Odrębne świadectwa
Luty 1940

Z Bukaczowiec przez Sybir i Afrykę do Kanady

Krystyna Tokarska

To są wspomnienia mojej kuzynki Josephine Kaczmarczyk, mieszkającej w Kanadzie córki stryja Józefa Krawca. Do 10 lutego 1940 roku mieszkali w miasteczku Bukaczowce pow. Rohatyn w dawnym woj. Stanisławowskim. Stryj był uczestnikiem wojny z bolszewikami, w 1939 r. służył w 20 Dywizji Piechoty Armii Kraków jako telegrafista. W nocy 10 lutego 1940 roku deportowano z Bukaczowiec nie tylko całą rodzinę stryja Józefa (ur. 1895): żonę Katarzynę (1896) oraz dzieci: Weronkę (1920), bliźnięta Władka i Stefkę (1922), Kazika (1923), Józię (1926) – autorkę tych wspomnień i Tadka (1930) ale także moich Dziadków, Urszulę Malwinę i Józefa Gondków, ich syna Jana, oraz brata stryja Józefa – Jana Krawca z rodziną. Tylko rodzinie Józefa udało się dotrzeć do Armii Andersa. Wszystkie rodziny z Bukaczowiec skierowano w rejon Swierdłowska, w okolice leżącej w tajdze osady Pyszma [położenie geograficzne: 56°57’N, 63°16’E – dopisek K. T.]. Deportacja Po północy 10 lutego 1940 r. wtargnęli do mieszkania: oficer rosyjski i dwóch Ukraińców. Rozkazali wstać, wszystkich ustawili koło ściany. Nie pozwolono się ruszyć. Trwało to około dwóch godzin. Wreszcie wypuszczono nas po jednym do ubikacji. Ukraińcy buszowali po całym zabudowaniu, oficer przeglądał wszystkie papierki, dopiero kiedy w szufladzie zobaczył książeczki do modlitwy odezwał się, że chyba modlimy się za dużo. Wreszcie rozkazał się ubierać, bo będą nas przesiedlać. W tym czasie jeden z Ukraińców wszedł do kuchni i szepnął Ojcu, żeby zabierał, co może, bo będą nas przesiedlać do Rosji. Przetrzymali nas do rana, wtedy podjechały sanie. Zabrano nas na podwórze w czym staliśmy, a mróz był okropny. Ojciec chwycił worek mąki i rzucił na sanie; więcej Ruski nie pozwolił. W ostatniej chwili bracia wrócili do mieszkania i zabrali kufer z ubraniami i całą odzież, która była w szafie, nawet materiały, które przechowywali Żydzi. Została tylko stara odzież, którą ubierało się do pracy przy domu. Później była bieda w Rosji, bo nie było w co ubrać się do roboty, najgorzej było z butami. Zabrana odzież była później naszym zbawieniem. Wymienialiśmy ją na żywność, której wciąż było mało, a więcej nie pozwolono nam wziąć. O wpół do ósmej zawieźli nas na stację, wepchnęli do bydlęcych wagonów i zaryglowali drzwi. Okna były zakratowane. Jechali także inni ludzie z tej samej ulicy, ale zapamiętałam tylko jedno nazwisko: Petryk. Stryj Andrzej, gdy się dowiedział, że nas zabrano, zebrał trochę chleba, smalcu, kaszy jaglanej, wsiadł w następny pociąg i pojechał za nami do Lwowa, ale gdy jego pociąg wjeżdżał na stację, to nasz ruszył dalej. Z pociągu, którym jechał, dużo ludzi wysiadało we Lwowie, ale stryj nie wysiadł, tylko pojechał dalej aż za Lwów, do Kamionki Strumiłowej. Tam nas dogonił, bo zmieniali lokomotywy i nasz pociąg się zatrzymał. Stryjek wyskoczył z pociągu i biegł wzdłuż naszego, i krzyczał: „Krawiec!” – mama usłyszała i on nam podał przez kraty trochę jedzenia, to nas podratowało. W czasie podróży każda z rodzin żywiła się sama – raz tylko jedna z sąsiadek dała nam na wpół zmarzniętej cebuli. * * * Kiedy dowieziono nas, gdzie diabeł mówił dobranoc, bo już dalej torów nie było, zachodziło słońce. Rozpoczął się wyładunek. Najstarszy z rodzeństwa, osiemnastoletni Władek, mimo zakazu pobiegł po wodę. Gdy ją przyniósł i podawał wiadro przez otwarte drzwi, konwojujący transport żołnierz rosyjski, który stał przy drzwiach, żeby nikt nie uciekł, zabrał mu wiadro i wylał wodę. Władka wepchnął do wagonu i zamknął drzwi. Zaczęto wyładowywać po kilkadziesiąt rodzin. Trwało to około godziny – wszystko zostało zwalone w śnieg i pociąg odjechał. Tam, na stacji zobaczyliśmy, jak wyładowywali stryja Jasia z rodziną. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że ich też zabrali – załadowali na stacji koło Bursztyna i wywieźli tak jak nas. Na miejsce zawieziono nas saniami zaprzęgniętymi w jednego konia – tam nikt nie widział samochodu. Nie wiedzieliśmy, gdzie zawiozą rodzinę stryja. O tym, że zamieszkali 10 km od naszego uczastku dowiedzieliśmy się dużo później. Na zawsze Zawieziono nas na uczastek 86. Stryja Jasia na uczastek Krutojary położony w połowie drogi do osady Krutojary, oddalonej od 86. rejonu o jakieś 15 km. Leśne osady były połączone liniami kolejki wąskotorowej. Za jej pomocą wywożono z tajgi drewniane bale. Na polanie stały baraki zbudowane z sosnowych okrąglaków, uszczelnionych mchem. Zatęchłe, zapluskwione. Postawiono je na bagnach, o czym przekonaliśmy się na wiosnę, gdy pojawiły się chmary komarów. Największe baraki miały kilkadziesiąt metrów długości i około dziesięć szerokości. Były bez powały. U szczytu znajdowały się jedyne drzwi wejściowe. Pod niskim sklepieniem było kilka niedużych okienek. Wzdłuż ścian stały prycze zbite z nieheblowanych desek. Zakwaterowano nas w dużym baraku – w jednym pomieszczeniu zamieszkało około dziesięciu rodzin, m.in. Turbiakowie i Gondkowie – bliscy sąsiedzi z Bukaczowiec. Na środku stał piec, tj. płyta kuchenna. Świeciliśmy szczapami. Co silniejsi poszli zaraz do lasu po drewno, by napalić w piecu. Zrobiło się cieplej, ale nie było co włożyć do ust. Nazajutrz komendant obozu zarządził zbiórkę. – Przyzwyczaicie się – powiedział – a jeśli nie, to zdechniecie. Powiedział też, że zostaniemy tu na zawsze i przez resztę życia będziemy pracować dla matki Rosji. Bo Polski już nie ma!. Nie pracowałam w Rosji, miałam 13 lat. Natomiast razem z Tadkiem, który miał wtedy 10 lat musieliśmy chodzić do szkoły. Nawet Kazika początkowo nie zmuszali do roboty, raczej on sam poszedł do pracy, bo latem 40 roku podpalił las, za co dostał solidne lanie od matki – to na drugi dzień sam poszedł do roboty. Pracował w lesie przy spalaniu gałęzi. Weronka, Stefka i Władek ścinali drzewa. To była bardzo niebezpieczna i najcięższa praca, bo nie wiadomo, kiedy drzewo mogło spaść na głowę, czego doświadczyła Weronka. Nawet lekarz dziwił się, że jej nie zabiło. Ojciec też pracował w lesie przy wyrębie. Jakoś może po roku, podczas pracy w lesie, spotkał stryjka Jasia i opowiadał o tym w domu. Dowiedział się, na którym uczastku mieszka. Latem wybrałam się do nich w odwiedziny. Trzeba było iść torami kolejowymi, bo innej drogi nie było. Dopiero wtedy poznałam stryjenkę Władkę i swoje kuzynki: Jankę, Krysię i Felę; ich mały braciszek, Rysiu, już nie żył. W pierwszym roku zesłania, gdy wolno było pisać listy, stryj Andrzej donosił nam, co się działo w Polsce, przysłał także dwie paczki z jedzeniem. Te paczki były kroplą w morzu potrzeb, więc aby zdobyć dodatkową żywność, mama chodziła po kołchozach i wymieniała odzież na ziemniaki i mąkę. Bez względu na wartość wymienionej odzieży mogła przynieść do 2 kg. Osady zamieszkałe przez miejscową ludność znajdowały się w dużych odległościach od siebie. Czasem chodziła do oddalonych o 15 km Krutojarów. To była większa wieś, dojeżdżała tam kolej wąskotorowa, była w niej nawet apteka. Aby wyjść z obozu, musiała mieć przepustkę, jednak nie zawsze udawało się ją otrzymać. Raz mama poszła z kilkoma kobietami bez zezwolenia. Wybrały się do oddalonego o około 20 km kołchozu. Nie miały szczęścia. NKWD-ziści zatrzymali je i zamknęli w areszcie. Na szczęście, nie odesłano ich zaraz do więzienia. Jedna z kobiet była słabego zdrowia, zemdlała. Zrobiło się zamieszanie i wszystkie kobiety zwolniono. Mama już nigdy więcej nie oddalała się z uczastka bez przepustki. Za to ja, z innymi dziećmi, wielokrotnie chodziłam do kołchozów oddalonych nawet o 40 km. Byłam jedną z najstarszych, zwykle było nas dziesięcioro. Kiedyś poszliśmy późną jesienią. Zanim doszliśmy do kołchozu i wymienili, co kto miał, odzież albo pieniądze, na ziemniaki, zrobiło się ciemno. Predsiedatel [przewodniczący] kołchozu widział, jak chodziliśmy po posiołku [osadzie] i kupowaliśmy żywność, ale nic nie mówił. Zatrzymał nas, gdy zabieraliśmy się do powrotu. Zapadał zmrok. Powiedział, że nie pozwala iść po nocy, bo w lesie są wilki i nas zjedzą. Zaprowadził nas do pustej cerkwi i zanim ją zamknął, obiecał, że wypuści nas o piątej rano. Baliśmy się, że nie dotrzyma słowa i wyda nas NKWD, a oni zabiorą nas do domu dziecka. Baliśmy się też iść nocą w las. Pozwoliliśmy się zamknąć. Byliśmy bardzo zmęczeni. Niektórzy zasnęli na podłodze; ja nie mogłam usnąć. Ze zdenerwowania serce waliło mi jak dzwon. Bałam się, że predsiedatel nie wypuści nas rano i nie wrócimy już do rodziców. Szarzało. Przyszedł i – tak jak obiecał, uwolnił nas. Na skraju lasu, jakiś kilometr za przysiółkiem, zobaczyliśmy, jak wilki jedzą upolowaną tej nocy krowę. Chyłkiem przemknęliśmy nieopodal i ile sił w nogach pobiegliśmy w stronę swojego uczastka. W poszukiwaniu Wojska Polskiego Żyliśmy w leśnej głuszy. Jedynym sposobem na wydostanie się z tajgi był przejazd wagonem – choćby towarowym, ale przystosowanym do przewożenia ludzi. Takie wagony Sowieci podstawili dopiero w grudniu 1941 i styczniu 1942 r. W sumie trzykrotnie. Zbyt mało, by pomieścić wszystkich chętnych. My wyruszyliśmy w styczniu 1942 r. i nie byliśmy przygotowani na tak długą podróż. Z naszego uczastka pojechało bardzo dużo ludzi. Najpierw wzywali do rejonu chętnych do marynarki wojennej albo lotnictwa. Odjechali na początku grudnia. Później na oddalonej o jakieś 3 km bocznicy kolejowej przez tydzień stały dwa wagony. Nikt nie wiedział, po co. Komendant NKWD, który zwlekał z wydaniem zgody na wyjazd Polaków przyjechał na posiołek i powiedział, że kto zdąży w ciągu jednego dnia zapłacić za przejazd i załadować się do tych wagonów, dostanie zgodę na wyjazd. Była połowa stycznia. W naszej rodzinie Weronka, Władek i Kazik pracowali przy ścinaniu drzew – to była najcięższa praca, ale dawała największy zarobek. Najmłodszy, Tadek, miał już jedenaście lat – nie baliśmy się podróży w nieznane. Załadowaliśmy się. Kiedy nadjechał pociąg z drzewem, doczepili nasz wagon tepłuszke [osobowy]. Z naszego uczastku wyjechało wtedy sześć rodzin. Zostający w posiołku Polacy żegnali nas ze łzami w oczach, ale niektórzy się naśmiewali, mówiąc: Na kolanach będziecie wracać i całować ziemię. Pojechaliśmy. W Oszczepkowie nasz wagon dopięto do pociągu z Tiumenia. Jechaliśmy główną linią kolejową z Władywostoku, przez Swierdłowsk, w stronę Uralu. Wiele lat później dowiedzieliśmy się, że z uczastka Krutojary wyjechał też stryj Jaś z rodziną. Nie dojechali do Armii Andersa, bo w wagonie którym jechali wykryto tyfus. Wagon odpięli i pociąg pojechał dalej. To było gdzieś na Uralu. Wkrótce zmarła na tyfus żona stryja i on został, bo miał na utrzymaniu trzy córki, które tez chorowały. Z tamtych lat niewiele mi w pamięci zostało. Wiem tylko, że po długiej podróży okazało się, że tam, gdzie miało być wojsko – już nikogo nie ma. Później jechaliśmy zamknięci w bydlęcym wagonie, zmarznięci, głodni i bez świadomości, co nas jutro czeka. Jedno zdarzenie pamiętam dobrze. Gdy byliśmy już na południu, zepchnęli nasz wagon na boczny tor. Po pewnym czasie przyszli Rosjanie i pytali, dokąd jedziemy. Władek (brat) powiedział, że nie wiemy. Weszli do wagonu, popatrzyli, ilu nas jest, wyszli i napisali na wagonie jakąś nazwę miejscowości. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że to jest miejsce, gdzie ludzi wywożą na zagładę, więc prędko zmyliśmy napis na wagonie, żeby nas nie doczepiono do transportu w to miejsce. Staliśmy na stacji kilka dni i to się powtarzało codziennie – ta sama nazwa na wagonie. Ta miejscowość to była Samarkanda. Stamtąd już nikt nie wracał. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że wojsko polskie stoi koło Taszkientu i sami napisaliśmy na wagonie Taszkient. Dopiero na czwarty dzień dołączono nas do transportu w tamtym kierunku. W czasie tego postoju mieliśmy szczęście, bo jechał transport Czechów do domu, a Werońcia miała butelkę wina, którą wiozła jeszcze z Sybiru. Za to wino dostała cały worek suchego chleba. To nas uratowało od głodowej śmierci, bo akurat nam starczyło, aby dojechać do polskiego wojska, do którego od razu wstąpili Kazik i Władek. To było w Uzbekistanie – nazwy miejscowości nie pamiętam. To było 16 marca 1942, Kazika przydzielono do wojsk łączności z numerem osobistym 37927/42 a Władka do broni pancernej – stacjonowali chyba w Kainda. * * * Nas, czyli resztę rodziny wywieziono w step, ok. 75 km od miejsca, gdzie stacjonowało wojsko, do kołchozu w Uzbekistanie. Tam na odludziu dali nam taką klitkę 5 na 5 m – na trzy rodziny. W niej leżało na ziemi troszkę słomy do spania. Ani pieca, ani ławki czy stołu. Siedziało się na ziemi. Na zewnątrz postawiliśmy parę kamieni, co służyło za piec do gotowania. Po wodę trzeba było chodzić 2 km do kołchozu, bo w pobliżu nie było studni. Głodowaliśmy, jedzenia nie było żadnego, oprócz garnuszka mąki kukurydzianej na rodzinę. Początkowo dawali co dzień. Po tygodniu przestali. Powiedzieli, że kto nie rabotajet, tot nie kuszajet. Kazano mężczyznom iść kopać jakieś okopy 5 km od wioski. Żeby przyjść na czas, musieli wychodzić o 4-tej rano, wracali o ósmej wieczorem. Wtedy dopiero zaczęli dawać troszkę mięsa i mąki kukurydzianej. Pewnego dnia przyszedł predsiedatel tej wioski i chciał, aby mu głowę ogolić brzytwą. Mężczyzna, który się właśnie golił odmówił, tłumacząc, że jak tak zrobi, to brzytwę sobie zniszczy i nie będzie miał się czym golić. Rozzłościło to przewodniczącego. Rozkazał zamknąć studnię. Od tego dnia trzeba było iść po wodę do drugiej wioski, która była odległa o 5 km. Zanim się wodę przyniosło, to się połowa wylała. Zdążyć na ostatni rejs Wojsko o nas nie zapomniało. Po trzech tygodniach, końcem marca, do kołchozu przyjechało konno dwóch polskich żołnierzy. Miało się już pod wieczór, a oni powiedzieli nam, że w tych dniach ostatnie oddziały polskiego wojska opuszczają ZSRR i kto do tego czasu dołączy do placówki, będzie ewakuowany. Powiedzieli, że w przeciwnym razie zostaniemy tu na zawsze, bo polskie wojsko opuszcza ZSRR. W kołchozie, w którym żyliśmy, były tylko trzy polskie rodziny. W sąsiednim, niedaleko od nas byli Żydzi, ale do tego czasu wszyscy wymarli z głodu. Ocalała tylko pięcioletnia dziewczynka. Zabrali ją wojskowi, którzy przyjechali zawiadomić nas o wyjeździe. Nikt się nie zastanawiał. Mężczyźni poszli do predsiedatela kołchozu, by dał przewodnika i wielbłąda do transportu rzeczy. Oprócz tego dostaliśmy też osła, który był przeznaczony dla pięcioletniego chłopczyka z drugiej rodziny. Przewodnik też dostał osła. Pozostali mieli przejść całą drogę piechotą. Tadek także, choć miał dopiero 12 lat. Mieliśmy tylko jeden dzień, a trzeba było przejść ok. 75 km stepu. Położyliśmy się jeszcze na noc, by choć trochę wypocząć przed drogą. To, co mieliśmy, resztki dobytku naszych trzech rodzin, załadowaliśmy na wielbłąda i osła, które dostaliśmy z kołchozu. Wyruszyliśmy o świcie. Prowadził nas Uzbek jako przewodnik, bo tam żadnych dróg nie ma. Wokół pustynia, rosną tylko koluszki – to takie niskie krzaki, które – jak wyschną – służą jako opał. Szliśmy prawie całą dobę, od ósmej rano przez cały dzień i noc, do piątej rano bez odpoczynku, bez jedzenia i picia. Musieliśmy zdążyć do rana – inaczej zostalibyśmy w Rosji. Placówka wojskowa, do której mieliśmy dojść była w tym dniu ostatecznie likwidowana. Uzbek na ośle jechał na przedzie, a my szliśmy za nim cały dzień i całą noc, aż do rana. Pamiętam, jak piłam wodę z kałuży na drodze. Próbowałam trochę jechać na ośle, na którym jechał ten chłopiec, ale to było bardzo niewygodne. Wolałam iść pieszo. Tadek też szedł. On nigdy nie narzekał, nawet wtedy, gdy w Rosji był głodny. Świtało, gdy dotarliśmy do rzeki. Jak się wkrótce okazało, była to ostatnia przeszkoda. Była szerokości około kilometra, z wartkim nurtem, ale – na szczęście – dość płytka, bo wody było po pas, na środku po szyję. Uzbek z osłem i wielbłądem przeprawili się na drugą stronę rzeki. Mieliśmy iść za nim trzymając się sznurka. Woda była bardzo rwąca. Drugi osioł, ten z chłopcem, uparł się i za żadne skarby nie chciał wejść do wody. Nie mogliśmy go zostawić na brzegu, bo za to by nas ukarali. Wciąż jeszcze podlegaliśmy Rosjanom. Ojciec wrzucił go do wody i z całej siły musiał go ciągnąć aż na drugi brzeg. Po wyjściu z wody byliśmy tak zmęczeni, że popadaliśmy na trawę. Nie mieliśmy już sił iść dalej. Bagaże nasze zrzucono z wielbłąda i Uzbek odjechał ze zwierzętami. Na szczęście, niedaleko stało wojsko. Spostrzegli nas i przybiegli z pomocą. Dali nam jeść, osuszyliśmy się przy ogniu – o przebieraniu nie było mowy. Późnym rankiem załadowano nas na wojskowe transportowe samochody – traki i powieziono do portu Krasnowodzk. Jak długo jechaliśmy, nie pamiętam dokładnie. Do portu dowieźli nas późnym popołudniem. Tam przeszliśmy ruską łaźnię – przecież wszy musiały zostać w Rosji! Myśleliśmy, że skórę z nas zdzierają. Woda była zmieszana z jakimś płynem. Paliła skórę – najbardziej na głowie. Po tej ceremonii dali nam owsiankę z rybą i według listy załadowali na okręt. Od tej chwili przestaliśmy podlegać jurysdykcji rosyjskiej. Przeżyliśmy w Rosji głód i nędzę. Ciężka praca przygniatała ludzi do rozpaczy, ale naród rosyjski był dla nas życzliwy. Z sowieckiego piekła na Bliski Wschód Czekaliśmy do wieczora. Okręt był załadowany w większości wojskiem, resztę – ile się zmieściło – stanowili cywile. Trudno powiedzieć, która to była godzina, przecież nikt nie miał zegarka. Gdy wypływaliśmy w morze, był późny wieczór – nadchodziła noc. Byliśmy już na pełnym morzu, gdy zerwała się burza. Leżeliśmy na pokładzie. Nawet nie wiedziałam, gdzie reszta rodziny. Każdy szukał jakiegoś kąta, by się skryć. Burza, posiłek z ryb, których bardzo nie lubię, to wszystko razem spowodowało, że zaczęłam zwracać. Noc, ciemność, nic nie widać na dwa kroki, ale zerwałam się z pokładu i dobiegłam do burty. Wymioty były silniejsze ode mnie, przechyliłam się za bardzo – sekunda i byłabym w morzu. Na szczęście, jakiś mężczyzna stał w pobliżu, złapał mnie za kołnierz i odrzucił na bok. Do rana się już nie podniosłam. Dopiero gdy burza ustała, poczołgałam się na kolanach na korytarz i tam zobaczyłam Werońcię, też na pół żywą. Później dowiedzieliśmy się, że połowa ludzi z pokładu została zmyta do morza. Płynęliśmy niecałe dwa dni. Na drugi dzień słonko było już wysoko, ale jeszcze nie było południa, gdy dopłynęliśmy do Pahlevi. Zeszliśmy na złote piaski plaży bardzo brudni i obdarci. To była Wielka Sobota. Zaraz po przybyciu na miejsce dowiedzieliśmy się, że na obozowej tablicy ogłoszeń są informacje dla szukających się rodzin. Nazwisko Władka – z podaną datą jego urodzenia – zobaczyliśmy na liście zgonów. Zdążyliśmy go opłakać, kiedy on nas odnalazł – cały i zdrowy. Okazało się, że zmarł ktoś inny, to była zbieżność nazwisk. Zrozpaczeni nie zauważyliśmy, że nie zgadzało się imię ojca. Władek był w broni pancernej i ewakuowano go końcem marca. Później jego pułk nazywał się „Skorpion”. Kazik służył w łączności i był ewakuowany ostatnim, sierpniowym transportem, dlatego w czasie pobytu w Persji nie zobaczyliśmy się z nim, bo w lipcu powieźli nas dalej. W Pahlevi mieszkaliśmy pod szałasami z liści palmowych do połowy maja. Stamtąd trakami przewieziono nas do Teheranu. W Teheranie chodziłam do szkoły, ale niedługo, bo zachorowałam na tyfus. Zabrano mnie do szpitala. Szpital rozciągał się kilometrami, wszystko pod namiotami. Matka szukała mnie przez tydzień. W końcu zrozpaczona i zrezygnowana poszła do biura szpitalnego szukać mego nazwiska na liście osób umarłych. Tam mnie nie było, więc jeszcze raz od początku chodziła od namiotu do namiotu. Ponieważ przez cały czas byłam nieprzytomna, pielęgniarki nie wiedziały, jak się nazywam. Wychudłam bardzo. Zaczęto mnie odżywiać dopiero po odzyskaniu przytomności, ale i tak był z tym problem, bo wszystko zwracałam. Byłam w szpitalu ponad miesiąc. Niedługo po moim powrocie do obozu, mama zachorowała na żółtaczkę. Teraz ja musiałam się nią opiekować – miałam już 16 lat. Ale znów zachorowałam, bo zmęczona upałem, spocona, chciałam się ostudzić – wystawiłam się na powiew powietrza za namiot. Skończyło się zapaleniem gardła, płuc, wrzodem w uchu. Jedno, co nas ratowało, to dobre odżywianie, które mieliśmy zapewnione przez czas pobytu w Teheranie. Byliśmy tam trzy miesiące. Tadek jakoś w maju odjechał z Teheranu do szkoły junaków w Palestynie. Pamiętam, jak mama płakała. Miał 12 lat, był taki mały na swój wiek, że jak ubrał swój plecak wojskowy, to go ciągnął po ziemi, ale on był zawsze zuch. Nigdy na nic nie narzekał, nawet w Rosji, kiedy był głodny, nie płakał jak inne dzieci. Przed wojną skończył dwie klasy w Bukaczowcach i został wysłany do Szkoły Junaków w Nazarecie. Ojciec miał 47 lat i już nie podlegał służbie wojskowej, ale zgłosił się do komisji poborowej w Teheranie 22 kwietnia 1942 r. Nam dopiero na początku lipca powiedział, że idzie do wojska, bo nie będzie siedział w obozie – jak się wyraził – z babami. Skierowano go do służby pomocniczej od 15 lipca. Był w taborach pod Tobrukiem. W listopadzie 1942 przeniesiono go do kompanii drogowej Ośrodka Zapasowego Armii, w styczniu 1943 był w kompanii budowlanej Dowództwa Etapu, a czerwcu 1943 został odkomenderowany do kompanii wartowniczej w Quizil-Ribat w Iraku. Później był w Palestynie. Od kwietnia do lipca 1944 pełnił służbę wartowniczą przy więzieniu wojskowym w Jerozolimie. W czasie służby dwa razy był w szpitalu wojennym, ale nie był poważnie ranny. Z tego, co wiem, jego jednostka zajmowała się przede wszystkim pilnowaniem magazynów wojskowych. Podlegał pod Dowództwo w Egipcie, ale jednostkę miał w Palestynie. Dzięki temu często widywał się z Tadkiem, bo szkoła junaków była w Nazarecie. Przez Indie na Czarny Ląd. Młodość w obozie Masindi Końcem lipca 1942 wywieziono nas, tzn. matkę, Weronkę, Stefkę i mnie z Teheranu dużymi wojskowymi samochodami ciężarowymi przystosowanymi do transportowania ludzi. Nazywano je trakami, miały na bokach zabezpieczenia w postaci drabinek, wzdłuż nich były siedzenia z desek. Bagaż mieliśmy przy sobie. Przeniesiono nas o prawie sześćset kilometrów do następnego obozu przejściowego dla uchodźców. Wyładowali nas w Ahwazie na pustyni i zakwaterowali w blaszanych domach. Upał dochodził do 450C w cieniu. Jajka smażyliśmy na piasku. Byliśmy tam dwa tygodnie. Znów załadowano nas na traki i zawieziono przez Afganistan do Karaczi w Indiach. To była koszmarna podróż. Góry, przepaście, wąskie skalne półki jako drogi, pijani, jeżdżący bardzo szybko arabscy kierowcy. To było straszne – niejeden samochód runął w przepaść. W Indiach mieszkaliśmy w jakichś koszarach za miastem. Obok stacjonowało wojsko i codziennie bardzo głośno grała orkiestra. Żyliśmy w koszmarnych warunkach. Głód i nędza, gorzej niż w Rosji. Myśleliśmy, że poumieramy z głodu. Hindusi też głodowali. Przychodzili do nas, do obozu i prosili o jedzenie, którego mieliśmy niewiele. To nie był koniec naszej tułaczki. Po trzech tygodniach załadowano nas na statek i powieziono do Afryki. Było bardzo gorąco. Stale żyliśmy w poczuciu niebezpieczeństwa. Niewiele brakowało a nasz statek zostałby storpedowany przez niemiecką łódź podwodną. Przeżywaliśmy chwile grozy, gdy zarządzano alarm na okręcie. Cichły maszyny i kazano nam pozostać w bezruchu i milczeniu. Tak zdarzyło się kilka razy. Na szczęście, skończyło się na strachu, ale w taki sposób zginął ojciec mojego przyszłego męża. Przeżył Sybir, zatonął ze statkiem storpedowanym przez Niemców. Dopłynęliśmy do portu w Mombasie. Stamtąd jechaliśmy pociągiem, nie pamiętam, jak długo – chyba ze dwa, trzy tygodnie – do Kampali, stolicy Ugandy. Stamtąd Murzyni przewozili nas trakami do obozu, który znajdował się na skraju leżącego w dżungli Masindi [miasteczko leżące w zachodniej Ugandzie, w rejonie jeziora Wiktorii; 1°41′N 31°42′E – dopisek K. T.] Był wrzesień 1942 r. Nasz transport był drugim z kolei, nikt nas nie witał. Warunki życia w Afryce były bardzo ciężkie. Trudności sprawiały odmienne obyczaje, nieznajomość języka, tropikalny klimat. Dla odmiany, po syberyjskich mrozach, w Afryce trafiliśmy pod równik. Początkowo mieszkaliśmy w dżungli, w prymitywnych domach skleconych ze słomy. To był obóz przejściowy. W nocy od strony dżungli dochodziły groźne ryki dzikich zwierząt. Początkowo bałam się, zdawało się, że są tuż, tuż. Na oknach były okiennice, które zamykano na noc, by chronić się przed owadami i dziką zwierzyną. Spaliśmy pod moskitierami, dla zabezpieczenia przed komarami – moskitami, które roznosiły malarię i inne choroby zakaźne. Po trzech tygodniach, jesienią 1942 roku przeniesiono nas do drugiego obozu. Najgorszy był pierwszy rok, nie można było niczego kupić, bo nie mieliśmy pieniędzy. Żywność zapewniała UNRA. Dostawaliśmy suchą, robaczywą fasolę; trochę mąki, mięsa, soli, cukru, herbaty i kawy raz na tydzień. Dlatego zakładaliśmy ogródki przydomowe, w których uprawialiśmy lokalne warzywa. Żyliśmy bardzo biednie, ciągle ktoś chorował. Początkowo uczono nas pod gołym niebem, nie było książek. W następnych latach było już lepiej. Po pewnym czasie dostałyśmy listy od Władka i Kazika, bo otrzymali adresy rodzin. Ojciec dopiero później dowiedział się, że wywieziono nas do Afryki. Ciągle miałam problemy ze zdrowiem. Zachorowałam na malarię, a początkiem 1943 roku dostałam zapalenia ślepej kiszki. Jechaliśmy do angielskiego szpitala na operację 300 mil, tj. 400 km. Było nas pięć. Jechaliśmy ambulansem cały dzień. Wróciliśmy po dwóch tygodniach. Przez całe sześć lat mieszkaliśmy w domach z gałęzi i łyka drzewnego pooblepianych gliną, pokrytych dachami z trawy słoniowej. Budowali je Murzyni zupełnie bez gwoździ. Do domostw właziły jadowite węże. Pewnej nocy na moje łóżko wpełzł wąż długi na 4 metry. Całe szczęście, że nie było mnie w łóżku. Murzyni schwycili go specjalnym drążkiem, rozciętym na końcu w kształcie litery V. Rzucał się niesamowicie. Pocięli go na kawałki i wrzucili w ogień, który palił się na podwórzu a nam służył za piec. Opowiadali później, że był bardzo jadowity. Z biegiem czasu, powstawały kolejne domy. Obóz powiększał się, pod koniec mieszkało w nim około pięć tysięcy Polaków ewakuowanych z ZSRR. Połowa to były kobiety, a połowa dzieci i młodzież. Praca była dobrowolna – były zakłady krawieckie i inne potrzebne na miejscu. Był kościół, działały polskie szkoły. Do wojny zdążyłam skończyć szóstą klasę. Siódmą skończyłam dopiero w Afryce i poszłam do szkoły przysposobienia gospodarczego. Po skończeniu szkoły w 1944 miałam już 18 lat, zaczęłam pracować jako goniec w głównej kancelarii. Mieliśmy do dyspozycji rowery i samochód. Ogólny obóz w Masindi rozciągał się do 15 km. Był podzielony na dziewięć podobozów. Każdy miał swego komendanta. W przypadku konferencji trzeba było przywozić ich do głównego biura. Używało się wtedy samochodu. W innych wypadkach trzeba było jeździć rowerem. Stefka pracowała w policji. Do jej obowiązków należało m.in. pilnowanie magazynów, nocne warty w obozie, zwracanie szczególnej uwagi na pożary, które były tam liczne. Weronka była krawcową. Mama zajmowała się domem, wieczorem chodziła do świetlicy i tam słuchała radia – nadawano z Anglii, po polsku. Niewiele opowiadała o nowościach, zresztą nie pytałam. Właściwie to mało kiedy byłam w domu wieczorem, bo przecież po całodziennej robocie chciało się gdzieś wyjść, rozerwać się. Było kino, potańcówki i spacery, kiedy się ochłodziło. Miałam przecież 18-20 lat! Po wojnie Ojciec i Tadek mogli pojechać do Anglii, ale ojciec powiedział, że nie będzie służył Anglikom. Nie zastanawiał się wcale – miał bardzo złe zdanie o Anglikach. Powiedział, że jego noga nie stanie na angielskiej ziemi. Otrzymał wiadomość od najmłodszego brata, Andrzeja, zachęcającą do przyjazdu do Polski. Zabrał Tadka i popłynął prosto z Palestyny. Wiedzieliśmy wszyscy, że nie ma dokąd wracać. Nasz dom i całe obejście w Bukaczowcach spalili Ukraińcy 26 lutego 1944 roku – napisał nam o tym stryj Andrzej. Kilka dni później on sam, i reszta rodziny Krawców, której nie wywieźli na Sybir, musieli uciekać z Bukaczowiec przed banderowcami. Stryj napisał nam jak jechali jednym wagonem w siedem rodzin. To, co zdołali zabrać ze sobą, było ich całym majątkiem. Osiedlili się w Wielkopolsce nad Notecią i tam pojechał Ojciec – już nie pamiętam dokładnie – jakoś wiosną 1947 roku. Mama nie mając innego wyjścia musiała zabrać Stefkę i latem tego samego roku też pojechała do Polski. Do Mombasy jechały tydzień pociągiem, a stamtąd statkiem udały się do Gdańska. Stefka nie mogła nigdzie wyemigrować z powodu padaczki. Z taką chorobą żaden kraj nie przyjmował ludzi, aby wyjechać, trzeba było przechodzić przez komisję lekarską i dostać stuprocentową kartę zdrowotną. Przez cały czas wojny prowadziliśmy korespondencję ze sobą i wiedzieliśmy, co się z kim dzieje, ale po zakończeniu wojny nie spotkaliśmy się. Zarówno Władek, jak i Kazik nie widzieli się z ojcem ani z mamą. W 1948 roku Tadek skończył osiemnaście lat i powołano go do wojska. „Służbę wojskową” odbył w kopalni węgla w Radzionkowie. Władek i Kazik byli szeregowcami. Władek służył w pułku pancernym „Skorpion” a Kazik w 11 Batalionie Łączności. Żaden z nich nie był poważnie ranny, choć obaj walczyli pod Monte Cassino. Po ukończeniu wojny, kiedy wojsko było rozwiązane, każdy wyjeżdżał do innych krajów, gdzie się komu udało, na kontrakty do roboty. Kazik wyjechał w roku 1946 bezpośrednio z Włoch do Kanady a Władek do Anglii. Rok później Władek też przyjechał do Kanady, bo w Anglii nie widział dla siebie żadnej przyszłości. Obaj musieli odrabiać kontrakty na farmach przez dwa lata. W Kanadzie brakowało siły roboczej, więc farmerzy zawierali korzystne dla siebie kontrakty. Farmer opłacał koszt podróży statkiem, w zamian za to zdemobilizowany żołnierz miał przepracować na jego farmie dwa lata. Później pracowali, gdzie kto mógł. O pracę nie było łatwo. Bez znajomości języka trudno było o zajęcie lepiej płatne, w Kanadzie płacili im po 90 centów za godzinę. Ja przyjechałam w 1949 roku i pracowałam za około 25 dolarów na miesiąc. My z Weronką, mimo nalegań matki, nie chciałyśmy jechać do Polski. Nie pomogły prośby i groźby. Rozeźlona pozabierała wszystkie papiery, zdjęcia, nawet moje świadectwa szkolne. Miałam później dużo kłopotów z tego powodu, bo zostałam bez dokumentów. Pozostałyśmy w obozie, czekając na możliwość wyjazdu. Weronka nie chciała jechać do Polski, bo w Kanadzie miała narzeczonego, którego poznała jeszcze na Syberii – jego rodzinę też wywieziono. Najpierw pracował przy załadunku drewna, później naprawiał maszyny w tartaku – był mechanikiem. Na koniec dostał się do armii Andersa. Czekała tylko na zaproszenie. Władze kanadyjskie nie chciały udzielać zgody na zaproszenie, dopóki zapraszający nie odrobił dwuletniego kontraktu na farmie. Dlatego dwa lata zeszły na czekaniu. Po wyjeździe mamy i Stefki wstąpiłam do policji. Praca lżejsza, ale służba nocna była niebezpieczna. Zdarzało się, że napadały dzikie zwierzęta, była obawa przed Murzynami, ale zarobek był lepszy. Wojska już nie było i trzeba było zapracować na utrzymanie. Chciałam wyjechać do Anglii, do chłopaka, z którym prowadziłam korespondencję w czasie wojny. To był kolega Władka. Myśleliśmy o małżeństwie. Stało się inaczej. Brat wyjechał z Anglii, więc nie mając tam nikogo z rodziny, nie miałam prawa wjazdu, bo chłopak, do którego miałam jechać, to nie rodzina. Gdyby chciał mnie sprowadzić, musiałby zapłacić 300 funtów, co stanowiło wtedy równowartość 800 dolarów, a takiej kwoty nikt wtedy nie posiadał. W Anglii pracowało się za 25 centów na godzinę. Nie chciałam jechać do Polski. Wiedziałam przecież, że jest zniewolona, a komunę poznałam w Rosji. Znałam przedwojenną biedę, to też zniechęcało do powrotu, no i poczucie wolności, przecież miałam już 21 lat. Zdecydowałam wyjechać razem z siostrą do Kanady. Ona jechała na zaproszenie swojego chłopaka, ja na zaproszenie chłopaka, którego nie znałam. Koszty podróży pokrywali zapraszający chłopcy. Dziewczyny, które jechały na takie zaproszenie, były zobowiązane przepracować u zapraszającego dwa lata na farmie lub wyjść za niego za mąż. W Kanadzie W 1948 roku wyjechałyśmy z Weronką do Mombasy, a stamtąd w październiku do Włoch. Po trzech miesiącach oczekiwania na okręt, dopiero początkiem lutego 1949 wypłynęłyśmy do Kanady. To był ostatni rejs statku „Sobieski” pod polską banderą. Byliśmy w morzu trzy tygodnie. Po wyładowaniu nas w Halifaksie okręt popłynął do Nowego Jorku. W drodze marynarze dowiedzieli się, że „Sobieski” jest oddany w ruskie ręce. Zbuntowali się. Większość z nich zeszła z okrętu w Nowym Jorku prosząc o azyl. Azyl otrzymali bez przeszkód – zdarzenie to opisywał mi później znajomy marynarz. Pojechałyśmy do Alberty – wschodniej prowincji. Tam przed Wielkanocą, 4 kwietnia 1949 roku, Weronka poślubiła swojego chłopaka. Na jej wesele przyjechał brat Władek. Po weselu miał wracać do Ontario, ale został, bo zapoznał się z druhną Weronki – Jadzią, moją najlepszą koleżanką w Afryce. Ona też odrabiała kontrakt, więc poczekali, aż skończy i pobrali się. We wrześniu 1950 wyjechali do prowincji Ontario i tam pozostali do śmierci. Władek miał łatwość uczenia się języków. Podczas wojny szybko nauczył się języka włoskiego. Tak dobrze mówił, że kanadyjscy Włosi myśleli, że znał ich język wcześniej. W Kanadzie było wielu emigrantów także z Włoch i nieraz słyszałam, jak brali go za Włocha. Pięknie śpiewał włoskie piosenki. Bardzo szybko nauczył się też angielskiego. Jadzia, moja bratowa, też przyjechała do Kanady do nieznanego chłopaka. Historia się powtórzyła tak jak ze mną, bo ze mną było tak: Po przybyciu do Kanady przekonałam się, że chłopak, który zapłacił za mój bilet oszukał mnie. Gdy przyjechałam, on już nie pracował na farmie, tylko w kopalni węgla. Nie chodziło mu o odpracowanie, tylko chciał się ożenić. Jak trochę go poznałam, to nie chciałam. Nie podobało mi się, że mnie okłamał i to, że jest bardzo zazdrosny. Od dwóch miesięcy znałam Bronka, który po zwolnieniu z wojska przyjechał do Kanady i tak jak bracia skończył już odrabiać kontrakt. Nie chciałam wyjść za tamtego chłopaka, a on ze złości pojechał do biura emigracyjnego, by mnie zmusili do pracy na farmie. Tam, gdzie miałam pracować, nie było żadnej kobiety, tylko czterech chłopów. Nie chciałam iść na taką farmę. Wtedy Bronek pojechał do biura emigracyjnego do Calgary, by mnie ratować. Jak nie było innego sposobu, to powiedział, że się ze mną ożeni, choć wcześniej nie było między nami mowy o ślubie. Dali mu trzy miesiące czasu. Siostra mamy, która jeszcze przed wojną wyjechała za chlebem pożyczyła mi 300 dolarów. To było bardzo dużo pieniędzy – mój roczny zarobek. Oddaliśmy pieniądze chłopakowi jako zwrot poniesionych kosztów, musiał nam pokwitować odbiór. Z Bronkiem pobraliśmy się po czterech miesiącach od mojego przyjazdu do Kanady. W rezultacie Weronka, Władek i ja mieliśmy śluby w roku 1949. Mój mąż, Bronek – tak jak bracia – walczył pod Monte Cassino. Był w łączności, ale w innym pułku i nie znali się z Kazikiem. Pochodził z Wołynia. Jego rodzinę, tak jak naszą, Rosjanie zesłali na Sybir. Ojciec Bronka zginął podczas wojny na storpedowanym statku, a matka po wojnie wróciła do Polski. Nie miała w Polsce nikogo, czasem przyjeżdżała w odwiedziny do moich rodziców. Po kilkunastu latach przyjechała do nas, do Kanady. W tamtych czasach otrzymanie paszportu w Polsce było bardzo utrudnione. Żyliśmy skromnie. Pracowałam w pralni chemicznej, zarabiałam mało, 25 centów na godzinę. Nie mieliśmy samochodu, więc by po pracy nie czekać długo na autobus, wracałam do domu piechotą – to było ponad 10 km, no i trochę zaoszczędziłam na bilecie. Końcem 1950 roku urodziłam córeczkę – Irenkę. W lutym następnego roku wyjechaliśmy do Ontario, a w czerwcu przyjechała tam Weronka ze swoją rodziną. Z Kazikiem zobaczyłam się dopiero po przyjeździe do Ontario. Tu mieszkaliśmy wszyscy, do śmierci. Kazik odpracował 2 lata na farmie, ożenił się w 1951 roku z Józefą Borkowską – Polką-Amerykanką. Po ślubie musiał czekać dwa lata, zanim dostał „zieloną kartę”. Bez tego nie mógłby pracować i mieszkać w Stanach. Mieszkał w Buffalo, w stanie Nowy Jork. Pracował ciężko w odlewni żelaza aż do śmierci. Władek pod koniec życia był inwalidą na wózku. Całe życie ciężko pracowałam. Moją młodość zabrała wojna – nie miałam wykształcenia, ale razem z mężem wykształciliśmy trójkę naszych dzieci. Staraliśmy się odwiedzać Rodziców. Tylko Kazik nigdy nie był w Polsce. Władek przyjechał do Polski w 1969 roku – pierwszy raz od czasu Sybiru spotkał się ze Stefką i Tadkiem. Ja pierwszy raz byłam w Polsce w 1970 roku. Dopiero wtedy zobaczyłam Tadka, którego nie poznałam po 27 latach. Później byłam jeszcze kilka razy, ostatni raz w 1988 r. Nie byłam cały czas u rodziców, tylko wyjeżdżałam w różne miejsca. Chciałam zobaczyć Polskę, bo jej przed wojną nie widziałam. Jako dziecko najdalej byłam na wycieczce szkolnej w Rohatynie, nocowaliśmy wtedy u zakonnic, zwiedzaliśmy fabrykę szkła. Z mamą byłam na pielgrzymce w Kochawinie. O Polsce – miastach, zabytkach uczyłam się tylko w szkole. Chciałam je zobaczyć i zobaczyłam. Nigdy nie byłam we Lwowie ani w Bukaczowcach. Nie miałam takiej możliwości, chociaż zwiedziłam wiele różnych krajów. W 1994 r. razem z mężem Bronisławem Kaczmarczykiem, żołnierzem spod Monte Cassino, byliśmy we Włoszech na obchodach 50-lecia bitwy. Nic nie widzieliśmy, bo prezydent Wałęsa ze swoją świtą i harcerzami zamknęli bramę i nie wpuścili weteranów na cmentarz, gdzie się odprawiała msza za poległych. Byłam taka zawiedziona i do dziś żałuję, że pojechałam, bo to było bardzo kosztowne. Do tego wszystkiego lał deszcz i było zimno a my w tym błocie, przemoknięci, staliśmy za murem cmentarnym. Nic nie widzieliśmy, tylko przez głośnik słyszeliśmy księdza jak odprawiał mszę. Niedawno otrzymałam Krzyż Zesłańców Sybiru – bardzo sobie to odznaczenie cenię.

dyskutuj
comments powered by Disqus