach nie miał pracy, ale w przewidywaniu takiego okresu w letnim sezonie odkładał część zarobków na zimowe „leniuchowanie”. Oszczędności te na bieżąco wspierała swoimi zarobkami pracująca w fabryce matka. Mieszkanie zajmowaliśmy niewielkie. Pokój z dwoma oknami i kuchnię. Wspomnień z tego okresu mam niewiele. Jak za mgłą pamiętam ucieczki z podwórka na łąki, jakieś wdrapywanie się na żołnierskiego konia od strony ogona i późniejsze lanie od matki, zabawy z nianią, która była niewiele od naszej trójki starsza. Pamiętam też jak przez mgłę, że latem 1915 r. na kilka godzin odwiedził nas ojciec w mundurze rosyjskiego artylerzysty. Następny raz ojca zobaczyłem dopiero po wojnie w roku1921 Mając 6 latek nie orientowałem się, że odejście ojca na wojnę spowoduje tyle nieprzewidzianych, nowych sytuacji bytowych, zapozna z poniewierką, głodem, chorobami, nędzą i tułaczką. Po wybuchu wojny i wyjeździe tatusia mama często z braku opieki (niani) zabierała nas z sobą do fabryki. Tam w kąciku obok maszyny obsługiwanej przez mamę na tzw. flokach (końce odpadowe z nici) odsypialiśmy wczesne wstawanie, a po przebudzeniu się wśród zapachów nafty, kurzu i hałasu maszyn buszowaliśmy po hali fabrycznej karceni często przez współpracowników mamy za dziecinne wścibstwo. W sierpniu po zajęciu twierdzy Modlin wojska niemieckie szybko zbliżały się do Białegostoku. Władze carskie nawoływały rodziny żołnierzy przebywających na froncie do wyjazdu w głąb Rosji zapewniając, że rodziny te będą otrzymywały odpowiednie zaopatrzenie i otoczone zostaną państwową opieką. Matka bojąc się wojny i bitwy o Białystok w ostatniej chwili (dzień przed wejściem Niemców do Białegostoku) zabrała trochę odzieży i żywność na drogę, załadowała się na ostatni pociąg odchodzący z miasta na wschód i wraz z trójką maluchów (przedszkolaków) ruszyła w nieznane. Nie przewidywała, że z wędrówki tej do rodzinnego miasta wróci dopiero po sześciu latach. Po kilku dniach jazdy pociągiem znaleźliśmy się w Charkowie na Ukrainie. Tam zajęły się nami komitety ewakuacyjne powołane do opieki nad „Bieżeńcami” (tak nazywano ewakuowaną ludność). Następnego dnia po przyjeździe mama będąc jeszcze z nami i bagażami na stacji przypadkowo spotkała teściową i Jej córkę Józię. One wyjechały parę dni wcześniej i już zostały zakwaterowane w mieście. Ja nie rozumiejąc tragedii jaka się dookoła rozgrywała, jazdę pociągiem, spotkanie z babcią i niewygody podróży traktowałem jako dość przyjemne przygody. Przez pierwszych parę miesięcy mieszkaliśmy razem z babcią Narkiewiczową, ciocią Józią i Jej synkiem w naszym wieku. Matka przy pomocy Komitetu Ewakuacyjnego załatwiła sprawy zaopatrzeniowe i zaczęła otrzymywać tzw. „Pajok”, tj. zapomogę, która wystarczała na skromne utrzymanie rodziny. Nas każdego dnia matka odprowadzała do „Jaśli” (obecne przedszkole) i na cały dzień zostawiała pod opieką polskich wychowawczyń. Zdaje się, że były to panie z zamożniejszych rodzin polskich już wcześniej zamieszkałych w Charkowie i udzielających się w tej pracy społecznie. W dziecięcym moim umyśle po raz pierwszy zaczęła się budzić świadomość, że jestem w obcym kraju, że różnię się od tych ludzi, do których przywiozła nas mama. Po paru miesiącach pobytu w tym przedszkolu nauczyłem się śpiewać: „Płynie Wisła płynie po polskiej krainie” i „O mój rozmarynie rozwijaj się”. Ostatnia zwrotka tej żołnierskiej pieśni brzmiała: „Za tę naszą górę skąpaną we krwi, za nasze kajdany, za wylane łzy”. Do końca mego pobytu w Charkowie droga do Polski, do rodzinnego Białegostoku kojarzyła mi się zawsze z jakąś trudną do przebycia krwawą górą. W tymże przedszkolu nauczono mnie wierszyka: „Kto ty jesteś? – Polak mały”. W połowie 1916 r. przestałem chodzić do przedszkola. Mama wynajęła oddzielny pokoik na peryferiach miasta w dzielnicy „Chałodnaja Gara” i przeniosła się tam razem z nami ze śródmieścia, gzie mieszkała babcia i ciocia. Prowadzać nas do przedszkola w śródmieściu było zbyt uciążliwe. Wynajęty przez mamę pokoik nie miał drewnianej podłogi. Podłogą była gliniana polepa. Mieszkanie oświetlało jedno okienko wychodzące na małą werandę. Podłoga – klepisko co tydzień odświeżana gliną zmieszaną z krowim łajnem była pełna norek mysich. Myszki dokarmiane przez nas kruszynami chleba w biały dzień wyłaziły z norek i oswojone naszym widokiem biegały po mieszkaniu. Jedną czwartą pokoju zajmował duży piec chlebowy z płytą kuchenną na przedzie. We wnęce na zapleczu tego pieca całą zimę spaliśmy we trójkę, bo było tam zawsze ciepło. Rozmiary pokoju były niewielkie – 2,5 x 2,5 m., a może ok. 3 m. Do mieszkania wchodziło się przez werandę od strony podwórka. Przy przeprowadzce, w czasie kiedy mama przy pomocy dorożkarza przenosiła kufer do nowego mieszkania na stopnie dorożki wepchały się dzieci z okolicznych domów. Wynikła z tego powodu bójka, posypały się przezwiska. Pierwszy raz w życiu nazwano mnie „polackaja morda”. W późniejszych latach za to przezwisko dochodziło zwykle do bójek na pięści, ale w większości pojedynków z bójek tych wychodziliśmy zwycięsko. Z biegiem lat poczucie i świadomość, że jesteśmy Polakami wzrastała i potężniała w nas chyba właśnie dlatego, że rówieśnicy, a i starsi też nas w tym utwierdzali. Rok 1916 mijał szybko. Życie każdego dnia stawało się trudniejsze, a matce przybywało zmartwień. Pod koniec roku oddziały niemieckie weszły do Charkowa. Wypłacanie zasiłku przez rząd carski ustało. Zaczął się okres nędzy i niedostatku. Chodziliśmy do niemieckich kuchni wojskowych i tam czasami otrzymywaliśmy resztki kaszy i zupy z kuchennego kotła. Mama ratując się od głodu zaczęła szukać środków utrzymania w drobnym handlu żywnością na targowiskach i po stacjach. Sprzedawała podróżnym na stacjach kolejowych gorące mleko na szklanki, podgrzewając je na spirytusowej maszynce zwanej „prymusem”. W innym czasie zarabiała na sprzedaży owoców, ziarnek słonecznikowych, a wreszcie zajęła się gotowaniem i sprzedażą galarety gotowanej ze skórek wieprzowych i głowizny wołowej. Przyszedł wreszcie rok 1917. Niemcy z Charkowa wycofali się. Rewolucjoniści wymordowali „wielmożów i panów”. Nastały sądne dni mordu, rabunku, zemsty i wzajemnego wyniszczania się narodu rosyjskiego. Charków tak jak i inne miasta pogrążył się w chaosie bratobójczych walk. Pieniądz stracił wartość. Liczył się tylko chleb. Do wszystkich rodzin robotniczych zajrzała bieda i niedostatek. Charków kilka razy przechodzi z rąk do rąk walczących z sobą wojsk czerwonych i białych. Przy braku chleba i niedostatku szerzą się choroby, a panująca coraz szerzej wszawica powoduje wybuch epidemii tyfusu. Wiosną 1918 r. kiedy ustaliła się już w mieście władza i kiedy wydawało się, że najgorsze minęło epidemia tyfusu dosięgła również naszej rodziny. W ciągu kilku dni od mamy począwszy, solidarnie, na wspólnej pryczy trawieni gorączką traciliśmy kolejno przytomność. O lekarzu i lekarstwach nie było mowy. Były niedostępne nawet dla ludzi zamożnych i dobrze sytuowanych. Opieka społeczna żadna nie istniała. W tych tragicznych dniach choroby całej rodziny z pomocą przyszła córka naszego sąsiada, ślusarza z fabryki lokomotyw – WIERA NIEDZWIEDZIEWA. Zmieniała nam kompresy, poiła wodą, przywracała na chwilę przytomność i wysadzała na wiaderko celem załatwienia się. Po trzech tygodniach umierania nastąpiło przesilenie choroby. Mimo braku lekarstw kolejno ustępowała temperatura i zaczęliśmy powoli wracać do zdrowia. Wiera za okazane nam serce i opiekę zapłaciła chorobą i również odleżała tyfus. Mama po wyzdrowieniu pannie tej w rewanżu za serce i opiekę w czasie choroby podarowała złote kolczyki, które dostała tuż po ślubie od męża. W czasie choroby mamy, która najdłużej była nieprzytomna przeżyłem straszne chwile. Sąsiadki Polki i katoliczki do ciągle chorej i nieprzytomnej mamy sprowadziły księdza, aby udzielił mamie ostatniego namaszczenia. My, tzn. brat, ja i siostra kojarzyliśmy to namaszczenie ze śmiercią – wszczęliśmy niesamowity krzyk i lament, tuląc się do matki. Jeszcze dziś pisząc te słowa „pocą mi się oczy” na wspomnienie tej bezgranicznej rozpaczy trojga dzieci usiłujących wyrwać matkę ze szponów śmierci. Po kilku następnych dniach mama odzyskała przytomność i szybko wróciła do zdrowia. Dni, tygodnie i miesiące szybko mijały. Życie wróciło do jakiejś nędznej normy. Ja od zarania dzieciństwa uczyłem się zaradności i samodzielności. Jako 10-letni chłopak sam sobie robiłem drewniane łyżwy, kleciłem sanki z przyniesionej w czasie rewolucji szuflady z jakiegoś magazynu, byłem dostarczycielem drewna z pobliskiego lasu i opiekunem starszego brata i siostry. Czasami odwoziłem mamie towar do sprzedania, a najczęściej i najchętniej budowałem (kleiłem z patyków i papieru) i puszczałem latawce. W1919 r. zaczęliśmy uczęszczać do rosyjskiej szkoły. Mimo wojny polsko-bolszewickiej życie w Charkowie stabilizowało się. Mama jak dawniej trudniła się drobnym handlem, a wieczorami opowiadała nam bajki i wydarzenia z własnego życia i z naszego dzieciństwa. O Polsce niewiele matka wiedziała, ale dzięki Jej opowiadaniom Białystok stawał się nam coraz bliższy i jakoś dziwnie kojarzył się nam z Polską, o którą już zaczęliśmy matkę coraz częściej pytać. Przecież tam w Polsce czekał nas ojciec. Przyszedł wreszcie rok 1921. Polska i ZSRR zawarły pokój. Rozpoczęła się wymiana jeńców i powroty „bieżeńców” do Ojczyzny. Mama ku wielkiej naszej radości zgłosiła się do władz o zezwolenie na wyjazd do Polski, a otrzymawszy je pewnego jesiennego dnia spakowała cały swój majątek w trzy małe i jeden większy tłumoczki i ruszyła na stację kolejową. Po kilku dniach czekania załadowała się z nami do pociągu przeznaczonego dla repatriantów i ruszyliśmy w drogę do kraju. Podróż była długa i męcząca. Z Charkowa do Równego jechaliśmy prawie cały miesiąc. Po odbyciu kwarantanny i szczepieniach w Równym wydano nam bilety kolejowe na pociąg osobowy i ruszyliśmy do celu naszej podróży – do Białegostoku – do ojca. Podróż z Równego do Białegostoku trwała zaledwie jedną noc. Do wymarzonego, ukochanego, rodzinnego miasta dojechaliśmy w pierwszych dniach grudnia 1921 r. Szybko zabraliśmy swoje ubogie węzełki i opuściliśmy pociąg. Mama usadziła nas na węzełkach złożonych na podłodze stacji, za ostatnie pieniądze kupiła nam po bułce i okrywszy zostawiła na stacji, a sama ruszyła do miasta szukać krewnych i znajomych. Wiedziała, że najłatwiej informacji zasięgnie wśród braci fabrycznej i pierwsze swoje kroki skierowała do fabryki „Berka Polaka”, gdzie pracowała przed emigracją do Charkowa. Nie myliła się. Wśród wychodzących z fabryki poznała znajomych z dawnych lat, dowiedziała się od nich adresu swojej siostry Ewy i nawiązała z Nią kontakt. Po kilku godzinach wróciła na stację i zabrawszy nas obładowanych tłumokami poprowadziła do cioci Ewy i wujka Olka Muchów. Tego samego dnia większość rodziny wiedziała już o naszym powrocie. Byliśmy brudni i zawszeni. Wykąpano więc nas i przebrano w czystą bieliznę. Grudniowe dni są krótkie, toteż zanim nas umyto, przebrano i nakarmiono zrobił się zmrok. W Białymstoku w innej dzielnicy mieszkał również nasz ojciec. Z niewoli niemieckiej wrócił tu w 1918 r. O nawiązaniu kontaktu w czasie wojny polsko – bolszewickiej nie było mowy. Wiedział tylko tyle, że w 1915 r. wyjechaliśmy na wschód. Lata całe czekał na jakąkolwiek wiadomość od nas lub od matki i siostry, a nie doczekawszy się wieści stracił nadzieję na nasze ocalenie. Ojca o naszym przyjeździe rodzina zawiadomiła dopiero wieczorem. Kiedy przybiegł do cioci Ewy spaliśmy już wszyscy w posłaniach urządzonych na podłodze. Przebudzony uściskami i pocałunkami ojca na pytanie: czy poznajesz mnie? – spojrzawszy na duże wąsy i rudą czuprynę odpowiedziałem: „tak” i po chwili złożony do pościeli znowu zasnąłem. Następnego dnia ojciec całą rodzinę zabrał od cioci do swego mieszkania i od tego dnia rozpoczął się nowy okres mojego życia. Po paru tygodniach pobytu u ojca nabraliśmy pewności i przekonania, że tatuś wszystko umie zrobić i wszystkiemu zaradzi. Ze starych wojskowych butów w naszych oczach uszył cholewki i po tygodniu pracy cała nasza trójka paradowała w bucikach. Zbliżała się pierwsza gwiazdka w Polsce. Ojciec mimo ciężkich czasów kupił na rynku używane, mocno podniszczone łyżwy. W ciągu godziny wyreperował je pięknie, wyczyścił i ku mojej i brata radości wręczył nam nie czekając świąt Bożego Narodzenia jako świąteczną gwiazdkę. Były to pierwsze w moim życiu prawdziwe (nie drewniane) łyżwy. Wśród rówieśników łyżwy nasze wywołały zazdrość i padły przezwiska. Jeden ze starszych chłopców nazwał mnie „kacapem”. Ja zdjąwszy łyżwę wyrżnąłem nią po głowie przezywającego i poszedłem do domu. Po paru minutach u rodziców moich zjawił się sąsiad z synem z rozbitą głową na skargę. Ojciec mój już wiedział o zajściu i sprawę załatwił krótko. Powiedział: „Wynoś się pan i oducz swego syna od używania tego przezwiska, bo moi synowie są takimi samymi Polakami jak i pańskie dzieci”. Przezwisko „kacap” wynikało stąd, że ja i brat słabo mówiliśmy po polsku i często używaliśmy rosyjskich słówek. Sąsiad mamrocząc pod nosem jakieś niezrozumiałe mi słowa, mocno zagniewany na ojca, wyszedł. Po tym wydarzeniu już żaden z rówieśników nie odważył się mnie obrażać tym przezwiskiem. Po wyjściu sąsiada musiałem wysłuchać kazania o nieprawidłowości mego postępowania i używania do bójki łyżwy, którą mogłem wybić koledze oko. Albo na całe życie oszpecić twarz. Wśród zabaw z rówieśnikami i na spotkaniach z krewniakami zima 1921/1922 szybko minęła. Przyszła wiosna. Ruszyły budowy i zarobki ojca ustaliły w granicach wystarczających na utrzymanie rodziny. Zbliżała się Wielkanoc. Ojciec celem uzupełnienia i poprawienia domowego budżetu, po pracy, w przygotowanych przez siebie formach odlewał z gipsu wielkanocne baranki i sprzedawał je na przenośnym stoisku ustawionym przed schodami wejściowymi do kościoła. Przy pracy tej zatrudniona była cała rodzina. Ojciec robił odlewy, mama szyła z jedwabnego, czerwonego materiału chorągiewki i przyklejała na nich krzyżyki ze złoconego papieru, brat przy pomocy przygotowanego przez ojca przyrządu z cienkiego drutu formował krzyżyki do chorągiewek, a ja suche odlewy bieliłem „cynkwajsem”, tj. bielą cynkową rozprowadzoną wodą zmieszaną z białkiem kurzego jaja i farbką wodną malowałem barankom oczy i buzie. Czasami tata pozwalał mi na złocenie różków i czernienie racic tych baranków. Te piękne wg ówczesnej mojej oceny baranki sprzedawała mama. Dzięki temu dodatkowemu dochodowi na Święta dostaliśmy nowe ubranka i sandałki na lato. Zgodnie ze zwyczajem rodzinnym tatuś na Święta ustawił w naszym małym pokoju stół poszerzony deskami, umajony widłakiem i zielem bukszpanu pełen wędlin, serów, przystawek i napojów. W moim życiu był to pierwszy stół wielkanocny tak suto zastawiony i jak mi się wtedy wydawało najbogatszy w mieście. Po trzech dniach świętowania ojciec wrócił do pracy, a po Przewodniej Niedzieli zawarł umowę o budowę pieców w plebanii białostockiego farnego kościoła. Do pomocy przy budowie tych pieców zabrał starszego ode mnie o rok brata i mnie. Przenosiliśmy z bratem i podawaliśmy ojcu cegły i kafle. Najciężej nam szła robota przy wyrabianiu gliny. Pewnego dnia miejsce pracy odwiedził dziekan parafii, ks. Chodyko. Zainteresował się pomocnikami majstra. Brat miał lat 13, a ja lat 12. Dowiedziawszy się, że pan majster jest naszym ojcem wyraził zdziwienie i zapytał ojca dlaczego nie chodzimy do szkoły. Po wyjaśnieniu ojca, że jesteśmy repatriantami z Rosji i w grudniu wróciliśmy z Charkowa i że od półrocza nie umiał umieścić nas w szkole, ks. Chodyko napisał odręczną kartkę i kazał nam z tą kartką następnego dnia zameldować się w Szkole Powszechnej Nr. 12. Kartka ks. Dziekana, który w tym czasie był również dyrektorem Gimnazjum, natychmiast poskutkowała. Po pobieżnym przeegzaminowaniu przyjęto nas obu do III klasy (byliśmy przecież uczniami IV klasy szkoły rosyjskiej w Charkowie). Tak skończyło się moje pierwsze spotkanie z pracą fizyczną. Największe trudności w nauce sprawiał nam język polski. Po trzech miesiącach nauki dostaliśmy świadectwa z promocją do klasy IV i z początkiem wakacji ojciec zabrał nas znowu na budowę do noszenia wapna i cegły. Praca była ciężka i wymagała dobrej kondycji fizycznej. Brat mocniejszy fizycznie dawał sobie radę, a ja nie wytrzymywałem i po kątach beczałem ze wstydu i żalu. Noszenie po 4 sztuk cegieł na I i II piętro przy pomocy „kozy” jeszcze mi jakoś wychodziło, ale przy noszeniu wapna nosiłkami ustawałem nieraz w pół drogi tarasując przejście na tzw. sztandze. Ciężkie, pracowite wakacje szybko minęły. Ja z radością wróciłem do ławy szkolnej, a brat pokochał pracę i został przy ojcu na budowie celem nauki zawodu murarza. Rok szkolny w kl. IV był już udanym rokiem. Po paru miesiącach sumiennej pracy należałem już do klasowej czołówki. Wyróżniałem się w matematyce, bardzo lubiłem rysunki i zajęcia praktyczne. Trudności sprawiał mi jedynie język polski. Brat w ciągu tego roku szkolnego zrobił duże postępy w nauce zawodu i mimo chłopięcego wieku stał się współżywicielem rodziny. Ja otrzymawszy promocję do klasy V wakacje rozpocząłem znowu od pracy na budowie. Po wakacjach pytany przez ojca jakiego zawodu chciałbym się uczyć nie umiałem dać odpowiedzi i wzruszając ramionami oświadczyłem, że chcę się uczyć. Z początkiem roku szkolnego rozpocząłem naukę w klasie V. W międzyczasie zmieniliśmy mieszkanie i wynajęliśmy pokój z kuchnią w pobliżu towarowej stacji kolejowej. W związku z tym przybyło mi trochę więcej obowiązków domowych. Na stację przychodziły prawie każdego dnia transporty węgla dla elektrowni i fabryk białostockich. Węgiel ten furmankami konnymi odwożono ze stacji do miejsca przeznaczenia. Z przeładowanych furmanek węgiel na wyboistej jezdni wysypywał się, toteż za każdą prawie furmanką szło kilkoro dzieci z koszykami, które zbierały wypadające z furmanki kawałki węgla. Ja prawie każdego dnia po powrocie ze szkoły wraz z innymi dziećmi biegałem w pobliże stacji i wracałem z koszem uzbieranego węgla. Lubiłem te wędrówki, bo dzięki nim poznawałem miasto i kolegów z innych dzielnic naszego grodu. Od pierwszych cieplejszych dni wiosennych zarówno wokół domu jak i do szkoły biegało się na bosaka. Czasami w towarzystwie rówieśników chodziłem na nasyp kolejowy tuż za stacją, gzie w czasie wojny spalił się transport amunicji i z piasku tego nasypu wygrzebywałem kawałki wytopionego z pocisków ołowiu i mosiądzu. Złom ten chętnie kupowali Żydzi trudniący się zbiórką złomu. W tych przydomowych moich wędrówkach towarzyszył mi zwykle mój ulubiony jasnobrązowy kundelek. Pewnego dnia na nasypie kolejowym piesek oddalił się kilkadziesiąt kroków i zaszczekał na policjanta. Ten wyjął rewolwer i strzelił. Ranił pieska śmiertelnie. „Celik” skowycząc pobiegł w stronę domu, a ja popędziłem za nim. Przed bramką mego domu krwawiący piesek usiadł, uniósł do góry łebek, zawył i padł nieżywy. Długo po nim płakałem. Po powrocie brata z pracy psa uroczyście zakopaliśmy w ogródku gospodarza domu. Uraz do stróża porządku publicznego pozostał mi na całe życie. Wieczorami na przyległym do ulicy, niezabudowanym, bezpańskim placyku zbieraliśmy się dużą gromadą, żeby pobawić się w chowanego i pośpiewać. W śpiewaniu ja przewodziłem gromadzie. Starszy brat cioteczny, Ziutek Pyrko, uczestnik walk legionowych, nauczył mnie wielu piosenek wojskowych, a ja przekazałem je rówieśnikom okolicznych uliczek i domów w czasie naszych wieczornych spotkań na placyku zabaw. W klasie V w dalszym ciągu należałem do dobrych uczniów, a nieszczęściem stał się mi język niemiecki. Ojciec wieczorami często opowiadał nam wydarzenia z historii swego życia. Z nienawiścią i żalem wspominał swój prawie czteroletni pobyt w niemieckiej niewoli. Nienawiść udzieliła się i mnie. Wszystko co niemieckie stało mi się wrogie. Z dziecinnym uporem zacząłem zaniedbywać język niemiecki. Na świadectwie z V klasy wśród piątek i czwórek widniała dwója z języka niemieckiego. Wakacje jak zawsze przepracowałem na budowie. Niemieckiego nie uczyłem się. Do VI klasy szkoły podstawowej nie wróciłem. Za namową przyjaciela napisałem podanie i gładko złożyłem egzamin na I kurs Preparandy Nauczycielskiej przy Seminarium Nauczycielskim im. Króla Zygmunta Augusta w Białymstoku, bo tam obowiązywał od I kursu język francuski. Rodzice wiadomość o złożeniu egzaminu do nowej szkoły przyjęli z zadowoleniem. Przede mną otwierała się perspektywa nauki w średniej szkole. W klasie I Preparandy zaprzyjaźniłem się z Ryśkiem Stankiewiczem. Był moim rówieśnikiem. Obaj pochodziliśmy z rodzin robotniczych, obaj byliśmy na skutek wojny opóźnieni o 2 lata w nauce i obaj kochaliśmy sport. Przyjaźń ta przetrwała długie lata i trwa do dziś. Nowa szkoła nie przyniosła mi jednak szczęścia. Po półroczu zawiadomiono nas, że preparandy zostaną zlikwidowane i kto będzie chciał kontynuować naukę w II klasie preparandy będzie musiał uczęszczać do szkoły tego typu w Supraślu odległym o 14 km od Białegostoku. Rodzice nie mieli możliwości finansowania mi internatu w Supraślu, a o codziennych dojazdach nie było co marzyć. Po uzyskaniu promocji na II kurs preparandy wróciłem do szkoły podstawowej i nowy rok szkolny rozpocząłem w VII klasie. Ukończenie VII klasy dawało prawo do egzaminu na I kurs Seminarium Nauczycielskiego. Z kłopotami i trudnościami przebrnąłem VII klasę szkoły powszechnej i po pracowitych wakacjach i dwukrotnym podejściu do egzaminu znalazłem się na I Kursie Seminarium Nauczycielskiego im. Króla Zygmunta Augusta. Ciekawy to był okres mojego rozwoju fizycznego. W ciągu jednego roku szkolnego, tj. 10 miesięcy nauki na I kursie urosłem 12 cm. i poprawiłem się na wadze o 16 kg. Z chudego i słabego chłopaka zmieniłem się w silnego i dobrze rozwiniętego fizycznie młodzieńca. Może dlatego, że byłem starszy o 2 lata od większości chłopaków w naszej klasie, górowałem nad kolegami siłą i ustępowałem jedynie Ryśkowi, Który od lat uprawiał kulturystykę i marzył o karierze zapaśniczej. W okresie nauki w Seminarium nie należałem do czołówki, ale też nigdy nie powtarzałem roku. Rysiek utknął na I kursie i w następnym roku szkolnym porzucił seminarium. Przyjaźń nasza trwała jednak dalej. Odwiedzaliśmy się wzajemnie prawie każdego dnia. Walki francuskie uprawiane na podmiejskich łąkach nad rzeką Dolistówką, szermierka na drewniane szpady, boks, piłka nożna, siatkówka i wiele innych rozrywek wypełniały nam popołudnia i dni wolne od nauki. Wiosną 1927 r. mając 18 lat pierwszy raz w życiu zakochałem się. Koleżanka mojej siostry, hafciarka, była mi wzajemna. Po kilku miesiącach chodzenia z nią zacząłem rozmyślać o porzuceniu nauki i ożenku. Szczerze zwierzyłem się z tym rodzicom. Ojciec łatwo przekonał mnie, że przed ożenkiem powinienem nauczyć się jakiegoś zawodu i że taka nauka trwa 2-3 lata. Przeżywałem ciężkie chwile. Lekarstwo na mój ożenek przyszło samo. Pewnego dnia stwierdziłem, że jestem przez tę kochaną dziewczynę oszukiwany. Uczucie nie wygasło. Mimo tęsknoty i żalu przyjaźń naszą na zawsze zerwałem. Chciałem uciekać z Białegostoku. Złożyłem podanie o przyjęcie mnie do ochotniczej służby w marynarce wojennej. Władze wojskowe zażądały zaświadczeń szkolnych, metryk ,,zgody rodziców i opinii Starostwa. Zbieranie załączników do podania przedłużyło się na kilka miesięcy i podanie przestało być aktualne. Do szkoły w międzyczasie oczywiście chodziłem i dość gładko otrzymałem promocję na II kurs. Pierwsze wakacje seminaryjne przepracowałem zgodnie z tradycją z ojcem i bratem na budowach. Dzięki dużej poprawie kondycji fizycznej praca przy noszeniu cegły i wapna nie męczyła mnie już tak bardzo. Siłą fizyczną dorównywałem bratu i towarzyszom pracy. Popisując się siłą mogłem wchodzić na II piętro po „sztagach” z „kozą” obciążoną 40-toma cegłami. Popisy takie sprawiały mi przyjemność i budziły zaufanie i uznanie dla „inteligenta” wśród pomocników i majstrów murarskich. W wakacje te po raz pierwszy zatrudniony byłem przez przedsiębiorstwo budowlane, a nie przez ojca i pierwszy raz osobiście pobrałem autentycznie zarobione pieniądze, za które rodzice kupili mi nowy mundurek szkolny. Następne wakacje spędziłem już nie na budowie lecz na obozie przysposobienia wojskowego w Grandziczach nad Niemnem k/Grodna. Obóz Trwał 6 tygodni. Za pobyt w obozie nie trzeba było płacić. Koszty zakwaterowania, wyżywienia i umundurowania pokrywało Ministerstwo Spraw Wojskowych. Mieszkaliśmy w namiotach. Do południa odbywaliśmy musztrę z karabinami i ćwiczenia w pełnym rynsztunku żołnierskim piechoty. Po południu mieliśmy wykłady o służbie wojskowej, broni i taktyce walki lub uprawialiśmy różne dziedziny sportu. Wieczory spędzaliśmy na oczyszczeniu broni i zajęciach dowolnych, a najczęściej przy ognisku, słuchając opowiadań naszych instruktorów – starych „legunów” I wojny światowej lub śpiewając żołnierskie i harcerskie piosenki. Odbycie obozu przysposobienia wojskowego dawało przywilej wyboru rodzaju broni przy powołaniu do odbycia czynnej służby wojskowej i w wypadku służby w piechocie zwalniało z okresu rekruckiego, co równało się powołaniu do pułku o 3 miesiące później. Po uzyskaniu promocji na V (ostatni) kurs seminarium z przywileju tego skorzystałem. Praca fizyczna w czasie wakacji towarzyszyła mi do chwili ukończenia seminarium i przez pól roku była źródłem mego utrzymania po uzyskaniu „Dyplomu na nauczyciela szkół powszechnych” w roku 1933. Będąc na IV kursie, w jesieni 1930 roku otrzymałem kartę powołania do odbycia czynnej służby wojskowej. Skorzystałem z przywileju uzyskanego po odbyciu obozu przysposobienia wojskowego i poprosiłem o przeniesienie mnie do piechoty i zwolnienie z okresu rekruckiego. Do piechoty szło się na wiosnę (w marcu), a w moim przypadku po zwolnieniu z okresu rekruckiego – w czerwcu. Ta kombinacja dała mi możliwość skończenia IV kursu i uzyskania promocji na ostatni rok nauki. Po uzyskaniu świadectwa z ukończenia IV kursu złożyłem do R.K.U. podanie z prośbą o odroczenie mi na rok służby w wojsku celem ukończenia szkoły. Prośbę moją załatwiono odmownie mimo, że 3 kolegów w moim wieku i z mojego kursu dzięki protekcjom otrzymało odroczenia. Zazdrościłem im i mocno odczułem różnicę pochodzenia społecznego. Oni byli dziećmi inteligencji i nie musieli wakacji spędzać przy pracy fizycznej. Dnia 1 VII 1931 r. zabrawszy małą drewnianą walizkę z osobistymi przyborami, pożegnawszy rodziców i siostrę (brat w tym czasie odbywał jeszcze czynną służbę wojskową w 5 Pułku Lotniczym) zameldowałem się w 42 Pułku Piechoty, który stacjonował w moim rodzinnym mieście i rozpocząłem służbę wojskową. W koszarach było mi smutno i ciężko. Niektórzy podoficerowie zawodowi, często mający niepełne wykształcenie podstawowe, bywali złośliwi w stosunku do niedopieczonego nauczyciela i nie raz uczyli mnie „higieny osobistej”, ganiając z wiaderkiem i szufelką na plac po ganiany wiatrem kawałek papieru lub wyznaczając poza kolejką dyżur przy utrzymaniu czystości w ubikacjach. Po paru miesiącach pobytu w kompanii strzeleckiej zostałem odkomenderowany do plutonu artylerii w tymże 42 pp. i po 15 miesiącach w stopniu starszego strzelca, we IX 1932 r. wróciłem do cywila. Natychmiast zgłosiłem się do dyrekcji seminarium i zostałem wciągnięty na listę uczniów V kursu. Ze względu na roczną przerwę w nauce i spóźniony powrót na V kurs, gdyż rok szkolny rozpoczął się 20 VIII, a ja wróciłem do szkoły 30 IX, wyniki za I półrocze uzyskałem bardzo słabe. Na półrocznym świadectwie były aż cztery oceny niedostateczne. Na dopuszczenie do matury z takimi wynikami nie miałem szans. W domu czułem się darmozjadem. Wydawało mi się, że cała rodzina pracuje na moje utrzymanie. Zdwoiłem pilność w nauce. Całe noce czasami spędzałem nad książką. Pomogło. Z trudem zlikwidowałem niedostateczne i zostałem dopuszczony do egzaminu maturalnego. Mimo małych nadziei na złożenie matury dopisało mi szczęście i zaowocowały nieprzespane noce. Otrzymałem „Dyplom nauczyciela szkół powszechnych”. Gorzej było z otrzymaniem pracy. Koledzy moi, którzy rok wcześniej ukończyli seminarium poszli do szkół podchorążych, a po powrocie z wojska natychmiast otrzymali posady na etatowe stanowiska w szkołach. Ja służbę wojskową odbyłem przed ukończeniem seminarium, nie byłem w podchorążówce i nie miałem szans na awans oficerski i dlatego na pracę w szkolnictwie musiałem czekać. Brak zawiadomienia o zatrudnieniu w zawodzie nauczyciela bardzo mnie upokarzał i bolał. Aby nie być ciężarem i darmozjadem w rodzinie zdecydowałem się na pracę w budownictwie, choć i tu nie było łatwo o miejsce. Dzięki ojcu przyjęto mnie na pomocnika murarskiego. W oczekiwaniu na lepsze czasy znowu jak w każde wakacje nosiłem wapno i cegłę. Zarabiając 3 zł dziennie. Przepracowałem tam do 13 XI, tj. ok. pół roku. Ja, oczekujący na pracę nauczyciel, nie należałem do wyjątków. Koleżanki po fachu odbywały roczną bezpłatną praktykę i dopiero wtedy były zatrudniane w wiejskich jednoklasówkach. Mnie na taką ofiarę nie było stać i dlatego za grosze pracowałem na budowach i zadowolony byłem, że choć taką pracę znalazłem. Pewnego dnia, kiedy wymazany wapnem wracałem po pracy do domu spotkałem dyrektora naszego seminarium. Był zdziwiony i zgorszony, że jeszcze nie otrzymałem pracy i kazał następnego dnia zameldować się u niego w szkole. Dzięki niemu dowiedziałem się, że podanie moje znajduje się w Inspektoracie Szkolnym w Brześciu n/Bugiem i że najbliższą pocztą powinienem otrzymać skierowanie do pracy. Po paru dniach otrzymałem wezwanie do stawienia się w inspektoracie celem podpisania umowy o pracę i nie zwlekając ani chwili wyjechałem do Brześcia. Bagaży miałem niewiele: małą walizkę ze zmianą bielizny, zrolowany z pościelą koc, skrzypce i gitarę. Wypłata za ostatni tydzień pracy na budowie w wysokości 18 zł musiała mi wystarczyć na opłacenie podróży i chwilowe wyżywienie w nowym miejscu pracy. Umowę o pracę podpisałem z Inspektoratem tylko na 8 miesięcy, tj. od XI 1933 r. do końca VI 1934 r. Wakacje miały być bezpłatne. Zatrudniony zostałem w Szkole Powszechnej Nr. 4 w Brześciu n/Bugiem. Pierwszy tydzień mieszkałem w pokoju gościnnym Związku Nauczycielstwa Polskiego. Był to pokój o czterech łóżkach i każdego dnia zmieniali się moi współlokatorzy. Pieniądze szybko się kończyły mimo, że głównym moim wyżywieniem bywała bułka za 5 gr. i szklanka herbaty rano i wieczorem. Zaliczki a konto moich przyszłych poborów mimo próśb Inspektorat nie wypłacił. Znowu przeżywałem ciężkie dni. Szóstego dnia pobytu w Brześciu do szkoły poszedłem nie wypiwszy nawet herbaty. Znajomych w Brześciu nie miałem, a kolegów nauczycieli znałem dopiero od kilku dni. Dnia tego, w czasie tzw. „okienka” nawiązałem rozmowę z kierownikiem i przyznałem się do moich kłopotów. Reakcja kierownika była natychmiastowa. Kazał mi się ubrać i nająwszy za swoje pieniądze dorożkę pojechał wraz ze mną do hoteliku Z.N.P. Zabrawszy moje rzeczy zawiózł do swego domu, nakarmił i zaproponował mi sublokatorski pokój wraz z wyżywieniem za bardzo umiarkowaną zapłatą. Uczynkiem tym zaskarbił sobie moją dozgonną pamięć. Kłopoty moje na parę miesięcy skończyły się. Jako nauczyciel kontraktowy zarabiałem 130 zł miesięcznie. Z tego 50 zł płaciłem panu kierownikowi za pokój i wyżywienie, 25 zł miesięcznie wysyłałem rodzicom i resztę wydawałem na zakupy odzieży i niezbędnych drobiazgów. Oszczędnie gospodarząc do końca roku szkolnego zdołałem sprawić sobie nowe ubranie, półbuciki, parę koszul, bieliznę i zegarek kieszonkowy. Nie dane mi jednak było zbyt długo cieszyć się nową sytuacją. Tutaj w oryginalnym tekście Dziadka znajdowało się wyjaśnienie powodów Jego przeniesienia do innej szkoły. Były to sprawy rodzinne, o których wolałabym nie pisać [ komentarz: Anna Skład – wnuczka Apolinarego Narkiewicz] przeniesiony zostałem do jednoklasowej szkoły we wsi Oczki odległej 12 km od Brześcia. Grono nauczycielskie złożyło mi życzenia pomyślności w pracy i wyraziło słowa uznania za moją postawę i pomoc udzieloną siostrze. Do końca roku przepracowałem więc w Oczkach. Kontaktu z kierownikiem Szkoły Nr 4, z p. Kamińskim nie zerwałem. Dzięki jego uprzejmości pokój pozostawał do mojej dyspozycji aż do następnego roku szkolnego. W czerwcu zaczęły się moje pierwsze bezpłatne wakacje. Ostatnie wydatki związane z opłatą szpitala i porodem siostry oraz jazdą do Białegostoku i przenosinami z Brześcia do Oczek pochłonęły moje skromne oszczędności odłożone na wakacje. Lipiec przeżyłem pracując jako wychowawca na półkoloniach w Brześciu n/Bugiem, a sierpień przesiedziałem w wojsku na ćwiczeniach rezerwy. Na nowy rok szk. 1934-1935 zostałem znowu zatrudniony jako nauczyciel kontraktowy o bezpłatnych wakacjach we wsi Neple odległej 12 km od Brześcia. Wieś miała złą opinię w gminie Czernawczyce. Należała do wsi skomunizowanych. Moja poprzedniczka nie umiała nawiązać kontaktu i współpracy z mieszkańcami tej wsi. Ja po przyjeździe do szkoły musiałem wiele się natrudzić zanim po namowach i interwencjach sołtysa tej wsi dostałem kąt do spania poza klasą szkolną. Przez miesiąc gospodarz mój szczerze przyznający się do narodowości ukraińskiej, p. Dieruniec Sergiusz remontował i przygotowywał mi pokój, a ja tymczasem zajmowałem u niego komórkę z małym zakratowanym okienkiem, sypiając wśród worków z ziarnem i mąką. Do niedostatku przywykłem od dzieciństwa, a mimo to byłem pełen goryczy, zawodu i wewnętrznego buntu do władz, które stwarzały takie warunki do pracy. Umowa za pracę przewidywała zapłatę z dołu, a ja wypłukany z grosza po bezpłatnych wakacjach musiałem wśród nieprzychylnych sobie i obcych ludzi przeżyć cały wrzesień. Po dłuższej rozmowie gospodarze moi zgodzili się jednak na moją propozycję i cały miesiąc dawali mi jeść na kredyt. Szkoła mieściła się w prywatnym domu. Była to duża komnata zastawiona ławkami i szafami szkolnymi, a służyła jako sala lekcyjna, kancelaria i świetlica. Wieczorem oświetlenie stanowiła duża lampa naftowa. Gorycz warunków bytowych osładzało mi trochę piękno okolicy. Wieś leżała tuż nad Bugiem, którego stare koryto wypełnione dość głęboką wodą przepływało równolegle do jednostronnie zbudowanej ulicy. Po skończonych lekcjach z wędką w ręku szukałem często ukojenia nad rzeką. Czasami wracałem z kilkoma okoniami i płoteczkami, które usmażone przez gospodynię uzupełniały moją i moich gospodarzy kolację, składającą się zwykle z kubka mleka i kromki razowego chleba. Ludność wsi była wyznania prawosławnego i stąd Neple te nazywano Ruskimi. Za Bugiem była druga wieś o tej samej nazwie zamieszkała przez katolików i zwano ją Neple Polskie. Kontakt z mieszkańcami Ruskich Nepli nawiązałem przez dzieci. Nad brzegiem starej odnogi Bugu leżały otoczone zielonymi krzewami stare pnie drzew, na których w sobotnie i niedzielne wieczory zbierała się młodzież na rozmowy i żarty przeplatane śpiewaniem ukraińskich pieśni i dumek. Ja wykorzystałem to miejsce jako świetlicę dla szkolnej dziatwy. Zorientowawszy się, że wieczorami dziatwa ugania się po cudzych sadach i ogrodach i że jest utrapieniem rodziców i sąsiadów, zacząłem zapraszać ją na bajki. Bajek na szczęście znałem dużo i umiałem je ciekawie opowiadać. Po kilku wieczorach na bajki zaczęły się schodzić dzieci szkolne i przedszkolaki, a wraz z dziatwą na pniach siadały i kobiety z dziećmi na ręku. Bajki kończyły się zawsze śpiewaniem po polsku ludowych i żołnierskich piosenek. Rodzice zaczęli chwalić schadzki na pniach nad Bugiem, a młodzież pozaszkolna powoli, ale coraz tłumniej zaczęła słuchać bajek i brać udział w śpiewach. Z chwilą nadejścia pierwszych słot i długich wieczorów młodzież pozaszkolną zaprosiłem do klasy i zaproponowałem zorganizowanie chóru i kółka teatralnego. Dzięki sympatii i zaufaniu zdobytym w czasie wspólnych wieczorów na pniach nad Bugiem po niewielkich oporach zgodzono się na przygotowanie uroczystości dla uczczenia Święta Niepodległości w dniu 11 XI. Okazało się, że ta niby skomunizowana wieś jest lojalnie ustosunkowana do polskiej szkoły. Był to mój pierwszy sukces w pracy społecznej. Do końca roku szkolnego zżyłem się z mieszkańcami tej wsi. Bywałem u nich na chrzcinach i weselach, wypływałem na nocne połowy węgorza i suma i spędzałem z nimi wieczory na pniach nad Bugiem, śpiewając dumki ukraińskie i polskie pieśni ludowe i żołnierskie. Wakacje oczywiście miałem bezpłatne i tradycyjnie spędziłem je na pół koloniach w Brześciu w roli wychowawcy i w gościnie u rodziców w Białymstoku. Za dobre wyniki pracy w Neplach w sierpniu zostałem wezwany do Inspektoratu celem odebrania nominacji na etatowego nauczyciela. Od tej chwili skończyły się moje bezpłatne wakacje. Z dniem 1 IX 1935 r. objąłem stanowisko nauczyciela w dwuklasowej szkole powszechnej we wsi Wojska. Kierowniczką tej szkoły była p. Maria Tymejczukówna. Do Wojskiej przyjechałem po bezpłatnych wakacjach. Ostatnią złotówkę oddałem zgodnie z „fasonem” furmanowi za wniesienie moich bagaży do budynku szkolnego. Kierowniczki nie zastałem w domu, bo wyjechała rowerem do sąsiedniej szkoły na pożegnanie koleżanki. Było mi to nie na rękę. Przyjechałem głodny i byłem spragniony papierosa. W mieszkaniu kierowniczki zastałem starszą kobietę. Zaprosiła mnie do kancelarii i zapewniła, że „Pani” powinna lada chwila się pokazać. Było ciepłe i słoneczne popołudnie. Ponieważ czekanie na „Panią” przedłużało się przeprosiłem staruszkę i poszedłem zwiedzić wieś i pokazać się mieszkańcom. Była niedziela. Ludzie w większych grupkach siedzieli przed domami i gawędzili. Podszedłem do pierwszej napotkanej grupki, pozdrowiłem gospodarzy, przedstawiłem się jako nauczyciel w ich szkole i zapytałem o sklepik. Ponieważ nie mogłem niczego kupić za gotówkę, bo nie miałem pieniędzy, po krótkiej rozmowie zawarłem ze sklepikarzem umowę, że do następnego miesiąca będę „borgować”, tj. brać na kredyt potrzebne mi artykuły. Ze sklepu po chwili wyszedłem zaopatrzony w papierosy i zadowolony z zawartej transakcji. Sklepikarz nie stawiał mi żadnych warunków, bo obawiał się, abym nie poszedł do drugiego konkurującego z nim sklepu mieszczącego się w drugim końcu wsi. Chłopak, który zaprowadził mnie do sklepiku chętnie też ofiarował się oprowadzić mnie po wsi. Pierwsze kroki skierował do tzw. starej szkoły, gdzie pośpiesznie remontowano dla mnie mieszkanie. Stara szkoła była zamknięta, ale miała byle jakie zamki. Po naciśnięciu klamki drzwi się otworzyły. Obejrzałem więc przy tej okazji swoje przyszłe mieszkanie. Było obszerne. Składało się z dwóch pokoi i kuchni. Po ogólnym obejrzeniu wsi zameldowałem się u sołtysa i wróciłem do szkoły. W czasie wędrówki po wsi dowiedziałem się od swego informatora, że starsza pani u kierowniczki szkoły to „babcia”. Babcię tym razem zastałem już świątecznie ubraną. Mimo zaprosin nie poszedłem już teraz do kancelarii. Usiadłem w kuchni i czekanie skracałem sobie rozmową z babcią. Po kilkunastu minutach za oknami odezwał się dzwonek rowerowy i do kuchni weszła pani kierowniczka. Wysoka, ok. 170 cm, smukła, o wesołej buzi i bardzo pewna siebie. Biały beret z misternie wyszytym kwiatem pasował do ciemnych włosów i równo przyciętej grzywki, opadającej na czoło prawie do samych brwi. Po wejściu powiedziała: dzień dobry i zwracając się do mnie wskazała drzwi do kancelarii i dodała: bardzo proszę. W kancelarii przedstawiliśmy się sobie nawzajem. Na dowody stwierdzające moją tożsamość i na nominację etatowego pracownika w Wojskiej nie raczyła nawet spojrzeć. Po paru dniach zapytana przeze mnie dlaczego nie chciała przejrzeć moich dokumentów odpowiedziała: bo od pierwszej chwili zrobił pan na mnie dobre wrażenie, a w oczach i twarzy pańskiej było tyle szczerości, że zaufałam słowom. Zapytany przez p. kierowniczkę czy jestem głodny szybko wyznałem, że cały dzień jechałem i jestem jeszcze bez obiadu. Kierowniczka zaprosiła mnie więc na kolację. Po kilkunastu minutach z apetytem zgarniałem na swój talerzyk sadzone jajeczka, które szybko znikały ze stołu wraz z kromkami wiejskiego chleba suto smarowanymi masłem. W czasie tej sutej kolacji z humorem, który wrócił mi po zaspokojeniu głodu opowiedziałem o załatwieniu kredytu u sklepikarza, zwiedzeniu wsi i swojego przyszłego mieszkania w starej szkole. Za samowolne otworzenie drzwi w starej szkole p. kierowniczka trochę (na niby) się gniewała, bo oczy jej się śmiały gdy tłumaczyłem, że drzwi same jakoś się otwarły. Załatwieniem kredytu u sklepikarza była zaskoczona i zadowolona, bo nie musiała za mnie ręczyć. Kilka pierwszych dni mieszkałem u p. kierowniczki w małym pokoiku usytuowanym na zapleczu kuchni zamieszkałej przez babcię. Z wyżywieniem nie miałem trudności. Po wizycie u matuszki (żony księdza prawosławnego tej wsi) i rekomendacji p. kierowniczki zostałem przyjęty na stołownika z opłatą 40 zł miesięcznie za śniadania, obiady i kolacje. Okolice naszej szkoły miały w sobie dużo uroków z piosenki „Polesia czar”. Do szkoły chodziły dzieci ze wsi: Wojska, Łuskały, Perkowicze, Lisowczyce i Zadworzany. Polskie nazwy wsi nie pasowały trochę do ich mieszkańców, którzy między sobą rozmawiali mieszaniną języka ukraińskiego, białoruskiego i polskiego. Ta niezgodność pochodziła stąd, że kiedyś była to ludność wyznania unickiego, a okoliczne majątki były własnością Busłowskich, Mańkowskich, Bilczyńskich, Trauguttów itd. Pod zaborem rosyjskim cerkiewki unickie zamieniono na prawosławne, a po powstaniu styczniowym wśród właścicieli o polskich nazwiskach zjawili się dziedzice o nazwiskach rosyjskich. Współpraca z kierowniczką układała mi się dobrze. Czasami tylko, gdy przychodziło do załatwiania spraw urzędowych i obowiązki służbowe nakazywały podporządkować się zarządzeniom p. kierowniczki cierpiała moja męska ambicja. Zdarzało się to jednak nie często. Po pracy coraz częściej zacząłem wracać ze swego mieszkania w starej szkole do pracy w kancelarii, którą był jeden z 3-ch pokoi zajmowanych przez p. kierowniczkę. Pracując nad programami nauczania i sprawdzaniem prac uczniowskich często poświęcaliśmy również czas na opowiadanie wydarzeń z dzieciństwa, ławy szkolnej i pierwszych lat samodzielności zawodowej. Wzajemne poznawanie się szybko zaczęło pobudzać wzajemną sympatię. Już w pierwszym miesiącu współpracy popołudniowe zajęcia zaczęliśmy przeplatać wędrówkami po okolicznych lasach w poszukiwaniu grzybów i wędrówkami rowerowymi do koleżanek i kolegów pracujących w okolicznych szkołach. Nadciągnęły słoty jesienne. Znikły krajobrazy polskiej złotej jesieni. Niepogoda, chłody i przymrozki przerwały wesołe wędrówki po okolicznych lasach i uroczyskach. Popołudnia i wieczory wydłużyły się. Spotkania nasze po skończonych lekcjach zaczęliśmy przeplatać pracą społeczną. Ze szkół opiekuńczych z Poznania otrzymywaliśmy dość dużo starych książek dla młodzieży. Celem przedłużenia ich żywota i poprawienia wyglądu zaczęliśmy je oprawiać w sztywne okładki. Praca często przedłużała się do północy, ale dawała nam dużo satysfakcji, bo do półrocza mieliśmy już oprawionych ponad 200 książek. Na ferie świąteczne Bożego Narodzenia wyjechałem do Białegostoku. Przed wyjazdem zostałem zaproszony na Sylwestra do pp. Węgorkiewiczów, którzy pracowali również w szkole w sąsiedniej wsi w Siółkach. W domu rodziców bawiłem krótko. Zgodnie z umową 31 XII po południu wróciłem do Wojskiej i zamiast wybierać się do Siółek, zameldowałem się u p. kierowniczki. Jako podarunek noworoczny przywiozłem Jej kanarka. Żeby nie zamrozić i nie zatłuc biednego śpiewaka w czasie jazdy (18 km wyboistej drogi furmanką) od Wysokiego Litewskiego do Wojskiej musiałem trzymać go w garści za pazuchą. Chwilami obawiałem się już, że nie dowiozę swego podarunku żywego do celu. Po przyjeździe do Wojskiej wsadziłem ptaszątko do klatki. Po paru minutach po ogrzaniu się kanarek strzepnął skrzydełkami i ożył. Przy składaniu życzeń noworocznych podarowałem kanarka p. Marysi. Dnia tego poznałem rodzonego brata p. kierowniczki-Mietka i po paru miesiącach szczerze się z nim zaprzyjaźniłem. Po Nowym Roku przyjaźń moja i p. Marysi zamieniła się w uczucie miłości. Z każdym dniem mocniej upewniałem się że kocham i jestem kochany. W lutym bez świadków i kwiatów oświadczyłem się p. Marysi (kierowniczce), a Ona wyraziła zgodę na adoptowanie na moje nazwisko. Przyszła moja żona podobnie jak ja wywieziona była w czasie wojny razem z rodzicami i młodszym bratem do Rosji. W czasie powrotu na Lubelszczyznę do rodzinnej wsi – Pieszowoli w roku 1919 w czasie kwarantanny straciła rodziców (zmarli na tyfus) i razem z bratem wychowywała się w sierocińcu. Fundatorką sierocińca, do którego Ją zabrano była pani Tekla Chłapowska. Zakład opiekuńczy mieścił się w Otorowie pod Poznaniem, majątku p. Chłapowskiej. Opieką i wychowaniem sierot zajmowały się w tej ochronie siostry zakonne Urszulanki. Dzięki P. Tekli Chłapowskiej i siostrom żona ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Poznaniu i skierowana została do pracy na Polesiu. Panna Marysia zgodę na małżeństwo wyraziła warunkowo. Jako warunek stawiała zgodę moich rodziców na to małżeństwo. Natychmiast wysłałem list do domu i po tygodniu czytaliśmy wspólnie odpowiedz, że rodzice nie mają żadnych zastrzeżeń do mojej decyzji. W marcu, w kościele kamienieckim i jednocześnie białostockim odczytano zapowiedzi. Ślub zawarliśmy w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii Panny w Białymstoku 13 IV 1936 r. Zawiadomienia o zawarciu małżeństwa przesłaliśmy wszystkim znajomym, ale udział w przyjęciu weselnym wzięli tylko najbliżsi: moi rodzice, brat żony, mój brat z małżonką i moja siostra. Z obcych byli jedynie pp. Węgorkiewiczowie, nauczyciele ze wsi Siółki, leżącej parę km od naszego miejsca pracy. Tego samego dnia wyjechaliśmy do Wojskiej jako małżeństwo. Od 13 IV 1936 r. zaczął się nowy okres mojego życia. Wiosna zazieleniła pola i lasy, maj okrył kwieciem łąki i sady, a Wojska stała się nam cichą przystanią szczęścia. W czerwcu moja Marysia zaczęła kaprysić w jedzeniu. Ze łzami w oczach prosiła o kiszone ogórki i musiałem wysłać po nie sklepikarza aż do Brześcia odległego 50 km od Wojskiej. Za parę dni odmówiła jedzenia jeżeli nie dostanie choć małej porcji poziomek, które dopiero zaczynały kwitnąć. Po tym były śledzie i wiele innych „zachcianek”. W ostatnich dniach czerwca, tuż przed wakacjami, cała wieś przeżyła razem z nami zabawną sytuację. Kanarek wypuszczony na noc z klatki o świcie wyfrunął cichaczem przez niedomknięte okno w szeroki świat Boży – na wolność. Tam dopadły go nasze polskie wróble i pognały z budynku szkolnego do wiejskich sadów i na wiejskie strzechy. Ogłosiliśmy na wsi wśród dzieci alarm. Pani kierowniczka za odnalezienie biało – żółtego uciekiniera wyznaczyła nagrodę. Po godzinie poszukiwań nadszedł meldunek, że w sadzie Karpuka na starej dużej gruszy siedzi otoczony przez wróble i zawzięcie atakowany nasz kanarek. Na złowienie go straciłem prawie 2 godzin, ale uciekinier ku wielkiej radości żony wrócił do klatki. Przyszły wakacje. Mijały szybko i szczęśliwie. We wrześniu zaczęliśmy nowy rok szkolny. Ze względu na dużą ilość dzieci Inspektorat Szkolny w Brześciu skierował do pracy w Wojskiej trzecią siłę nauczycielską i szkołę przemianował na trzyklasową. Żona prowadziła połączone klasy I i II, koleżanka klasy III i IV, a ja klasę V i VI. Trzeci rok pracy, a takim był rok szk. 1936/37 dawał mi prawo do złożenia egzaminu praktycznego i tzw. ustalenia, które dawało przywilej automatycznego awansu co 9 lat pracy o jedną grupę wyżej. Przygotowania do egzaminu rozpocząłem od razu z początkiem roku szkolnego. Z teorii musiałem przerobić kilka książek z metodyki nauczania, dobrze poznać programy nauczania różnego stopnia szkół powszechnych i na odpowiednim poziomie utrzymać wyniki nauczania wśród dzieci w prowadzonych przeze mnie klasach. Dodatkowo poza obowiązkowymi zajęciami podjąłem szereg inicjatyw w pracy pozaszkolnej, która zawsze była wysoko cenioną pracą społeczną. Na początku roku zorganizowałem teatrzyk kukiełek i przygotowałem w ciągu paru miesięcy przedstawienie „O królu Gwoździku...” Marii Kownackiej. Koło półrocza zacząłem ze starszą dziatwą wspomaganą przez rodziców i starszych braci kleić mandoliny i tworzyć szkolną orkiestrę. Żona początkowo była przeciwna tym poczynaniom i nie wierzyła w możliwość realizacji moich zamiarów, ale po pierwszych sukcesach ustąpiła i również włączyła się do moich poczynań. Nawiązawszy kontakty z absolwentami naszej szkoły dalej prowadziła odnawianie biblioteki szkolnej, tj. oprawę książek nadsyłanych nam ciągle ze szkół opiekuńczych z Poznańskiego. Dzięki moim inicjatywom w ramach przygotowań do egzaminu szkoła również wzbogaciła się w szereg pomocy naukowych wykonanych przeze mnie sposobem gospodarczym. Do pracy społecznej wciągnęliśmy również okolicznych światlejszych ludzi – osadników wojskowych i kilku wyróżniających się i szanowanych gospodarzy. Współdziałając z nimi i dzięki ich poważnym wpłatom udziałów w roku 1937 powstała w Wojskiej spółdzielnia „Społem”. Szybko zbliżały się dwa ważne w moim życiu wydarzenia. Egzamin praktyczny i narodziny naszego pierwszego dziecka. 13 stycznia przywiozłem do Wojskiej akuszerkę, a ta zażądała odwiezienia żony do Kamieńca stwierdzając po badaniu, że poród będzie ciężki i lepiej będzie mieć pod ręką lekarza. 15 stycznia przyszła na świat córa. Urodziła się w prywatnym pokoiku wynajętym przez nas w Kamieńcu Litewskim, bo w szpitalu nie było miejsca. Od pierwszych godzin po urodzeniu córy stałem się nianią małej i żony. Akuszerka po pouczeniu mnie jak mam kąpać i przewijać dziecko poszła ratować inne rodzące matki, a ja musiałem opiekować się swoimi kobietkami bez jej pomocy. Po 6-u dniach krążenia między Wojską i Kamieńcem, w mroźny, ale pogodny dzień poprosiłem sołtysa o dobrze wymoszczoną furmankę i w towarzystwie babci pojechałem po żonę i dziecko. Na szczęście mróz ściął wszystkie kałuże w koleinach błotnistej drogi i wyrównał wszystkie wyboje. Po godzinie jazdy znaleźliśmy się w domu. Żona pod troskliwą opieką babci Łukasikowej, wolna na 6 tygodni od zajęć szkolnych szybko wróciła do zdrowia. Parę dni po powrocie „pani Kierowniczki” z dzieckiem do domu zbiegli się do nas co zamożniejsi gospodarze z żonami na tzw. „odwiedki”. Zgodnie ze starym zwyczajem w tych stronach kobiety po wejściu i przywitaniu szybko rozwiązywały węzełki i z płóciennej chusty wykładały na stół pieczywo, wędliny i skromny podarunek dla dziecka, a mężczyźni stawiali pół litra wódki. Szybkie rozwiązanie chustki z podarunkiem miało wróżyć dobre i bez komplikacji następne rozwiązanie. Po oględzinach dziecka obowiązkiem gospodarza domu było wypicie paru kieliszków wódki z gośćmi. Wyobraźcie sobie jak ja musiałem się czuć po złożeniu takiej wizyty przez kilkanaście par wiejskich w ciągu kilku godzin. Zalałem się w „pestuchnę” i przez cały następny dzień byłem jeszcze pijany. Celem ochrzczenia dziecka i odwiedzenia rodziców na Wielkanoc wyjechaliśmy do Białegostoku. Po paru dniach wróciliśmy do Wojskiej z kochaną naszą Marią – Teresą. Miesiąc później do szkoły zjechała komisja egzaminacyjna, przed którą miałem zdawać egzamin praktyczny. Za ofiarną pracę społeczną i pozytywny stosunek do pracy na rzecz szkoły wystawiono mi dostateczną ocenę. Reszta roku szkolnego przebiegła spokojnie i w dobrym nastroju. Od lipca zaczęły się wakacje. Spędziliśmy je w Wojskiej. Lato było ciepłe i słoneczne, toteż całymi dniami przebywaliśmy na świeżym powietrzu, w cieniu starych topoli okalających szkolną posesję. Z początkiem nowego roku szkolnego 1937/1938 kontynuować zacząłem prace przy organizowaniu orkiestry mandolinistów i przygotowaniu następnego przedstawienia teatrzyku kukiełek. Szkoła w związku z powstaniem orkiestry i teatrzyku zyskała sławę w naszym rejonie i stała się przykładem dla okolicznych szkół. W lutym 1938 r. córa nasza zachorowała na zapalenie płuc. Przez 2 tygodnie w oczekiwaniu na przesilenie choroby żyliśmy w trwodze i rozpaczy. Najbliższy lekarz i apteka były odległe o 12 km. Drogi zawiane śniegiem stały się nieprzejezdne. Na nasze szczęście w pierwszych dniach choroby dziecka drogi były jeszcze przejezdne i udało nam się przywieźć do dziecka lekarza z Kamieńca i w powrotnej drodze zabrać z apteki lekarstwa. To były chyba najcięższe chwile przeżyte w tej szkole, w której pozostawiłem ogromną część duszy i serca. W maju 1938 r. do szkoły nieoczekiwanie przyjechali na wizytację prof. Pollak z Ministerstwa Oświaty i Kurator Okręgu Szkolnego z Brześcia n/Bugiem. Obejrzeli teatrzyk kukiełek, bibliotekę, pomoce naukowe, warsztat stolarski i orkiestrę szkolną. Szczególne zainteresowanie wzbudziły mandoliny własnoręcznie wykonane przez dzieci. Po wizytacji obaj dygnitarze wyrazili swoje uznanie za wkład pracy w rozwój szkoły. W dowód tego uznania z Kuratorium otrzymałem podziękowanie na piśmie za pracę wśród przedpoborowych i nagrodę pieniężną w wysokości 80 zł. Szkoła w nagrodę otrzymała piękną i bogato wyposażoną skrzynkę narzędziową do prowadzenia lekcji zajęć praktycznych. Niezależnie od powyższych wyróżnień po złożeniu w m-cu czerwcu konkursowego egzaminu na Wyższy Kurs Nauczycielski Rysunków i Zajęć Praktycznych w Warszawie przyznano mi roczny urlop płatny za zwrotem kosztów zastępstwa. Żonę na moją i Jej prośbę przeniesiono na nauczycielkę do pełnej szkoły siedmioklasowej w Kamieńcu Litewskim. W sierpniu szkołę w Wojskiej przekazaliśmy naszym następcom. Ja po przewiezieniu żony na nowe miejsce pracy wyjechałem do Warszawy na cały rok szk. 1938-1939 z nadzieją, że W.K.N. będzie mi odskocznią do dalszego podnoszenia kwalifikacji. Spokojny byłem o żonę i córeczkę. Zostały w Kamieńcu Litewskim, gdzie był lekarz, apteka, szpitalik, sklepy i autobus. Żona na przejściu do Kamieńca Litewskiego straciła 25 zł dodatku za kierownictwo i bezpłatne mieszkanie przy szkole. Ja straciłem 30 zł miesięcznie, bo już od pierwszego miesiąca płatnego urlopu potrącano mi taką sumę za koszty zastępstwa. Mnie w Warszawie na wyżywienie, mieszkanie i książki zostawało 130 zł miesięcznie. Żonie na utrzymanie rodziny, opłacenie niani i mieszkania zostawało160 zł. Było nam ciężko. W tym roku szkolnym, a zwłaszcza po półroczu bardzo zagmatwała się sytuacja polityczna w Europie. Hitler zagarnąwszy Austrię i Czechy zażądał od Polski Gdańska i korytarza przez ziemie polskie, który połączyłby Prusy Wschodnie z Rzeszą Niemiecką. Nad Ojczyzną naszą zawisły czarne chmury zwiastujące wybuch wojny. Polska związana sojuszem z Anglią i Francją na niemieckie żądania odpowiedziała stanowcze nie. Cały naród poparł stanowisko Rządu Polskiego. Społeczeństwo zgodziło się na płacenie pożyczki zbrojeniowej. Poszczególne miasta i miasteczka fundowały wojsku karabiny maszynowe, rowery, sprzęt wojskowy. Zamożniejsi i nie tylko zresztą oni oddawali do skarbu państwa złoto, srebro, szlachetne kamienie i inne drobiazgi stanowiące konkretną wartość. Rząd niemiecki zawarł układ z ZSRR. W Polsce wytworzyła się bardzo napięta sytuacja. Jedni uważali, że Niemcy nie odważą się siła zabierać polskie tereny celem tworzenia korytarza łączącego Prusy Wschodnie z III-cią Rzeszą, a inni nawoływali do intensywnych zbrojeń przewidując wojnę. Mimo niepokoju i wojennych nastrojów studia na W.K.N.-nie mijały mi szybko i dobrze. Święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy spędziłem na łonie rodziny w Kamieńcu Lit. W czerwcu 1939 r. zdałem końcowe egzaminy i po 10-miesięcznej nieobecności ze świadectwem ukończenia W.K.N. z dobrym wynikiem wróciłem na stałe do Kamieńca. Zaczęły się moje ostatnie w życiu wakacje szkolne. Byliśmy z żoną szczęśliwi, że nowy rok szk. zaczniemy już razem. Córa bardzo zabawnie szczebiotała i chętnie o własnych siłach chodziła z nami na spacery nad rzekę. 13 VII po śniadaniu wybrałem się z małą na nadrzeczne łąki. Dzień był słoneczny i ciepły. Żona miała dołączyć do nas po zrobieniu porządków w domu. Po pół godzinie przybiegła do nas kochana mamusia. Zdyszana, ze łzami w oczach wręczyła mi kartę powołania do wojska z natychmiastowym terminem stawienia się w Brześciu n/Bugiem celem odbycia ćwiczeń rezerwy. Spokój i szczęście prysły. Do domu wracaliśmy smutni i zgaszeni. Koniec wakacji przyszedł brutalnie i znienacka. Znowu zanosiło się na dłuższe rozstanie. Spakowałem przybory do golenia, szczoteczkę do zębów, mydło i ręcznik i tegoż dnia po południu odjechałem do Brześcia. Żegnając zalaną łzami żonę i kochaną córeczkę nie przeczuwałem, że te dwie najdroższe mi istoty żegnam na długich 8 lat i że ponownie Je uściskam dopiero w grudniu 1947 r. W Brześciu natychmiast zostałem umundurowany. Dostałem przydział do Grupy Fortyfikacyjnej Nr. 91 i następnego dnia kapral Apolinary Narkiewicz z każdą godziną oddalał się od najbliższych jadąc w stronę Łodzi. 16 VII Razem z kilkoma technikami budowlanymi w stopniu kaprala zameldowałem się u dowódcy Grupy Fort 91. Zakwaterowano nas wspólnie w małym, stojącym na uboczu domku w majątku Wężykowa Wola. Ja otrzymałem funkcję szefa kancelarii. Koledzy technicy poszli na budowy. Po 2-ch tygodniach wojskowego próżniactwa służbę rezerwy zamieniono mi na tzw. służbę stała czynną nie podając terminu zwolnienia z ćwiczeń. Napięcie wśród społeczeństwa rosło. Wybuch wojny był coraz bliższy. Nasza Grupa Fort 91 pośpiesznie budowała pod Wieluniem bunkry. Przy budowie zatrudniona była kompania rezerwistów licząca ponad 400 osób i duża grupa techników i inżynierów. W ostatnich dniach sierpnia przydzielono do naszej Grupy Fort kilkanaście dużych samochodów ciężarowych. Koniec 1 części. c.d. http://armiaandersa.pl/submission/show/3745

dyskutuj
comments powered by Disqus