Pobyt w łagrach
Czerwiec 1941

Halina Wyrzykowska - pobyt w łagrze

Bożena Hersztowska

Wspomnienia Haliny Wyrzykowskiej (c.d.): W dniu 2 czerwca 1941 r załadowano mnie i koleżanki do kibitki kolejowej i przez 3 tygodnie wieziono o kromce chleba i solonej rybie, bez gorącego posiłku, a nawet gorącej wody. Nie pomagały prośby o o posiłek, to co mogłyśmy uzyskać, to kubeczek zimnej wody, zaczerpniętej z rowu obok torów kolejowych. W dniu 22 czerwca, w dniu wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej, wyładowano nas w punkcie rozdzielczym Karłagu. Rozdzielono nas. Ja i Janina Grabowska po 10 km marszu znalazłyśmy się w punkcie docelowym. Były to 2 baraki, stojące na pustym, kamiennym stepie, ogrodzone drutem kolczastym, przedzielone na dwie części : żeńską i męską. Razem 500 więźniów. Nigdzie do horyzontu drzew! Wprowadzono nas do baraku o glinianej podłodze, dookoła 50 nar drewnianych, piętrowych, bez sienników i nakrycia. Kto miał się czym przykryć, był w lepszej sytuacji. Osobiście miałam tylko letni płaszczyk i wstawałam drżąc z zimna po nocy spędzonej na deskach pełnych pluskiew. Pobudka o godz. 4-tej, pół litra niedogotowanej kaszy jaglanej stanowiło śniadanie. Wymarsz do pracy pod nadzorem o godz. 5-tej. Oddział, w którym byłam, prowadził gospodarstwo rolne na niewielkim obszarze ziemi oczyszczonej z kamieni i sztucznie nawadnianej. Narzędzi było mało, prace, które można było wykonywać ręcznie, wykonywano rękami więźniów. Były to: pielenie, zbieranie słoneczników, kopanie dołów na kiszonki, przebudowa zabudowań, uprawa tytoniu. O godz. 13 powrót na posiłek składający się z litra ugotowanych odpadów jarzyn i 400 g ciężkiego razowego chleba. Przy tym należy zaznaczyć, że jakość i ilość jedzenia zależna była od wykonania normy (1, 2, 3 kocioł) - w myśl zasady: kto pracuje, ten ma. Ja zawsze otrzymywałam najgorsze jedzenie, ponieważ nie miałam umiejętności, ani siły, a normy były wysokie. Jakże ja boso, z pokaleczonymi nogami mogłam się zmobilizować się do jakiejkolwiek pracy! Od 14-tej do 19-tej znów pracowaliśmy, a następnie po zjedzeniu kolacji (przez tych, co wyrobili normę - pozostali nie otrzymywali wieczornego posiłku) następowała „prowierka” t.j. liczenie więźniów tak długo, aż doliczono się wszystkich. Nieraz trwało 2-3 godziny. Tak upływały dni – jeden podobny do drugiego. Raz na 2 tygodnie była „sanitarna obróbka” tj. łaźnia i niszczenie wszy i pluskiew. Któregoś dnia, gdy przydzielono mnie do kopania silosu boso – odmówiłam podjęcia pracy, Zjawił się kierownik oddziału i kazał mi dać „czunie” t.j. chodaki z opony nakładanej na owinięte szmatami nogi i przywiązane sznurkiem. To był dla mnie raj, wreszcie nogi nie bolały. Obsługa obozu zachowywała się poprawnie, rzadko używała gumowych pałek. Za wykroczenia regulaminowe karano głodówką i odosobnieniem w karcerze. Straciłam nadzieję na przeżycie w tych warunkach 8 lat, zwłaszcza, że zimy tam są bardzo ostre i śnieżne. W karłagu spotkałam majora Stanisława Kobylińskiego i doktora Maculewicza z Wilna. Pomagaliśmy sobie wzajemnie. Razem opuściliśmy obóz i razem dotarliśmy do Tockoje. Mjr Kobyliński wrócił do Polski, dr Maculewicz pozostał za granicą. W czasie pobytu w Karłagu były też chwile rozczulające, świadczące o dobrych sercach współwięźniarek. Było nas w baraku 2 Polki, reszta to obywatelki ZSRR skazane w latach 1937-1940 i „bytowyje” t.j. więźniarki pozbawione wolności za drobne przestępstwa obyczajowe. Nieraz na pryczy znadowałam pomidory, ogórki i inne warzywa. Gdy zapytałam, po co to robią, usłyszałam odpowiedź: „Ty Polaczka nie umiesz kraść, zginiesz tu marnie”. Przynoszenie do baraku jarzyn było zabronione, ale one miały swoje sposoby. Nie przeszkadzało to, że te same więźniarki okradły mnie z drobnych przedmiotów, które posiadałam. W obozie byłam tylko 3 miesiące. Na podstawie porozumienia gen. Sikorskiego ze Stalinem odzyskałam wolność. Było to 8 września 1941 r. Zezwolono nam się osiedlić w niektórych republikach azjatyckich. Do obozu przyjechali przedstawiciele różnych przedsiębiorstw celem zwerbowania ludzi do pracy. O powstaniu Wojska polskiego na terenie ZSRR słyszeliśmy z ogólnych komunikatów, ale nikt nas tam nie kierował. Trudno było ustalić , gdzie ono jest. Zaangażowałam się do pracy na budowie linii kolejowej Akmolińsk – Kartały jako niewykwalifikowany pracownik (w miejscowości znajdującej się 24 godz. jazdy od obozu). Prace ziemne, do których nas przydzielono, były trudne. Jedynymi narzędziami była łopata i „nosiłki”, a zarobek 5 rubli dziennie wystarczał zaledwie na chleb i zupę. Posiłek podgrzewaliśmy na 2 cegłach przed barakiem. Mieszkaliśmy w ogólnych barakach po 20 osób, bez podziału na płeć. Nie mogło być mowy w tych warunkach o higienie i możliwości przeżycia zimy. Szukaliśmy drogi, która mogła nas doprowadzić do Polskiego Wojska.

dyskutuj
comments powered by Disqus