Wejście sowietów 17 IX 1939 roku
Lipiec 1940

Halina Wyrzykowska - konspiracja i uwięzienie

Bożena Hersztowska

Chcemy w imieniu naszej mamy Haliny Wyrzykowskiej, urodzonej 28.06.1920 w Białymstoku, porucznika z PSK Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Andersa opowiedzieć historię jej życia. Historia będzie opowiedziana Jej słowami, będą to najważniejsze fragmenty wspomnień spisanych osobiście pod koniec życia. Wspomnienia Haliny Wyrzykowskiej : Po 17.IX.1939 r Białystok i okolice znalazły się pod okupacją ZSRR. Podjęłam pracę pielęgniarki w szpitalu miejskim w Białymstoku i równocześnie włączyłam się do pracy konspiracyjnej w zespole harcerskim. W późniejszym okresie nadano organizacji nazwę Szarych Szeregów. Przysięgę składałam w Warszawie w1939 roku, dokąd zostałam wysłana jako łączniczka. Pewnego dnia wieczorem wyjechałam do Małkini, która była stacją graniczną. Wysiadało się na przedostatniej stacji. Dookoła był ciemny las, w lesie były szelesty. Nie wiadomo, czy były to kroki zbliżającego się strażnika, czy takiego jak ja podróżnika. Nieraz trzeba było pół godziny leżeć w śniegu. Przed świtem dotarłam na „ziemię niczyją”. Tam spędziłam w stodole cały dzień, aby następnej nocy przejść przez straże niemieckie. Jakoś udało się. W Warszawie złożyłam przysięgę, otrzymałam pocztę i po dwóch dniach ruszyłam w podróż powrotną. Nie poszło mi dobrze, wpadłam na strażnika ZSRR i tylko przypadek mnie uratował. Strażnik zabrał mi latarkę i zegarek i zapytał, dokąd chciałam iść. Oczywiście podałam kierunek odwrotny. Usłyszałam „tak dawaj nazad” i znalazłam się poza linią straży. Była to ciężka wyprawa. Więcej już za granicę nie byłam wysyłana. Dość było roboty na miejscu. Moimi zadaniami były: przerzuty przez granicę osób spalonych, zabezpieczenie kurierom kwater w czasie pobytu w Białymstoku, dostarczanie żywności dla osób przetrzymywanych w obozie, kompletowanie apteczek dla partyzantki. Włączyłam się do pracy konspiracyjnej z całą świadomością, że mogę ponieść konsekwencje, do utraty życia włącznie. Nie dokonałam żadnego bohaterskiego czynu. Uważałam, że tak ciężkich czasach trzeba osłaniać słabszych, leczyć i pomagać innym. Mijały dni i noce w ciągłym ruchu i pracy, aż do 19 lipca 1940 r. Zostałam aresztowana przez NKWD i rozpoczęły się długie dni w więzieniu. Ze mną razem aresztowano moją hufcową – Pawę Busłowską i jej siostrę. Więzienie w Białymstoku, nieprzystosowane dla takiej ilości więźniów, zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie. Zaprowadzono mnie do celi, gdzie było około 30 kobiet na powierzchni 40 m kwadratowych. Ścisk, hałas, smród, wszy i pluskwy, przezwiska i straszne warunki – spanie na betonowej podłodze bez okrycia. Wyprowadzano nas do toalety 2 razy dziennie. Wreszcie po 3 tygodniach wywołano mnie „ z wieszczami”, co znaczyło, że będę przewieziona gdzieś dalej. Załadowano mnie do wagonu i wyruszyłam w nieznaną podróż. Wprowadzono nas do kibitki więziennej i wieziono po wyboistej drodze. Wbrew oczekiwaniom podróż trwała krótko. I znów otworzyły się i zamknęły za mną trzy żelazne bramy. Znalazłam sie na placu przed pałacem. Był to (jak dowiedziałam się później ) pałac Sapiehów w Mińsku, zamieniony jeszcze przez cara na więzienie. W więzieniu tym spędziłam 11 m-cy. Koszmar tych dni do dziś powraca w snach. Znalazłam się na oddziale dla politycznych. Pobudka o 4-tej, wyjście do toalety i mycie w lodowatej wodzie. Miska wody zabarwionej kawą i 40 gr chleba, o 13-ej pół litra kaszy na wodzie, o 18-ej miska „kipiatka” to było całodzienne wyżywienie. W ciągu dnia nie można było się położyć. Siedzenie w jednej pozycji było nie do wytrzymania. Wprowadzono mnie do celi 2x3 m, gdzie było 5 kobiet, a wyposażeniem 2 łóżka i szafka. Żadnej pościeli, żadnych koców do okrycia. Kto miał płaszcz okrywał się nim, kto nie miał, tak jak ja, budził się zmarznięty. Co dwa tygodnie pędzono nas przez podwórko więzienne do łaźni. Ubranie zabierano do odwszenia. Rozgrzanych kąpielą więźniów prowadzono przez podwórze, niezależnie od tego, ile stopni mrozu wskazywał termometr. Co 3 tygodnie – 20 minutowy spacer. Cała cela oświetlona była dniem i nocą. Głowy nie można było przykryć - strażnik, który zaglądał do celi, natychmiast bił kluczami w drzwi. Najgorsze było śledztwo. Gdy więźniowie zasypiali, rozpoczynało się wywoływanie poszczególnych więźniów. Stuk okien i głośna rozmowa na korytarzu wybijały nas ze snu. Pytania i nadsłuchiwanie, czy dziś znów okienko się otworzy, czy znów mnie wywołają z celi? O co będą pytali? Zawsze były te same pytania. Do jakiej organizacji należałaś? Kto ciebie zwerbował? Kogo ty zwerbowałaś? Wobec negatywnej odpowiedzi dalsze pytania traciły sens. Śledczy bił po twarzy lub linijką po rękach i nogach, zmuszał do stania bez oparcia po kilka godzin. Wreszcie odsyłał mnie do celi. Nieraz wzywał mnie po kilka kolejnych dni. Śledczy nie miał konkretnych materiałów przeciwko mnie poza zeznaniem kuriera, który nigdy nie był mi przedstawiony na „ stawce ocznej”. Śledztwo zakończono po 3 miesiącach. Czekałam teraz na wyrok. 25 kwietnia 1941 roku wezwano mnie do śledczego i odczytano wyrok. „Osobowoje Sowieszczanie” w Moskwie osądziło mnie na 8 lat „karłagu”.

dyskutuj
comments powered by Disqus