Odrębne świadectwa
Wrzesień 1939

Wspomnienia dr med. Adama Kiełbińskiego

Adam Kiełbiński Jr

Są to wspomnienia dr med. Adama Kiełbińskiego, chirurga, ppłk Wojska Polskiego, odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Zasługi Monte Cassino oraz medalami za udział w Kampanii podczas I i II wojny światowej.( to brat mego ojca ). Dr Adam Kiełbiński był do 1939 r. ordynatorem Szpitala Okręgowego w Grodnie, a od sierpnia 1941 r. współorganizatorem Służby Sanitarnej w ZSRR: w Buzułuku, Guzarze, Kenimechu i Kermine, gdzie tworzyła się Armia Polska, a następnie był ordynatorem Szpitala Wojskowego w Pelagiano na terenie południowej Italii i szpitala w Penley w Anglii Urodził się 13 lipca 1894 r. w Zamościu, zmarł 20 listopada 1975 r. Pochowany w Zamościu w rodzinnym grobowcu pradziadka – powstańca z 1863 r. - Od wiosny w 1938 r. pracowałem w Grodnie, dokąd zostałem przeniesiony z Wilna. Byłem starszym ordynatorem Oddziału chirurgicznego w Wojskowym Szpitalu Okręgowym i Szpitalu Miejskim. Pracowałem dosłownie od świtu do nocy, operując w dwóch szpitalach. Tak zastał mnie początek wojny. Z Niemiec dzień i noc było słychać bębny i tupot maszerujących kohort. Miałem wtedy wrażanie, że jakaś potworna burza zbliża się do naszych granic od Zachodu. W końcu sierpnia 1939 r. wysłałem żonę z dziećmi w towarzystwie bratanka do Zamościa koleją, bowiem auto moje zostało zarekwirowane przez wojsko. Odprowadziliśmy swoje wozy z dr Józefem Gulą, moim kolegą szkolnym i przyjacielem, razem wracaliśmy z miasta. Żaden z nas nie przeczuwał, że za kilka dni Józio, pełniąc funkcję szefa sanitarnego dywizji piechoty w Lublinie, zginie od bomby niemieckiej. O świcie 1 września 1939 r. na Grodno spadły pierwsze bomby niemieckie. Wybuch jednej z nich wyrzucił mnie z łóżka. Nalot trwał krótko, ale było dużo zabitych i rannych, bo Niemcy zbombardowali centrum miasta. W drodze do szpitala widziałem rozwalone domy, uszkodzony kościół garnizonowy i olbrzymie leje na ulicach. Komendant szpitala na odprawie wręczył nam w zapieczętowanych kopertach przydziały mobilizacyjne. Większość lekarzy miała opuścić Grodno. Ja otrzymałem przydział do Szpitala Etapowego w Brześciu, jako kierownik Oddziału Chirurgicznego. Przy pożegnaniu był nastrój smutny. Próbowałem zażartować, że wyjeżdżamy jak byśmy się już nie mieli spotkać. Z lekarzy grodzieńskiego i wileńskiego szpitala, których było 35, wojnę przeżyło tylko czterech: Ppłk Antoni Kiakszto, płk Czesław Ryll – Nardzewski, por. Ryszard Puszkiewicz i ja. Naloty zupełnie zdezorganizowały transport kolejowy i trudno było się dostać do miejsca przydziału. 2 września wyjechałem transportem wojskowym do Brześcia. Jechał ze mną także bratanek Adaś K., który po odwiezieniu żony do Zamościa, wrócił do Grodna. Od tamtego czasu straciłem kontakt z rodziną na okres siedmiu lat. Trzynastego września otrzymaliśmy rozkaz natychmiastowej ewakuacji szpitala dalej na wschód, w kierunku na Dubno. W Kowlu, bombardowanym od pierwszych dni wojny, panował chaos. W tym mieście skupiły się cofające formacje tyłowe i rozbite jednostki frontowe. Piętnastego września ruszyliśmy w kierunku Łucka. Po drodze przeżyliśmy najcięższy nalot. W pobliżu stacji kolejowej Hołoby kilkakrotnie bombardowała nas eskadra niemiecka, ponieważ znaleźliśmy się w pobliżu bojowej jednostki polskiej. Siedemnastego września mieliśmy postój w bogatej kolonii czeskiej w pobliżu Dubna. Mogliśmy wreszcie wypocząć, umyć się i po tylu dniach lepiej zjeść. Korzystaliśmy z tego i chwaliliśmy sobie ten postój, aż tu nagle gruchnęła wiadomość – sowieci przekroczyli granicę i toczą walki. W nocy już było słychać kanonadę od wschodu. Nie było dokąd cofać się. Byliśmy wzięci w dwa ognie. Zbliżał się koniec naszego oporu. Dziewiętnastego września nasz szpital dostał się do niewoli sowieckiej. Pod konwojem kazano nam iść w kierunku Dubna, gdzie odebrano nam wyekwipowanie szpitala a personel ulokowano na placu koszarowym. Tu znajdowało się już wiele polskich jednostek wziętych do niewoli. Personel mojego szpitala miał wyjątkowe szczęście. Major NKWD, który prowadził nasze sprawy, zwolnił wszystkich lekarzy, nawet zawodowych – jak np.: mnie i kol. dr Malinowskiego. Inna rzecz, że nie podaliśmy tego, że jesteśmy oficerami – a na szczęście nikt nas nie wsypał. W innych szpitalach lekarzy nie zwalniano a odsyłano do obozów. Wiadomo, ze na liście katyńskiej znalazło się około 600 lekarzy. Zginęło tam m. in. moich kilku kolegów: mjr Marynowski i Gołyński – obaj ze szpitala wileńskiego. Zginął tam również dr Tarasiewicz, rezerwista z Grodna. Przeżycia tych koszmarnych dni, po siedemnastym września, łącznie z poprzednią kontuzją zaraz po zwolnieniu z niewoli, zwaliły mnie z nóg. Z ulicy przeniesiono mnie do najbliższego szpitala. Po wypisaniu ze szpitala zamieszkałem w domu zamożnej rodziny żydowskiej, która trzymała mnie bez meldowania. Nadal czułem się źle i nie mogłem swobodnie chodzić. O wyruszeniu w dalszą drogę samemu nie było mowy. Kraj już został podzielony między okupantów. Zamość i moja rodzina znaleźli się pod Niemcami. Lwów pod sowietami. Po pobycie w domu u siostry – na ulicy Pochyłej we Lwowie, zostałem przyjęty na Klinikę Neurologiczną, bo stan mój znowu pogorszył się. We Lwowie byłem od końca października do końca stycznia 1940 r. W tym czasie trwało wyłapywanie oficerów i trzeba się było meldować po wyjściu z kliniki, co z reguły kończyło się aresztowaniem i wywożeniem. Bez meldowania narażałem rodzinę u której mieszkałem. Pomimo, że nogi jeszcze szwankowały – trzeba się było decydować na marsz do Zamościa. Sowieci już obstawili swoją granicę wojskami NKWD i w tym czasie przedostanie się na stronę niemiecką nie było łatwe. W końcu stycznia wyruszyłem ze Lwowa do Rawy Ruskiej pociągiem. Tam rodzina kolejarska przekazała nas dalej do kolejarzy na małej stacyjce Horyniec pod Lubaczowem, skąd zabrał chłop ukraiński z pobliskiej wsi i ukrył w swojej chałupie. Granica była tuż za wsią. Chłop, który nas ukrył, był bardzo przestraszony i dopiero większa suma pieniędzy zdołała go przekonać. Spędziliśmy u niego dobę. Następnej nocy podwiózł nas saniami do chałupy, gdzie miał kuma. Stąd do granicy było już blisko, ale trzeba było do niej brnąć głęboko w śniegu. Od chałupy prowadził nas już tylko kilkunastoletni syn przewodnika, a on sam znikł jak kamfora. Chłopak wybrał zły czas na podejście do linii granicznej i w połowie drogi natknęliśmy się na patrol, który na nartach zajechał nam drogę. Dwa bagnety skrzyżowały się przed nami. Odprowadzono nas do Oleszyc, najbliższego miasteczka i zamknięto w jakimś pomieszczeniu pod strażą. Po dwudniowym przesłuchaniu przewieziono mnie do Rawy Ruskiej, do tamtejszego więzienia, gdzie przetrzymywano przez miesiąc. W marcu przewieziono do Lwowa i ulokowano w Brygidkach. Tam spędziłem również około miesiąca. Aż do wywiezienia ze Lwowa obawiałem się, że NKWD może mnie zlikwidować, ponieważ znałem nazwiska konfidentów sowieckich w Zamościu, które podał mi NKWD-zista Jakobson, przesłuchujący mnie, kiedy to namawiał mnie do współpracy z sowietami. W pierwszy dzień Wielkanocy w 1940 r. wywożono nas ze Lwowa. Padał deszcz ze śniegiem, kiedy pędzono nas z Brygidek w stronę dworca. Wyruszyliśmy pod wieczór. Na drugi dzień przekroczyliśmy Zbrucz. Panowała cisza. Wszyscy mieli łzy w oczach, kiedy byliśmy na moście. Wjeżdżaliśmy na nieludzką ziemię. Żegnaliśmy Ojczyznę, a wielu na zawsze. Wieziono nas stłoczonych w wagonach towarowych, wyposażonych w prycze. Odżywiano śledziami i chlebem, dostawaliśmy także po kostce cukru. Często brakowało wody do picia, a mieliśmy pragnienie spotęgowane spożywaniem solonych śledzi. Chyba piątego dnia znaleźliśmy się w Chersoniu nad Czarnym Morzem, u ujścia Dniepru. Było to w kwietniu 1940 r. Pozostaliśmy w Chersoniu do września. Nas Polaków umieszczono w specjalnych blokach olbrzymiego chersońskiego więzienia. Związek Sowiecki rękami NKWD przeprowadzał gigantyczną akcję aresztowań i wywózek w głąb ZSRR. Jeżeli się weźmie pod uwagę, że ponad milion Polaków wywieziono w ciągu 1940 r. do łagrów i na posiołki – to wymagało to pewnych przygotowań i wielkiej pracy organizacyjnej w transporcie, więziennictwie, łagrach i zesłańczych posiołkach. Dlatego nas tak wielu było w więzieniu w Chersoniu. W Chersoniu było duże jeszcze carskie więzienie, ale znacznie rozbudowane przez władze sowieckie. Tutaj i w pobliskim Mikołajewie upychano Polaków aresztowanych na terenach południowo – wschodnich województw. Mój transport spędził tutaj pięć miesięcy w warunkach niesamowitego upału, który w lipcu i sierpniu powodował śmiertelne ofiary. We wrześniu 1940 r. po odczytaniu wyroków, zaczęto nas szykować do transportu. Mnie skazano na pięć lat zsyłki. Wiedzieliśmy, że tym razem pojedziemy „na białe niedźwiedzie”. Kiedy uformowano nas w czwórkową kolumnę, starszy konwojent ogłosił, że próba wyjścia z kolumny spotka się z kulą konwojenta bez uprzedniego ostrzeżenia. Zapakowano nas, jak kiedyś we Lwowie, do wagonów towarowych z pryczami i otworem w podłodze do załatwiania swoich potrzeb. Pierwszym etapem naszej podróży był Charków. Tu w olbrzymim więzieniu mieścił się punkt rozdzielczy, skąd wagony posegregowane rozjeżdżały się do określonych łagrów albo, co miało miejsce najczęściej – do Kotłasu, miejscowości położonej u zlewu Suchony i Wyczegdy tworzącej Dwinę. Kotłas znany już za czasów carskich został rozbudowany przez bolszewików i w barakach mieścił po kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Stąd łagry zaopatrywały się w siłę roboczą. Z Charkowa transporty szły w dwóch kierunkach: na północ do Kotłasu i Workuty i na wschód do łagrów syberyjskich na Kołymie, gdzie w kopalniach złota masowo ginęli sowieccy niewolnicy. Nasz transport został skierowany przez Kursk, Orzeł, Moskwę, Gorki, Kirow wprost na Kotłas, gdzie zatrzymano nas do Bożego Narodzenia w 1940 r. Kotłas to duże polskie cmentarzysko, gdzie więźniowie marli z głodu i chłodu. Takiego potwornego złodziejstwa i brutalności, lekceważenia ludzkiego życia nie widziałem w żadnym innym obozie. Kotłas w mojej pamięci i pamięci Polaków pozostanie tak jak i Katyń. Chociaż nie strzelano w tył głowy, to liczba polskich ofiar w Kotłasie nie była mniejsza jak w Katyniu. Przez Kotłas przeszły setki tysięcy Polaków skazanych na łagry i posiołki. Pozostanie na dłuższy okres w obozie przejściowym w Kotłasie groziło śmiercią głodową, a mnie niestety w Kotłasie trzymano od września do grudnia 1940 roku. Pewnego ranka zauważyłem, że moje podudzia są jak „banie” a ja sam się chwieję i nie mogę chodzić. Pracowałem wtedy jako „lekpom” – pomocnik lekarza. Lekarz Rosjanin, także więzień, ale prowadzący szpital obozowy obejrzał mnie i orzekł: „niecharaszo, u was bezbiełkowije otoki”. Następnym etapem mogła być puchlina brzuszna i koniec. Nie wiem co kierowało tym kolegą – Rosjaninem, ale zajął się mną bardzo serdecznie i uratował mi życie. Po czterech – pięciu tygodniach stanąłem na nogi. Podczas pobytu w Kotłasie zetknąłem się z wielu ciekawymi ludźmi: Rosjanami i Polakami. Na zawsze pozostanie mi w pamięci szlachetna postać Stanisława Lepieskiego – Polaka – obywatela sowieckiego, szefa sanitarnego dużego okręgu na Uralu, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Polski. Lepieski był wnukiem powstańca z 1863 roku. Jego dziadek po odbyciu kary osiadł na Syberii. Babka i matka także były Polkami, a on sam ożeniony z Rosjanką, działaczką socjalistyczną. Został w Rosji, bo był po stronie rewolucji. Walczył przeciwko białym na Syberii. Nie wrócił do Kraju po 1918 roku, pomimo, że cała rodzina wyjechała do Polski. Jego żona nie chciała zostawić swoich rodziców. On wierzył, że bierze udział w akcji, która zmieni świat na lepsze. Zagarnął go wicher rewolucji. Został. Kiedy nadeszły lata terroru i czystek już nic nie miał wspólnego z polityką. Był szefem sanitarnym olbrzymiego okręgu na Syberii. Praca pochłaniała go całkowicie. Miał dobrze ułożone życie rodzinne. Miał żonę i dwie córki. Z rodziną w Polsce nie utrzymywał kontaktów. Wkrótce po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę zabrano go nocą do NKWD, a tam oznajmiono, że jest aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski. Przewieziono go do więzienia. Lepieski mówił po polsku, przetykając polskie zdania rosyjskimi. Spotykaliśmy się, jak na kotłaskie warunki dość często. Nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic. Lepieski był zaskoczony i przerażony tym, co opowiadałem o postępowaniu Rosjan w Polsce. Powiedziałem mu, ze wielu oficerów aresztowano, że wgłąb ZSRR zesłano kobiety i dzieci, starców, że bezprawie sowieckiego sądownictwa nie ma granic. Pomimo różnych haseł, w niczym nie różnią się od hitlerowców. Lepieski uważał, że jakieś przekleństwo zawisło nad narodem rosyjskim, który miota się i cierpi ponad ludzką wytrzymałość, wciągając w wir swojej męki także i inne narody, szczególnie nasz – Polskę. W pewnej chwili powiedziałem Lepieskiemu: wiesz bracie, często myślę kategoriami nacjonalisty. To wy stworzyliście prawo dżungli, wzajemnie się wyżeracie. Szkoda tylko, że mój naród został przemocą w to wciągnięty. Kiedy w 1920 roku broniłem własnego Kraju przed Czerwoną Armią, nie miałem nienawiści do ludzi z drugiej strony. Wydawało mi się, że naród rosyjski podejmie dziejowe zadanie przekształcenia stosunków społecznych i uregulowanie współżycia narodów słowiańskich w szczególności. A tymczasem Rosjanie zasiali tylko straszliwą nienawiść. Pokolenia Polaków będą pamiętały te potworne wywózki, współpracę z Niemcami w wyniszczaniu narodu polskiego. Nigdy nie przypuszczałem, że rosyjska rewolucja do tego doprowadzi. W wigilię 1940 roku o świcie z Kotłasu wyruszył pieszy transport, do którego włączono i mnie jako lekarza. Kiedy kolumna zbliżała się do głównej bramy łagru, z ciemności wychyliła się postać Lepieskiego. Podbiegł do mnie, ucałował, wetknął mi za pazuchę zawiniątko i znikł w szarości północnego poranka. W zawiniątku znalazłem 50 rubli i dwie porcje chleba – bezcenny skarb. Więcej z Lepieskim nie widzieliśmy się. Pozostała mi tylko pamięć tego niezwykłego człowieka, wiernego swoim ideałom. Po wielu dniach marszu wchodziliśmy wieczorem w bramę przeznaczonego dla nas nowego obozu „Opokstrok” nad rzeką Suchoną, położonego na południe od Wielkiego Ustiuga. „Opokstroj” miał za zadanie wybudowanie tamy na Suchonie. Poczynając od głównego inżyniera a kończąc na woziwodzie - wszyscy pracownicy byli więźniami, względnie ludźmi, którzy po odbyciu kary zostali tutaj zatrzymani jako „wolni pracownicy”, na pensji. Kierownictwo tym obozem było w rękach NKWD. Prowadziłem obozowe ambulatorium. Praca w nim zaczynała się o czwartej rano. Codziennie stał tam tłum chorych oczekujących pomocy. Na nic się zdały moje wysiłki, aby chorych i słabych zatrzymać chociaż na jeden dzień, bo każdego dnia miałem nakazany limit ludzi do zwolnienia z pracy. Nie miałem dostępu do władzy i wszystko musiałem załatwić przez naczelną lekarkę ob. Miertieticz, a ona bała się własnego cienia. W tym też czasie miało miejsce zdarzenie, które wpłynęło na mój dalszy los i dało mi możność przetrwania, a później wcześniejszego, mimo pięcioletniego wyroku, opuszczenia obozu. Było to pewnego marcowego dnia 41 roku. Miertieticz wpadła do szpitala bardzo zdenerwowana i poleciła abym pojechał z nią do chorej mieszkającej poza obozem. Za bramą czekały na nas sanki. Kiedy wsiedliśmy, obok furmana zajał miejsce zołnierz z karabinem. „Konsylium pod konwojem” – pomyślałem. Jazda lasem trwała krótko. Sanki zatrzymały się przed drewniana willa – daczą. Drzwi otworzyła pokojówka. W saloniku czekała na lekarzy pani. Po przywitaniu przystąpiła od razu do sprawy. Anna Michajłowna – moja córka, źle się czuje od rana. Ma bóle w dole brzucha. Wiem, że w obozie jest chirurg. Kontrast dwu światów. Tam w obozie i tu w luksusowej daczy, jak na warunki tajgi, gdzie uprzejma starsza pani prosi o zbadanie córki, wydawało mi się to wszystko jakieś nierealne. Z salonu udaliśmy się do sypialni. Czysta, pachnąca dobrymi perfumami pościel, francuska książka na nocnym stoliku, przyjemne ciepło w pokoju. A więc ciągle jeszcze istnieje taki świat i to obok obozowego piekła. Pacjentką okazała się dwudziestokilkuletnia przystojna kobieta, uderzająca bladością twarzy. Usyszałem cichy jej głos – słyszałam o panu. Proszę mi powiedzieć, dlaczego czuję się tak słaba, śpiąca i ciągle ziewam? Po zbadaniu chorej powróciliśmy do salonu, gdzie czekała matka na diagnozę. „Ciąża pozamaciczna i krwotok wewnętrzny” – brzmiała krótka odpowiedź. Raptownie otworzyły się drzwi I stanął w nich naczelnik obozu „Opokstroj” – pan życia i śmierci, major NKWD Stanisław Sułtanow. Czułem się zaskoczony. Szybko i nerwowo padały pytania po rosyjsku. Na jakiej podstawie opieram rozpoznanie? Czy jestem pewny? Czy mam doświadczenie będąc chirurgiem, a nie ginekologiem? Odpowiedziałem – mam na tyle doświadczenia, aby rozpoznać krwotok wewnętrzny. Stwierdzam, ze przyczyną krwotoku jest ciąża pozamaciczna. Naczelnik zniżył ton pytając co robić. Wtedy dopiero zorientowałem się, że pacjentka jest jego żoną. Odpowiedziałem – natychmiast żądać samolotu i przewieźć chorą na oddział ginekologiczny dużego szpitala. Krwotok należy opanować jak najszybciej! Ale to niemożliwe! Dookoła tajga, brak lądowiska - usłyszałem. Zapadło milczenie. Czterdziestokilkuletni NKWD-zista drżał o życie młodej żony, choć obojętnie patrzył na śmierć tylu młodych istot w obozie. A czy nie podjąłby się pan tej operacji, doktorze – padło pytanie. Odpowiedź byłaby prosta i łatwa w normalnych, ludzkich warunkach. Byłem więźniem, a mąż pacjentki zawodowym siepaczem. Jak zareaguje, jeśli żona umrze w czasie operacji? Chodzi jednak o ratowanie życia młodej kobiety. Po przeciągającym się milczeniu odpowiedziałem: dobrze, podejmę się tego zabiegu, oświadczam jednak, ze chora może umrzeć w czasie operacji. Zależy od tego, ile krwi straci do chwili zabiegu. Grażdankę Miertieticz proszę do asysty. Miertieticz zawołała ochrypłym głosem – nigdy nie asystowałam przy operacji. Będę tylko przeszkodą, a nasz „szpital” nie jest miejscem do wykonywania tego zabiegu. W drodze do obozu Miertieticz milczała. Dopiero kiedy byliśmy sami wybuchła: pan doktorze jest naiwny i nie zna NKWD. Jeśli operacja nie uda się, nie wyjdzie pan stad żywy! Po co pan mnie w to wciąga? Już dosyć przeżyłam w tym piekle! Ponieważ jednak dostrzegłem szansę uratowania, a innego wyjścia nie było, trzymałem się postanowienia. Byliśmy w obozie we dwóch z panem Janem – felczerem z Nowowilejki. Felczer ten był zręczny przy operacjach i dobrze dawał narkozę. Chora usnęła szybko. Blada Miertieticz stanęła przy stole operacyjnym, ale kiedy po otwarciu brzucha buchnęła krew, naczelna lekarka zwaliła się zemdlona pod stół. Pan Jan zachował przytomność i sprawność. Krwotok został opanowany. Chora oddychała spokojnie i równo. Napięcie minęło. Pomyślałem – chyba wyżyje. Nakładając szwy poleciłem sanitariuszowi podnieść lekarkę i przenieść do pokoju. Nikt nie zauważył, że w korytarzu stał Sułtanow, obserwując przebieg zabiegu przez niedomknięte drzwi. Po trzech dniach pobytu w obozowym szpitalu Anna Michajłowna wróciła do domu. Jeździłem tam na opatrunki już bez konwojenta. Otrzymałem również przepustkę na prawo zakupu żywności w sklepie dla personelu. Naczelnik obozu stał się może odrobinę bardziej ludzki, a mnie spotkała łaska pańska. Od maja 1941 roku do czasu zwolnienia, to jest do września 1941 roku wiele miałem do powiedzenia, bowiem od maja 1941 roku prowadziłem ten szpital i dokonałem w nim wielu operacji. Zyskałem autorytet i to do takiego stopnia, że traktowano mnie jak „wolnonajemnego”. Miałem prawo kupowania w sklepie dla personelu i od czasu do czasu otrzymywałem przepustkę upoważniającą na wyjście z łagru na określoną odległość. Właśnie w lipcu tegoż roku dowiedziałem się o wybuchu wojny pomiędzy Niemcami i Sowietami, a nieco później o zwalnianiu Polaków z łagrów. Kiedy zwróciłem się w tej sprawie do zarządu obozu – odpowiedziano mi, że tak istotnie jest, ale ja jestem potrzebny tutaj. W sierpniu 1941 roku moja była pacjentka, żona naczelnika łagru wymogła dla mnie zwolnienie. W tym czasie byłem już dobrze odżywiony i nie w najgorszych łachach, podobnie wyglądał mój pomocnik – felczer z Nowowilejki, p. Jan. Po zwolnieniu, nas łagierników spotkał wielki zaszczyt. Naczelnik łagru w towarzystwie swojej żony samochodem odwiózł nas do Wielkiego Ustiuga. Dobrze zaopatrzył nas na drogę, wydał odpowiednie świadectwa i środki finansowe. Z Wielkiego Ustiuga popłynęliśmy statkiem do Kotłasu, gdzie w tym czasie obozowały wielkie tłumy Polaków zwolnionych z łagrów. Około połowy września z Kotłasu ruszył mój transport. Jechaliśmy przez Kirów, Perm. Na wysokości Świerdłowska przecięliśmy Ural i dalej azjatycką częścią przez Czelabińsk, Orsk jechaliśmy w stronę Taszkentu. Wiadomo było, że Armia Polska tworzy się w Buzułuku. Z Orska nasz transport skierowano do Orenburga. Ale tam zatrzymano nas, a następnie poinformowano, że nie pojedziemy do Buzułuku, tylko dalej na południe do Uzbekistanu, ponieważ w Buzułuku nie było dla nas miejsca. Była to dla nas wiadomość niepomyślna. Wszyscy chcieli być w pobliżu Armii, bo gdzie indziej groziła nam śmierć głodowa. Mnie jako komendanta transportu poinformowano w Orenburgu, że będziemy w tym mieście stać 3 – 4 dni. Zdecydowałem się pojechać do bliskiego Buzułuku, żeby się zorientować w sztabie Armii w sytuacji i otrzymać żywność lub pieniądze dla transportu. Wiedziałem, że szefem sztabu jest mój były pacjent z Grodna ppłk Leopold Okulicki. Bardzo liczyłem na jego pomoc. W transporcie miałem około 2400 osób, w tym także kobiety i dzieci. Złożyłem raport ppłk Sztabu Generalnego. L. Okulicki kazał mi wydać wszystkie pieniądze, jakie były w kasie Armii, poinformował mnie także, że transporty Polaków są kierowane na południe do Uzbekistanu i że wkrótce cała Armia ma się tam przenieść. Drugiego dnia wyjechałem do Orenburga a następnie do Taszkentu, gdzie dowiedziałem się, że część transportu do Fergany i Andiżanu w Kirgizkiej SSR, a resztę skierowano na Naakus, w okolice Morza Aralskiego. Zostali oni rozproszeni po całej Kara – Kałpackiej Autonomicznej Republice, dokąd dojeżdżało się Amu – Darią. Wróciłem do Taszkentu i tam nawiązałem kontakt z Delegaturą, na czele której, z ramienia Ambasady Polskiej stał b. poseł Jan Kwapiński a z ramienia Armii – inż. Kazimierczak. Kwapiński skontaktował się z płk Okulickim, prosząc o pozostawienie mnie tutaj jako cywilnego szefa sanitarnego i przekazanie do jego dyspozycji pieniędzy, jakie mi pozostały. W tym bowiem czasie do Uzbekistanu ciągle nadchodziły transporty polskiej ludności. Przez Taszkent, gdzie na stacji był polski punkt sanitarny, przyjeżdżały pociągi, z których wynoszono ciężko chorych oraz zwłoki zmarłych Polaków, czasami po kilkudziesięciu z jednego pociągu. Upychano Polaków po kołchozach i miasteczkach uzbeckich. Zacząłem więc organizować polską służbę zdrowia, wykorzystując polskich lekarzy, którzy wówczas znaleźli się w Uzbekistanie. Początkowo urzędowałem w Delegaturze w Taszkencie a po przybyciu Armii Polskiej do Uzbekistanu, zostałem powołany do wojska, gdzie powierzono mi funkcję szefa sanitarnego 7 Dywizji Piechoty dowodzony przez płk Okulickiego. Dywizja była rozlokowana w Kerminie i w Kenimechu, niedaleko stacji kolejowej na linii Samarkanda – Buchara. Stał tam pułk ułanów, pułk piechoty i pułk artylerii. Przy jednostkach wojskowych gnieździły się rodziny. Kilkutysięczny garnizon pozostawił 3 – tysięczny cmentarz, na którym spoczęli żołnierze a przede wszystkim żołnierskie rodziny – kobiety i dzieci. Jeszcze nie wiedziano o Katyniu, ale krążyły pogłoski, że tysiące oficerów polskich zatopili bolszewicy na Morzu Białym. Po opuszczeniu ZSRR i kilkumiesięcznym pobycie w Pahlewi – szpital wraz z wojskiem przeniesiono do Kizył – Rabat w Iraku. Chorzy wynędzniali, malarycy zostali przekazani do polskiego,cywilnego szpitala w Teheranie. Nasz szpital w Iraku uzupełnił braki w personelu i ekwipunku i po kilku miesiącach postoju, w końcu sierpnia transportem samochodowym, poprzez pustynię udał się do Kafal – Birze pod Rechowodem w Palestynie. Tam przyjmowaliśmy rannych z katastrof samochodowych, z przerzutu Armii przez Iran i Irak. Trasa ta pochłonęła wiele ofiar. Nasz 3 – ci szpital był pierwszym, który pod osłoną lotnictwa, w konwoju okrętów przepłynął przez Morze Śródziemne do południowej Italii. W pierwszych dniach stycznia 1944 roku rozwinęliśmy się na południowym jej cyplu w miejscowości Pelagiano, 5 km od Morza Śródziemnego. Tu w maju 1944 roku zwaliła się na nas lawina naszych rannych chłopców z zażartych walk o Monte Cassino – to legendarne dla nas Polaków wzgórze klasztorne zamienione przez Niemców w obronną twierdzę. W szpitalu brakowało chirurgów. Dr Graber – doskonały chirurg zginął od ognia niemieckiej artylerii. W miarę napływu rannych lekarze, którzy kiedykolwiek mieli w rękach nóż chirurgiczny jak: ginekolodzy, laryngolodzy – przeprowadzali operacje. W ciągu kilkunastu dni przyjęliśmy 1252 rannych. Wojna skończyła się. Nas przeniesiono na ostatnie miejsce postoju w Penley w Anglii ( Walia ). Do domu ciągnęło nas, ale chociaż było blisko – było i daleko. Na przeszkodzie stało moje czynne zaangażowanie się w walkach przeciw czerwonemu powstaniu w Zamościu w 1918 roku. W Penley pracowałem w charakterze lekarza, później psychologa aż do 1969 roku – kiedy to przeszedłem na emeryturę. Zachowałem obywatelstwo polskie i w 1969 roku, po 30 – letniej tułaczce, powróciłem do swego kraju.

dyskutuj
comments powered by Disqus