Przejazd i życie w Buzułuku (Samara - Kujbyszew)
Listopad 1941

Halina Wyrzykowska - przejazd i życie w Buzułuku

Bożena Hersztowska

Wspomnienia Haliny Wyrzykowskiej (c.d.): Szukaliśmy drogi, która mogła nas doprowadzić do Polskiego Wojska, a po dłuższych staraniach przez rosyjski „Wojenkomat” uzyskaliśmy skierowanie, a nawet bilet bezpłatny do Buzułuku – Tockoje. Ogarnęła wielka radość nas. Nie wiedzieliśmy, że na tej drodze będzie jeszcze dużo cierni. Pierwszy etap minął bez żadnych utrudnień. Po tygodniu dojechaliśmy do Kujbyszewa - celu naszej podróży. Zobaczyliśmy wojskowych z orzełkami na czapkach. Było to wymarzone Wojsko Polskie. Niedługo cieszyliśmy się . Nakarmiono nas obficie i znów załadowano do pociągu, który miał nas zawieźć na nowe miejsce postoju wojska, w okolice Samarkandy. Dostaliśmy trochę żywności na drogę i zapewnienie, że w Taszkiencie będzie placówka polska, która zaopatrzy nas na dalszą drogę. Wyruszyliśmy w drogę z nadzieją, która nas tym razem zawiodła. Po tygodniu jazdy osiągnęliśmy Taszkient, ale tam nie znaleźliśmy polskiej placówki. Nie było jej też na dalszych etapach. Nasze wagony zostały doczepione do transportu towarowego jadącego w kierunku granicy chińskiej, potem wróciliśmy do Taszkientu, a następnie pojechaliśmy w kierunku granicy afgańskiej. Trwało to 3 tygodnie, a wyżywienie składało się z ukradzionych na bazarach jarzyn, owoców i innych produktów. Wtedy poznałam co to głód. Czasem i dwa dni nie miałam nic w ustach. Chłopcy sobie radzili. Dla kobiet, a właściwie dziewcząt nie była to łatwa sprawa. Trzeba było ryzykować wyjście z wagonu. Nie były ustalone godziny odjazdów. Można było zgubić transport i co potem? Wreszcze na końcowej stacji Kamyszi przy granicy afgańskiej władze rosyjskie usunęły nas z wagonów i kazały iść pracować do kołchozów. Nie wiadomo do dziś, kto w tej akcji zawinił, czy władze rosyjskie, czy też było to wynikiem polskiej złej organizacji. Nacierpieli się ludzie, którzy o głodzie i chłodzie przwędrowali przez olbrzymie obszary południowej Rosji. Znalazłam się w kraju prawie pustynnym bez żadnej opieki i możliwości szukania pomocy. Zjawili się przedstawiciele kołchozów posługujący się swoim językiem. Potrzebowali ludzi do pracy. Miałam wrażenie, że znalazłam się na rynku niewolników. Wybierali najsilniejszych. Wreszcie wybrano i mnie. Po 10 km marszu w skwarze południowego słońca dowlekłam się do nowego miejsca pracy. Była to plantacja bawełny. Na migi rozmówiłam się z gospodarzem, że chcę jeść, ale on odpowiedział: „najpierw pracować, potem jeść” i tego dnia nie otrzymałam posiłku. Następnego dnia o świcie dano nam po „lepioszce” (podpłomyk , placek z otrębów) i kazano zbierać bawełnę. Norma była bardzo wysoka, 7 kg na osobę w ciągu dnia. Wieczorem była znowu „lepioszka” i „kipiatok”. Minął dzień, drugi i trzeci. Nic się w wyżywieniu nie zmieniło. Czułam, że opadam z sił. Czwartego dnia po pracy z koleżanką i dwoma chłopcami uciekliśmy z kołchozu i po 10 km marszu przybyliśmy do tej samej stacji kolejowej na której nas wysadzono. Nadjechał pociąg, wsiedliśmy wykorzystując bufory i schodki, bo na bilety nie mieliśmy pieniędzy. Kilkakrotnie wyrzucano nas z pociągu. Jechaliśmy w kierunku Taszkientu, ciągle szukając Polskiego Wojska i wreszcie po kilku dniach jazdy trafiliśmy na polską placówkę konsularno-wojskową w Kahanie. Były tu już setki Polaków z całego ZSRR. Dowiedzieliśmy się, że wojsko na tym terenie będzie organizowane dopiero na wiosnę 1942 r. O zgrozo ! Tyle trudów i wszystko na nic. Ludzie koczujący pod gołym niebem, zawszeni, niedożywieni chorowali na tyfus plamisty i czerwonkę. Tu właśnie zaczęły się epidemie, które później objęły całe wojsko. Nie przywykłam poddawać się losowi. Postanowiłam powtórnie dotrzeć do Buzułuku. Udało mi się. Dołączyłam do transportu do Tockoje i chociaż to było nielegalne, dojechałam bez większych kłopotów i 23 listopada 1941 r zastukałam do drzwi sztabu w Buzułuku. Ku swojej radości spotkałam ludzi z konspiracji, którzy mogli mnie zweryfikować. Następnego dnia zostałam przyjęta przez szefa służby zdrowia i jako pielęgniarka przydzielona do szpitala 6 Dywizji w Tockoje. 1 grudnia zaczęłam pracować i rozpoczął się nowy rozdział mojego życia. Znalazłam się wśród swoich i odżyła nadzieja, że nadal bedę przydatna w służbie dla ojczyzny, przeżyję wojnę i wrócę do Polski. Tockoje – mała osada, a właściwie letni poligon wojskowy 40 km od Buzułuku. Było tam kilka drewnianych baraków o pojedynczych ścianach, w których mieścił się sztab 6 Dywizji, szpital, mieszkania sióstr, kuchnia. Całość wojska zakwaterowana była w namiotach. Nieliczni zbudowali ziemianki. Był grudzień, temperatura powietrza dochodziła do -50 °C. Spadły ogromne śniegi. Między poszczególnymi domami wykopane zostały tunele do wysokości 1-1,5 m. Drzewa było pod dostatkiem, ponieważ otaczały nas brzozowe lasy, a nasi chłopcy doceniali nasz trud i zawsze przed naszymi domkami było przygotowane drewno. Nasza praca zaczynała się o 5-tej rano, a nieraz o 23-ej byłyśmy na salach chorych. Mieszkając w takich warunkach żołnierze chorowali. Przynoszono ich z odmrożonymi nogami, z zapaleniem płuc, nerek i wieloma innymi chorobami. Lekarze i my robiliśmy wszystko, aby ich ratować, ale warunki w szpitalu urągały wszelkim zasadom higieny. W budynku na sali chorych temperatura utrzymywała się poniżej -5°C. Lekarstwa w butelkach zamarzały. Trzeba je było topić przed podaniem. Ceglane piece nie dawały ciepła. Chorych przykrywaliśmy 12-ma kocami. O kąpieli nie było co marzyć. Zawszonych kładło się do łóżka bez mycia. Swiatła elekrycznego nie było. Jedyne oświetlenie to były „koptiołki” karbidowe. My ubrane byłyśmy w spodnie i bluzy watowane. Ale robiliśmy wszystko, by chorzy wracali do zdrowia i często nam się to udawało. Dlatego nasi chłopcy szanowali nas i starali się nam pomóc. Było nas mało, chorych było dużo. Jacy wspaniali byli lekarze, profesorowie Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Na nocnych dyżurach starali się nas dokształcać, pomagali nam dźwigać chorych. Niech wspomnę tylko prof. Czarnockiego, dr Szyryńskiego, dr Czeladzina, doc. Kruszyńskiego, dr Nieświatowską, dr Kacnera. Jedzenie było bardzo skromne – 3x dziennie po pół litra owsa gotowanego (z łuskami), kawałek chleba i herbata. Ale jakoś trzymałam się i pracowałam bardzo intensywnie. Nie spotkalam nikogo z bliskich i krewnych. Czułam się bardzo samotna Niespodziewanie odnalazł mnie w grudniu kolega brata, towarzysz szkolnych dni, harcerz pan R. Kaczorowski (późniejszy Prezydent RP na uchodźstwie – przyp. Rodziny). Byłam mu wdzięczna. Zaprosił mnie na wigilię do ziemianki, gdzie spotkało się kilku kolegów. Była to już druga wigilia poza domem. Zdawało się nam, że to już ostatnia wigilia na wygnaniu. Wieczór minął w zadumie, przy dźwiękach gitary i na zawsze pozostał w pamięci. Życzyliśmy sobie nawzajem szybkiego powrotu do Polski i do rodzin. Ale miało przejść jeszcze wiele wigilii na obczyźnie, zanim nastąpił kres naszej wędrówki. Szybko mijały dni podobne jeden do drugiego. Styczeń 1942 niczym nie różnił się od poprzednich miesięcy. Dla mnie był on jednak nieszczęśliwy. Na moją salę przywieziono chorego z wysoką gorączką. Objawy wskazywały na zapalenie płuc. Jak później stwierdzono, był to tyfus plamisty. Zakażona wesz pogryzła mnie i w trzeciej dekadzie stycznia stwierdzono i u mnie tyfus plamisty. Organizm był osłabiony, wyżywienie złe. Nie pokonałam tego zarażenia. Nie wiem, co się działo ze mną przez dwa tygodnie. Statystycznie 20% chorych na tyfus plamisty wracało do zdrowia, 80% umierało. Mnie sądzone było żyć.

dyskutuj
comments powered by Disqus