Pobyt w Iraku (Quiził Ribat, Kirkuk)
Grudzień 1942

Halina Wyrzykowska - pobyt w Iraku

Bożena Hersztowska

Wspomnienia Haliny Wyrzykowskiej (c.d.): Po przeprawie przez Morze Kaspijskie i odbyciu kwarantanny przewożono nas ciężarówkami w głąb pustyni. Pustynia była czasem płaska, czasem pokryta wzniesieniami. Kierowcy jechali jak szaleńcy, zdawało się nam, że za chwilę znajdziemy się na dnie przepaści. Jazda odbywała się w dzień. Nocą przebywaliśmy w obozach przejściowych, gdzie można było się umyć, zjeść, a nawet obejrzeć film. Coraz bardziej dawało się we znaki gorąco. Temperatura wahała się w granicach 40° C. Po pięciu dniach dojechaliśmy do miejscowości Khanaqin, co znaczy „dno piekła”. I rzeczywiście upał był nie do wytrzymania, a jednak my, „wędrowcy gen. Sikorskiego” żyliśmy w tych warunkach cały rok. Smutne było to, że zamiast iść w kierunku Polski, oddalaliśmy się od naszych granic. Zadaniem naszych oddziałów była ochrona rurociągów ropy naftowej przed działaniem V kolumny niemieckiej. Namioty z podwójnymi daszkami nie bardzo chroniły nas przed upałem. Pot spływał po całym ciele, a woda była wydzielana po 6 litrów na osobę dziennie, do picia i utrzymania higieny. Zaopatrzenie angielskie było bez zarzutu. Obowiązywała przerwa tropikalna od 10.00 do 17.00. Nie wolno było w tym czasie wychodzić z namiotu bez wyraźnego rozkazu. My, pielęgniarki nie podlegałyśmy temu rozkazowi, bo chorzy wymagali stałej opieki i zabiegów. Zmiejszona była w tych godzinach obsada pielęgniarek. Chorych było ciągle dużo. Jakkolwiek została wygaszona epidemia tyfusu i czerwonki, pojawiła się malaria, przegrzanie, astma i zawsze personel szpitalny miał pełne ręce roboty. Dziwił mnie fakt, że na pustyni mogą żyć komary, a jednak wieczorem, kiedy ochłodziło się powietrze, nadlaywały ich całe roje. Malaria była teraz naszym wrogiem nr 1 i wielu żołnierzy, którzy przeżyli katorgę w ZSRR, złożyło ofiarę swego życia na tych niekończących się piaskach pustyni. Nocą podchodziły pod obóz szakale i hieny. Budziło nas ich wycie, ni to płacz ni to śmiech dziecka. Jeszcze jedna rzecz utudniała nam życie – były to hamsiny. Czytałam o tym w powieściach, ale nikt, kto nie przeżył hamsinu, nie zrozumie, co oznacza to słowo. Gorący wiatr porywał piasek na znaczne wysokości i pędził go przez pustynię, niszcząc wszystko po drodze. Maszty naszych namiotów łamały się jak zapałki, zwłaszcza, gdy namiot znalazł się w zasięgu trąby powietrznej. Lotny piasek wciskał się w najmniejszą szczelinę. Hamsin trwał czasem 3 dni i doprowadzał do wyczerpania nerwowego. Jeszcze jedna ciekawostka: pustynia miała swoją porę deszczową od listopada do marca - wtedy temperatura powietrza wynosiła około 15°, a nocą spadała do -5°C. Nagrzani słońcem, źle znosiliśmy tę zmianę. Na nocną służbę otrzymaliśmy kożuchy. Po porze deszczowej pustynia pokrywała się trawą, i polnymi kwiatami. Maki, chabry, goździki, rumianki braliśmy do ręki i zdawało nam się , że jesteśmy na polskiej ziemi. Trwało tak tydzień, może dwa. Trawy i kwiaty osiągały wysokość dorosłego człowieka, potem zaczynały kruszeć i zamieniały się w pył. W Khanaqin i Quisił Ribat byliśmy prawie rok, aby potem ruszyć dalej. Na tej pustyni spędziliśmy święta Bożego Narodzenia 1942. Były to już trzecie święta poza Polską. Minęły w zadumie, w małych grupkach siedzieliśmy w namiotach.Nie było świątecznego nastroju. Czasem słychać było kolędę. W sierpniu 1943 roku rozpoczął się przerzut naszych oddziałów na zachód w kierunku Palestyny.

dyskutuj
comments powered by Disqus