Odrębne świadectwa
Wrzesień 1939

Życiorys mojego dziadka, Apolinarego Narkiewicza, cz.2

Anna Skład

C.d. wpisu http://armiaandersa.pl/submission/show/3622#.VJAM2iuG98E Do żony co parę dni wysyłałem listy zapewniając w nich, że lada dzień skończą się moje ćwiczenia. O przełożeniu ćwiczeń rezerwy na bezterminową służbę czynną żony nie informowałem. O wydaniu nam tzw. znaków osobistych też nic nie pisałem. Przed 1 IX Wśród okolicznej ludności narastała panika. Dziedzic z Wężykowej Woli przekazał wojsku tuczniki i spakowawszy ruchomy majątek wyjechał do Warszawy. Ludność chleb zamieniała na suchary i zostawiając puste domy częściowo uchodziła do okolicznych lasów. Wykańczane pośpiesznie bunkry obsadzono wojskiem. W pobliskich wsiach zarekwirowano furmanki i konie. Utworzono konną kolumnę transportową, nad którą komendę objął porucznik rezerwy, kawalerzysta z I wojny światowej. W dowództwie Grupy Fort plany, dokumentację budowanych fortów, segregatory i teczki dokładnie zewidencjonowano i złożono do kufrów. W całej Grupie ogłoszono pogotowie alarmowe. Na pobliskiej polanie wieczorem wylądowały 2 samoloty wojskowe RWD. Do Grupy Fort 91 dołączył też pluton sanitarny pod dowództwem lekarza. W całej Polsce ogłoszono mobilizację, bo odwieczni wrogowie polskiego plemienia na zachodzie i wschodzie koncentrowali wojska nad naszymi granicami. Dnia 1 IX 1939 r. o północy objąłem służbę na naszej kwaterze. Noc była cicha, spokojna, bezwietrzna i cicha. Samotne czuwanie wzbudziło tęsknotę za domem i najbliższymi. Myśli uleciały w krainę marzeń. O wschodzie słońca poranną ciszę przerwał warkot samolotów i dalekie wybuchy bomb nad Wieluniem. Na horyzoncie ukazały się łuny. W Grupie Fortyfikacyjnej trąbki zagrały na alarm. Zaczynała się jedna z najkrwawszych wojen światowych. Zadaniem naszej Grupy była budowa bunkrów i okopów, toteż kompania robocza licząca 400 umundurowanych żołnierzy nie była uzbrojona. Posiadaliśmy tylko kilka karabinów do pełnienia służby i wart. Tuż po alarmie przeleciały nad naszym terenem eskadry niemieckich samolotów spieszące na bombardowanie Łodzi. Stojące za majątkiem 2 samoloty RWD prawie pionowo wzbiły się w górę i pognały za niemiecką eskadrą. Pogoń nie trwała długo, bo tuż za naszymi samolotami ukazały się myśliwce nieprzyjacielskie. Walka też nie trwała długo. Za jednym z polskich samolotów ukazała się smuga dymu. Samolot ten, kręcąc spirale prawie pionowo runął na ziemię. Drugi samolot zdążył zniżyć lot i zniknął z oczu między drzewami. Po ok. 2-ch godzinach po alarmie na szosie i na polnych drogach ukazały się pierwsze grupy uciekającej ludności z Wielunia i okolic. Na pogodnym niebie coraz jaśniej świeciło słońce, a po zadymionej pożarem ziemi pełzało coraz straszniejsze oblicze wojny. Obu poboczami szosy i całą szerokością polnych dróg duże grupy pieszych iż tobołami i furmanki wyładowane przeważnie pościelą i żywnością, a powożone przez kobiety i starców z płaczem i lamentem pośpiesznie uciekały w stronę Łodzi. W postawach i oczach ludzi czaił się strach, rozpacz, żal i gorycz. Widok byle jak ubranych w pośpiech dzieci i matek, które z płaczem i lamentem ciągnęły za ręce lub tuliły w ramionach kilkuletnie maluchy przerażał i mroził krew w żyłach. Co kilkanaście minut nad tym nieszczęśliwym tłumem zjawiał się wracający z bombardowania samolot niemiecki i zniżywszy lot do kilkudziesięciu metrów posyłał w ten tłum bezbronny matek i dzieci serie z karabinów maszynowych. Pierwszy dzień wojny przeraził mnie. Łączność telefoniczna z Dowództwem Armii Lodź już w pierwszych godzinach wojny została przerwana. Łączności radiowej nie mieliśmy. Dowództwo Grupy Fort wieczorem przygotowało się do ewakuacji. Kompanię roboczą „uzbrojoną” w łopaty i kilofy pod dowództwem kapitana posłano nad przedpole wycofujących się oddziałów celem kopania okopów. Z nadejściem nocy ustały naloty. Cały horyzont przed nami, za nami, z lewej i prawej strony świecił się łunami pożarów. Płonęły okoliczne miasteczka i wsie. Wydawało mi się, że płonie cała Polska. Po bezsennej, smutnej nocy, nad ranem, w Wężykowej Woli zameldowały się pierwsze grupy wycofujących się, rozbitych oddziałów piechoty. Dowódcy naszej Grupy Fort, nie mając łączności z Dowództwem Armii Łódź zarządzili wycofanie. Wieczorem, dnia 2 IX 39 r. kolumna kilku samochodów ciężarowych załadowanych sprzętem saperskim oraz kilku lżejszych samochodów wiozących żołnierzy i wyposażenie grupy rozpoczęła odwrót z linii bunkrów pod Wieluniem. Wycofywaliśmy się na Brzeziny, Skierniewice, Warszawę i Siedlce do Brześcia n/Bugiem. Pod Brzezinami na poboczach szosy stało kilka innych kolumn samochodowych i konnych zamaskowanych zielenią. My nasze samochody umieściliśmy w dużej wiacie na uboczu drogi a sami biwakowaliśmy w krzakach rosnących ok. 100 m od drogi. W południe nadleciały niemieckie samoloty i zniżywszy lot na zamaskowane kolumny zrzuciły kilkanaście bomb. Tam pierwszy raz oglądałem skutki nalotu. Widok był straszny. Wolę go nie opisywać. Staliśmy w tym miejscu do wieczora. Po zachodzie słońca ucichł daleki warkot samolotów i ruszyliśmy w dalszą drogę, którą oświetlała nam łuna. W odległości kilometra od miasteczka kolumnę naszą zatrzymał wojskowy patrol. Zameldowali naszemu dowódcy, że most do Brzezin jest uszkodzony i skierowali kolumnę na objazd. Objazd był zasadzką. Była to droga przez mokradła, na której ugrzęzły nam samochody ciężarowe ze sprzętem. Poza tym zostaliśmy ostrzelani przez dywersantów, tzw. piątej kolumny. Przez tę nieszczęsną groblę przedzieraliśmy się do rana. Po zamaskowaniu samochodów o świcie pogrzebaliśmy naszego pierwszego żołnierza, który trafiony został zdradziecką kulą na grobli. Dalszą drogę odbywaliśmy również nocami. Mimo maskowania, w ciągu dnia wiele razy na jękliwy warkot niemieckich samolotów wieliśmy w pole, szukając schronienia i kryjówek przed ich oczami. Warszawę minęliśmy 5 IX. Drogi z Warszawy w stronę Brześcia były zapchane uciekinierami. Wsie i miasteczka płonęły. W rozmowach coraz częściej słyszało się słowo – klęska. Zaczęły krążyć plotki o tym, że rząd polski i Wódz Naczelny opuścili armię i ratują się ucieczką Do twierdzy w Brześciu dotarliśmy 11 IX i oto w 11. dniu wojny znalazłem się w miejscu, z którego 13 lipca wyjechałem na wojnę. W podziemiach twierdzy 2 dni czekałem na dalsze losy. Kamieniec Litewski, żona i córa były w odległości 50 km od mego miejsca postoju. Bardzo chciałem choć na chwilę Je zobaczyć, ale wychowany na polskiej beletrystyce wstydziłem się prosić d-cę w takiej chwili nawet o parę godzin urlopu. Po potężnych bombardowaniach w dniu 13 IX Grupa Fortyfikacyjna bez żadnego przydziału została załadowana na pociąg i wraz z resztkami żołnierzy jakiś innych rodzajów broni ruszyliśmy w stronę Tarnopola. Pociąg jechał bardzo powoli. Co kilka godzin zatrzymywał się celem naprawy zniszczonych torów. Dnie ciągle były bezchmurne, toteż parę razy dopadły nas niemieckie bombowce. Na szczęście tylko raz obrzucono nas bombami i to w chwili, kiedy pociąg stał przed stacją, a pasażerowie przewidując możliwość nalotu byli w dużej odległości od transportu. Po trzech dniach jazdy dobrnęliśmy pod Tarnopol. W czasie postoju, przed wieczorem, od strony Tarnopola przyszedł patrol wojskowy i zameldował d-cy transportu, że droga do miasta jest wolna i tory nie uszkodzone. Po odejściu patrolu zarządzono zbiórki w pododdziałach. Dowódca transportu poinformował nas, że ma wiadomości jakoby wojska radzieckie przekroczyły granicę i maszerują w głąb Polski. W związku z powyższym rozkazał nie cieszyć się i nie okazywać radości przy spotkaniu tych wojsk jak i nie strzelać do żołnierzy radzieckich, bo nie wiemy jaki jest cel ich wejścia w nasze granice. Żołnierze w ciszy i powoli zaczęli wchodzić do wagonów. Za chwilę pociąg miał ruszyć w dalszą drogę. Wieczorne niebo po raz pierwszy od 17 dni zasnuło się chmurami. Ciemności ogarnęły ziemię, a dalekie grzmoty zmieszały się z turkotem jadącego pociągu. Od wschodu nadciągała potężna burza. Po paru minutach lunął deszcz. Około północy błyskawice ustały i ucichły grzmoty. Powolny bieg pociągu i cisza po burzy uśpiły jadących. Była to ostatnia moja noc na wolności w 1939 r. Dnia 17 IX o świcie transport nasz został zatrzymany w Białej pod Tarnopolem. Dowódców i komendantów poszczególnych wagonów zawołano na odprawę. Na odprawę przybył również oficer Armii Czerwonej. Po odprawie zostaliśmy powiadomieni, że ekwipunek, plecaki i rzeczy osobiste możemy z wagonów zabrać ze sobą. Broń palną i białą winniśmy zostawić w wagonach. Uprzedzono nas, że w wypadku oporu z naszej strony i strzałów czołgi radzieckie, którymi otoczony jest transport otworzą ogień z armat i karabinów maszynowych. Bez walki więc zostaliśmy rozbrojeni, choć prawdę powiedziawszy w transporcie naszym jechało zaledwie kilkudziesięciu żołnierzy uzbrojonych w karabiny. Po odprowadzeniu nas na jakiś placyk za stacyjką oddzielono nas od oficerów. Pamiętam słowa naszego kapitana (starego legionisty): „Trzymajcie się razem i pomagajcie sobie nawzajem, a łatwiej wam będzie przetrwać niewolę. Do zobaczenia w wolnej Polsce”. Przy następnej segregacji oddzielono od nas podoficerów zawodowych. Pozostałych otoczył konwój radzieckich żołnierzy i odprowadził na pole poza miasteczkiem, czy wsią Biała. Prawie przez godzinę płakałem jak małe dziecko. Straszna rozpacz targała mną przez cały dzień. Przed zmrokiem zaprowadzono nas na stację kolejową pełną wagonów z napisami różnych miast polskich leżących na wschodnich ziemiach polskich. Wsiadłem do wagonu z napisem Brześć n/Bugiem, gdyż informatorzy z czerwonymi opaskami na rękawach twierdzili, że wagony zgodnie z napisami odjadą do tych miast. Wydano nam po raz pierwszy niewolniczą porcję chleba. Tym razem był to jeszcze polski chleb z kawałkiem paprykowanej polskiej, wojskowej słoniny, W oczekiwaniu na odjazd pociągu, otuliwszy się płaszczem, złożyłem głowę na plecaku i zasnąłem. Zbudziłem się o północy zlany potem. We śnie od wschodu nadlatywała ogromna chmura niemieckich samolotów. Przed bombami zrzucanymi przez te samoloty nie było gdzie uciekać. Z każdym ułamkiem sekundy potężniało wycie bomb. Obudziłem się właśnie w momencie wybuchu tych sennych, a raczej śnionych bomb. Przez parę godzin przetaczano wagony i formowano pociągi. O świcie zbudziły mnie głośne rozmowy. Pociąg stał w Wołoczyskach nad radziecką granicą. Bardzo długi pociąg z napisami na wagonach: Brześć, Lublin, Grodno Wilno, Lwów itd. nie pojechał dalej. Po godzinie pusty pociąg odjechał w głąb Polski, my zostaliśmy. Długa kolumna wczorajszych żołnierzy polskich została otoczona konwojentami i ruszyła w stronę radzieckiej granicy. Był to chyba najsmutniejszy pochód jaki przeżyłem w dotychczasowym życiu. Wśród mijanych tłumnie zebranych na trasie naszego marszu mieszkańców tego miasteczka, widzieliśmy wiele płaczących niewiast i dzieci wdzięcznie kiwających nam rączkami na pożegnanie. Przy przekraczaniu granicy kolumnę podzielono na grupy po 100-u żołnierzy i konwoje będące po polskiej stronie granicy przekazały te grupy konwojom oczekującym na nas po radzieckiej stronie. Dalszy marsz w głąb ZSRR odbywał się bez pośpiechu. Rozmowy w naszej 100-osobowej grupie ucichły, twarze spoważniały. Wielu żegnało ziemię ojczystą serdecznymi łzami. Po całodziennym marszu, przed wieczorem dobrnęliśmy do kołchozu Porochnia. Umieszczono nas na dużym placu ogrodzonym płotem. Żołnierze radzieccy przeprowadzili dokładną rewizję naszych ubrań, plecaków i chlebaków. Na noc, ze względu na przymrozek wpuszczono nas do pustych obór, gzie za posłanie służyła nam stara, stęchła słoma rzucona na klepisko cuchnące krowim łajnem. W czasie kilkudniowego pobytu w Porochni powoli oswajaliśmy się z głodem i warunkami bytowania, które towarzyszyć nam miały z małymi odchyleniami do końca niewoli. Z urywków rozmów zasłyszanych od cywilów i gazet rosyjskich dowiadywaliśmy się, że w Polsce trwają jeszcze walki z Niemcami i ciągle mieliśmy jeszcze nadzieję, że Francuzi i Anglicy dotrzymają zawartych z nami umów i lada dzień uderzą na osłabione walkami z Polakami Niemcy. Po kilku dniach opuściliśmy kołchoz Porochnia. Zapędzono nas pod wiaty jakiejś nieczynnej cukrowni, gdzie już wcześniej zgrupowano kilka tysięcy polskich jeńców. Szczęśliwy los zdarzył, że w tej ogromnej grupie ludzi, w czasie pobierania posiłku z żołnierskiej kuchni spotkałem się z rodzonym bratem. Losy wojny rzuciły Go w okolice Tarnopola aż z pod Lidy. Był szeregowym 5 Pułku Lotniczego stacjonującego w Lidzie. Od tego dnia wszystkie dole i niedole jenieckie przeżywaliśmy razem aż do chwili zawarcia porozumienia Sikorski – Stalin w 1941 r. Następnym etapem podróży był marsz ze starej cukrowni do letniego obozu wojskowego usytuowanego w brzozowych gajach. Warunki mieszkaniowe poprawiły się, bo rozmieszczono nas w letnich budyneczkach. Było tam cieplej niż w przewiewnych wiatach cukrowni. Spaliśmy na gołych deskach, w ubraniach i butach, a przykrywaliśmy się płaszczami i kocami. Pewnego dnia w czasie w czasie porannej zbiórki zjawili się w obozie jacyś cywile celem zwerbowania spośród jeńców ludzi z zawodem murarza. Ponieważ pobyt w tych domkach stawał się coraz trudniejszy, brat, ja i grupka najbliższych kolegów po krótkiej naradzie zgłosiła się jako grupa murarzy, chętna do pracy w swoim zawodzie. Spośród kilku tysięcy ludzi, niby-murarzy zebrała się 300-osobowa grupa jeńców. Decyzja nasza okazała się bardzo szczęśliwa. W ciągu następnych kilku tygodni tysiące żołnierzy byłej armii polskiej wywieziono do pracy w kopalniach węgla i rudy w Krzywym Rogu. Nas załadowano na samochody i przewieziono znowu na ziemie polskie do byłej strażnicy granicznej w Hołyczówce k/Korca. W pobliżu tej miejscowości znajdowały się kamieniołomy szarego granitu. Zamiast więc pracy murarskiej, którą poznałem w latach dzieciństwa i młodości, rozpocząłem naukę zawodu kamieniarza. W Hołyczówce dokładnie nas zewidencjonowano. Opisano pochodzenie, miejsce zamieszkania przed mobilizacją, zawód wykonywany do 1 IX 39 r., stan rodzinny, daty urodzenia żony i dziecka, ich miejsce zamieszkania itp. Jednocześnie zapewniano nas, że po wprowadzeniu ładu i porządku na terenach naszego zamieszkania, wszyscy zostaniemy zwolnieni i rozjedziemy się do naszych rodzin. Na razie jednak strażnicę w Hołyczówce ogradzano drutem kolczastym, a na rogach ogrodzenia budowano wieżyczki strażnicze. Po tygodniu zaprowadzono nas do kamieniołomów, wyposażono w 8-10-kilowe młoty, kilofy, łopaty i inne narzędzia. Kilku zawodowych kamieniarzy z okolicznych wsi przeprowadziło praktyczny instruktaż z bicia dużych bloków kamienia na mniejsze odłamy. Po kilkudniowym okresie nauki uznano nas za przeszkolonych i wyznaczono normy na wykonywaną pracę. Normy te na nasze możliwości i umiejętności przy tego rodzaju pracy były bardzo wysokie. Aby umożliwić nam wykonanie normy, dzień pracy przedłużono do 10 godzin. Za wykonanie 100% normy dawano 800 gram chleba i zupę z kawałeczkiem mięsa. Za pracę wykonaną poniżej normy, do 60% jeniec otrzymywał już tylko 600 gram chleba i zupę bez mięsa. Za wynik pracy poniżej 60% dawano 400 gram chleba i zupę zaskwarzoną łojem. Rozmieszczeni byliśmy w kilku salach zabudowanych pryczami piętrowymi. Miejsce na pryczy wyznaczała szerokość siennika. W październiku poinformowano nas, że jesteśmy jeńcami wojennymi, gdyż Rząd Polski na Zachodzie wypowiedział wojnę ZSRR. W październiku również pozwolono nam na wysłanie listów do rodzin. Nadzieje na rychły powrót do domu zmalały do zera. Pod koniec X otrzymałem pierwsze wiadomości z domu. Żona i córeczka po staremu mieszkały w Kamieńcu, a rodzice, siostra i bratowa w Białymstoku. Listy z domu pisane były bardzo oględnie. Przeplatały się w nich smutek i nadzieja, że rozłąka prędko się skończy i wrócimy do normalnego życia i pracy. Pobyt w obozie z każdym dniem stawał się coraz cięższy. Słabsi fizycznie jeńcy nie byli w stanie wykonywać norm w biciu kamieni. Po paru miesiącach na skutek słabego wyżywienia i ciężkich warunków bytowych większość opadła z sił i w ogóle nie nadawała się już do pracy. Brak środków higienicznych, czystej bielizny, łaźni i ubytki w ubraniu i obuwiu na skutek ciężkiej pracy wśród kamieni, na deszczu, mrozie i słocie dopełniały niedoli obozowego życia Ogarnęła nas na długie lata ogromna wszawica. Z nadejściem zimy zaczęły się choroby. Bytowanie wśród głodu i chłodu załamywało nawet najtwardszych. Cywile, z którymi spotykaliśmy się w kamieniołomach donosili o aresztowaniach i wywożeniu w głąb Rosji obywateli polskich niezależnie od narodowości. Coraz częściej zjawiało się wśród nas słowo Syberia. Z domu nadchodziły coraz smutniejsze wiadomości. Wszystko to razem wzięte bardzo kłóciło się z wykładami politruka obozowego, który udowadniał nam każdego dnia wyższość ustroju komunistycznego nad ustrojem kapitalistycznym. Drażniły nas stwierdzenia, że ustrój socjalistyczny niesie ludzkości równość, sprawiedliwość i pokój. Słowa socjalizm, stalinizm, leninizm w moim umyśle już po kilku miesiącach w obozie znaczyły przemoc, niewola, wyzysk, głód, nędza i krańcowa niedola. Wszystkie nieprawości i kłamstwa wzbudziły we mnie nienawiść do władzy radzieckiej. Coraz wyraźniej uświadamiałem sobie, że we wrześniu 1939 r. nastąpił czwarty rozbiór Polski, że ZSRR i Niemcy podzielili się moją Ojczyzną i wspólnie, choć każdy na swój sposób, zaprzysięgli zagładę polskiemu narodowi. Tęsknota za rodziną i wolnością wzmagała się i narzucała pytanie co będzie dalej, kiedy wyjaśni się sytuacja, kiedy i gdzie zobaczę się z rodziną? Zbliżało się Boże Narodzenie. Przeżywałem je w żalu i rozpaczy. W święty wieczór wigilijny nikt nie żałował sobie łez. Razem z nami popłakiwali też niektórzy żołnierze NKWD. Zwabieni kolędami i choinką dość gromadnie zjawili się wśród nas i brali udział w składaniu życzeń. W życzeniach dominowały: pokój, dom rodzinny i wolność. Nie były to jedyne święta spędzone w niewoli i z dala od rodziny, ale te pierwsze były najsmutniejsze i najboleśniejsze. Najbardziej utkwiły też w pamięci. Pamiętam płaczącego Żydka w polskim mundurze, który wołał skulony w kącie swojej pryczy: brońcie swojej wiary, brońcie pięknych Świąt i tradycji, nie traćcie nadziei! Polska będzie wolna! Pamiętam również młodego bojca, który chwalił się, że jego babcia (rodziców nie pamiętał) na drogę dała mu krzyżyk i nosi go zaszyty w kołnierzu munduru. Życzył nam wolności i twierdził, że to największy skarb jakim dysponuje ludzkość. Po życzeniach i ogólnym płakaniu przyszły chwile odprężenia. Ktoś trochę nieśmiało zaintonował: „Bóg się rodzi, moc truchleje” i po chwili ze wszystkich stęsknionych piersi popłynęły poza druty obozowe polskie kolędy i długo w ciemną noc brzmiały raz na wesołą, a raz na tęskną i smutną nutę. Stała się dziwna rzecz. „Bojcy” zobaczyli nas z innej pozycji. Przy składaniu życzeń i kolędowaniu powstała atmosfera przyjaznych uczuć i szczerości. Im też było ciężko, też byli daleko od rodzinnych stron i tęsknili za najbliższymi. Przyszły krótkie, zimowe dni. Do pracy wyganiano nas przed świtem, a wracaliśmy o zmroku. Mimo to wypracowanie normy było niemożliwe. Wśród jeńców powoli narastał bunt. Pewnego dnia 360 ludzi odmówiło wyjścia do pracy. Z pobliskiego Korca sprowadzono pospiesznie dodatkowy oddział wartowniczy. Barak ze wszystkich stron obstawiono bronią maszynową. Do zbuntowanych jeńców przemawiał komendant obozu i dowódca konwoju. Przemówienia ich spowodowały jeszcze większe rozdrażnienie. O mały włos nie doszło do tragedii. Do pracy nie wyszliśmy. Cały dzień i noc nie otrzymaliśmy należnych nam 400-gr. porcji chleba. Następnego dnia do obozu przyjechała grupa dochodzeniowa oficerów NKWD. Po rozmowach i zeznaniach wybrano 100 najbardziej aktywnych jeńców do karnego łagru, a resztę rozesłano do różnych obozów na terenie ZSRR. Ja razem z bratem trafiłem do karnej setki. Powód prosty – zbyt często bywałem w kolizji z politrukiem za ośmieszające go dyskusje na „mitingach” i organizowanie po pracy wieczorów pieśni żołnierskiej. Kamieniołom, w którym pracował karny oddział jeniecki nazywał się Gwozdowo. W odległości ok. 100 m od stromej krawędzi kamieniołomu zbudowano pośpiesznie szopę z sosnowych bali. Na parterze tej szopy urządzono kuchnię i stołówkę, a piętro zabudowano pryczami. Okazało się, że warunki bytowe w karnym obozie były o niebo lepsze od warunków w Hołyczówce. Piętrowe prycze zabudowane były parami i przedzielone wąskimi przejściami. Do kamieniołomów nie trzeba było chodzić. Miejsce pracy było tuż, tuż w odległości kilkudziesięciu metrów od baraku. Praca od świtu do nocy stawała się coraz cięższa i w połączeniu ze smutnymi wiadomościami od żony, tęsknotą, i niedożywieniem z każdym dniem odbierała trochę sił i wyniszczała organizm. Wiadomości o wojnie na frontach Europy i Afryki nie napawały nadzieją rychłego odzyskania wolności. Wiosną 1940 r. Niemcy zajęli Danię, Holandię, Belgię i wreszcie Francję. Wleźli też do Afryki i zbliżali się do Egiptu i Kanału Sueskiego. Żona pisała, że żyje się ciężko i że mimo pobytu na wsi odczuwa brak artykułów żywnościowych. Radia ani gazet w Gwozdowie nie mieliśmy, ale od cywilów (wozaków) pracujących w kamieniołomach co pewien czas dowiadywaliśmy się wypadkach wojennych. Coraz częściej obijała się o nasze uszy jakaś wiadomość o polskich oddziałach i o gen. Sikorskim. W naszych dyskusjach o wolności i przyszłości mówiło się o Anglii i stawiało się na przystąpienie do wojny USA. Rok 1940 mijał. Większość mundurów polskich porwała się przy pracy lub spaliła w tzw. „woszobojkach”. Zamiast łaźni, mydła i czystej bielizny w walce z wszawicą coraz częściej stosowano dezynfekcję ubrań w „woszobojkach”. Polskiej nazwy na te komory spalinowe do zabijania wszy nie umiem znaleźć. Zdarte buty coraz częściej zamieniano na łapcie ze starych opon samochodowych, tj. kawałka opony przywiązywanego do stopy owiniętej onucą. Ponieważ nie mieliśmy brzytew i maszynek do golenia oraz nożyczek do strzyżenia włosów, niektórzy jeńcy zapuścili potężne brody i sumiaste wąsy. Przestaliśmy już być obozem jeńców wojennych. Byliśmy coraz bardziej podobni do aresztantów skazanych na ciężkie, niewolnicze życie. 23 XII 1940 r. kazano nam stanąć na zbiórkę ze wszystkimi swoimi rzeczami i poprowadzono nas na stację kolejową. W Korcu załadowano nas do towarowych wagonów ogrzewanych żelaznymi piecykami i pojechaliśmy w głąb ZSRR. Nie jechaliśmy długo. Następnego dnia, a był to dzień wigilijny, prosto z pociągu poprowadzono nas za miasto w pole do budynków wyglądających na stajnie lub duże stodoły. Po paru godzinach czekania w pustym pomieszczeniu, furmankami przywieziono deski, kantówki, piły, siekiery i gwoździe, a komendant oznajmił nam, ze tu obecnie będzie nasz obóz. Jeżeli chcemy wygodnie i ciepło spać musimy z przywiezionych materiałów zbić prycze. Zbliżała się wigilia. Nie było na co czekać. Podzieliliśmy się na 10-osobowe grupy i przystąpiliśmy do roboty. Do wieczora prycze były już gotowe, a na środku obszernej stodoły w piecu zrobionym ze starej beczki blaszanej palił się ogień. W pomieszczeniu zrobiło się ciepło. Po zakończeniu roboty przywieziono i rozdano nam ciepłą zupę. Któryś z furmanów na naszą prośbę za zezwoleniem komendanta obozu przywiózł nam choinkę. Ze szmatek, patyczków, wiórek i bibułek wyrwanych z kopert zrobiliśmy cudaczne zabawki. Wieczór wigilijny na obcej ziemi był bardzo smutny i inny niż pierwszy wieczór wigilijny w Hołyczówce. Złożyliśmy sobie życzenia i odśpiewawszy kilka kolęd, zmęczeni drogą i pracą przy urządzaniu obozu poszliśmy spać. O świcie komendant obozu pobudkę i wyznaczył nam pracę przy budowie ogrodzenia z drutu kolczastego. Był pierwszy dzień Bożego Narodzenia.. Do pracy nie wyszliśmy i nie pomogły komendantowi obozu ani prośby ani groźby. Dziwny to był obóz jeńców wojennych, którzy przed wzięciem do niewoli nie oddali ani jednego strzału i w walce nie brali udziału, bo walki po prostu nie było. Byliśmy więźniami – jeńcami tyko za to, że byliśmy Polakami. Drugi dzień Bożego Narodzenia spędziliśmy przy odśnieżaniu dróg. Śnieg, który zaczął padać w wieczór wigilijny przez 2 noce i 1 dzień zasypał pola i drogi grubą warstwą śniegu, a wiatr na drogach usypał zaspy na 1-2 m wysokości. Po staremu pracę obliczano na normy. Aby wykonać normę trzeba by było pracować łopatą najmniej 1 m szerokości i mieć siłę Herkulesa. Po kilku dniach zawiejki i śnieżyce ustały. Dzięki naszej pracy drogi stały się przejezdne. Nas, jako bezpłatną siłę roboczą zaczęto używać do tzw. awaryjnych załadunków i wyładunków materiałów na stacji kolejowej. Przez stację, na której często pracowaliśmy i w dzień i w nocy często przejeżdżały pociągi wywożonej w głąb ZSRR ludności polskiej. Poznawaliśmy te pociągi po pobożnych pieśniach śpiewanych po polsku. Listy z Polski z ziem okupowanych przez armię radziecką przestały do nas docierać. Nasze listy do rodzin również nie dochodziły. W obozie tym nie pracowałem długo. Wiosną 1941 r. przewieziono nas na bezludne równiny do budowy lotniska. Miesiące, mimo wzmożonej tęsknoty wiosennej, zaczęły jakoś szybciej mijać. Przestaliśmy pracować na normy, bo wykonywanie płyt na pasach startowych lotniska było zależne od dowiezienia gotowego betonu. Pogoda ustaliła się i w czasie przerw w pracy chętnie wystawiałem na słońce nagie plecy i nogi i pozbywałem się łamania w kościach po zimie. W czerwcu nastąpiła nagła zmiana. Dnia 22 VI 1941 r. tuż po rozpoczęciu pracy przy betonowaniu płyt lotniskowych nadleciał niemiecki samolot i z broni maszynowej ostrzelał radzieckich konwojentów otaczających ogromny plac budowy. Po tej wizycie szybko nas sformowano w kolumnę i biegiem pognano do obozu. Po przybyciu na miejsce dowiedzieliśmy się, że Niemcy zdradziecko uderzyli na ZSRR. Południe tego dnia zastało już nas kilkanaście kilometrów od obozu. Maszerowaliśmy na wschód. Następnego dnia ogłoszono, że znajdujemy się w strefie przyfrontowej i każdy sprzeciw w wykonywaniu poleceń oraz próba ucieczki będą karane bez żadnych uprzedzeń śmiercią. W czasie marszu otrzymywaliśmy każdego dnia parę sucharów i wodę, jeśli była w pobliżu chwilowego postoju. Co 2 godz. marszu mieliśmy 10 min. postoju. W nocy urządzano odpoczynek 2-3-godz. i można było trochę się przespać. Po tygodniu marszu w takich warunkach i my i konwojenci ledwie włóczyliśmy nogami. W następnym tygodniu marszu Już nie słyszeliśmy za nami odgłosów armatnich strzałów, ale ciągle maszerowaliśmy przez puste pola kołchozowe i wyludnione wsie. 17 VII 1941 r. doszliśmy do Zołotonoszy nad Dnieprem. O zmroku, po ustaniu lotniczych nalotów, przeprowadzono nas przez most kolejowy na drugą stronę Dniepru i rozlokowano na odpoczynek w jakiś starych, porosłych wysoką trawą okopach. Tam też po przeszło 2-tygodniowym, morderczym marszu pierwszy raz wydano nam gorącą zupę i zapowiedziano całonocny odpoczynek. Koło południa następnego dnia wydano nam znowu gorącą zupę i porcję chleba i poprowadzono nas na stację. Po załadowaniu się na platformy doczepione do wagonów załadowanych zdemontowanymi maszynami fabrycznymi, ruszyliśmy w dalszą drogę w głąb Rosji. Po 5 dniach jazdy pociągiem platformy wyładowane jeńcami odczepiono na jakiejś bocznicy kolejowej w Starobielsku. W czasie jazdy przez 5 dni i nocy padał deszcz. W czasie wyładunku rozpogodziło się i zaświeciło słoneczko. Ze stacji odprowadzono nas do obozu. Obóz w Starobielsku był urządzony w jakimś dawnym obiekcie sakralnym. Duża cerkiew była otoczona budynkami. Poszczególne budynki były poodgradzane od siebie drutami z kolczastego drutu. Prycz tym razem nie musieliśmy sobie budować. Były już gotowe i sięgały na wysokość 4-5 m. Ktoś już na tych pryczach przed nami mieszkał. Były zapluskwione i brudne. Stara, starta prawie na proch słoma nie zachęcała do spoczynku. Dziś, kiedy myślą wracam do tamtego okresu swego życia nie umiem zrozumieć, dlaczego nam, Polakom, bratni naród słowiański zgotował taki okrutny, pełen udręki i upokorzeń byt. W obozie tym przebywało już przed naszym przyjazdem parę tysięcy ludzi. W zatłoczonych, dusznych pomieszczeniach nie było czym oddychać. Ja z bratem i kolegami z Gwozdowa przy pierwszym wezwaniu do pracy poza obozem zgłosiłem się na ochotnika. Znowu trafiłem na budowę lotniska. Umieszczono nas w jakiejś starej olejarni otoczonej hałdami łusek po słonecznikach. Po pracy wychodziliśmy na hałdy i spośród łusek wybieraliśmy dobre ziarna słonecznika. Ziarnka te uzupełniały nasze menu i syciły głód, który był nam towarzyszem od pierwszych do ostatnich dni pobytu na niegościnnej ziemi radzieckiej Po paru tygodniach pracy na lotnisku, dnia 28 VIII 1941 r. po powrocie do obozu w Starobielsku stał się cud! Z głośników radiowych na dziedzińcu obozu zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego i po jego odegraniu podano komunikat o organizowaniu polskiej armii na terenie ZSRR. Radości naszej tego dnia nie było końca! Wszyscy wyszliśmy z pomieszczeń na dziedziniec. Odśpiewaliśmy Hymn narodowy, „Boże coś Polskę”, „Nie rzucim ziemi...”,a po tych patriotycznych pieśniach przez wiele godzin śpiewano o szarej piechocie, malowanych ułanach, białych różach i wędrujących żołnierzach. Noc minęła prawie bez snu na rozmowach i wspomnieniach. Następnego dnia do obozu przyjechał ubrany jeszcze po cywilnemu płk Wiśniowski w towarzystwie radzieckich oficerów. Po odczytaniu warunków umowy o tworzeniu Armii Polskiej w ZSRR, zarządzono zbiórkę. Komendę nad poszczególnymi grupami byłych żołnierzy z 1939 r. objęli polscy oficerowie. Po słowach płk Wiśniowskiego: „czołem żołnierze!”- odpowiedziało mu gromkie, radosne i prawie młodzieńcze: „czołem panie Pułkowniku!”. Tego samego dnia komisja lekarsko – wojskowa zaczęła przeprowadzać pobór ochotników do polskiego wojska. Po 2 latach wspólnych niedoli, ciężkiej pracy i wielu wydarzeń z żalem pożegnałem się z bratem i przyjaciółmi. Każdy poszedł do oddziałów swojej specjalności wojskowej. Brat poszedł do lotnictwa, ja do saperów, a koledzy do piechoty, łączności, artylerii itd. Wypadki teraz potoczyły się szybko. Otrzymaliśmy normalne, żołnierskie wyżywienie, wypłacono nam żołd wg stopni wojskowych i 500 rubli rekompensaty za 2-letnią, niewolniczą pracę w obozach jenieckich. Po kilku dniach pobytu w Starobielsku radziecka orkiestra wojskowa odegrała nam Mazurka Dąbrowskiego i w takt żołnierskich melodii opuściliśmy bramy obozu pod dowództwem polskich oficerów. Odjechaliśmy na punkt zborny Armii Polskiej w Tockoje. Zostałem przydzielony do Szkoły Podoficerskiej Saperów. W miejscowości tej przebywaliśmy prawie dwa miesiące. W pierwszą niedzielę wolności do Tockoje przyjechał przyszły dowódca II Korpusu Polskiego, gen. Władysław Anders. Kilkanaście tysięcy żołnierzy ustawiło się kompaniami i batalionami wg rodzajów broni i odbył się przegląd wychudzonych, obdartych żołnierzy – tułaczy. Generał w cywilnym ubraniu, wspierający się laską, kulejąc przechodził wzdłuż szeregów i kolejno witał swoich podwładnych, przyszłych zwycięzców spod Monte Cassino. Po przeglądzie i defiladzie wojskowi kapelani odprawili polową Mszę św. Po zakończeniu Mszy św. Chyba już nigdy w życiu tak serdecznie i z taką ufnością te tysięczne tłumy śpiewały: „...Przed Twe Ołtarze zanosim błaganie Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Celem utrzymania dyscypliny i przywrócenia sprawności fizycznej tej wymizerowanej, obdartej i nie uzbrojonej armii, dowódcy każdego dnia organizowali ćwiczenia wojskowe i zajęcia w oddziałach. Wrzesień i październik 1941 r. mijały szybko. Mieszkające w namiotach oddziały na polach Tockoje nie wytrzymałyby nagłego uderzenia mrozu i śniegu rosyjskiej zimy. Zaczęto nas rozlokowywać w bardziej osłonięte miejsca. Szkołę Podoficerską Saperów zakwaterowano w lasach Kołtubanki. W ostatniej prawie chwili przed śnieżycami i mrozem, na polanach starego lasu zdążyliśmy wykopać doły na wysokość człowieka i ustawić nad tymi dołami namioty. Rankiem następnego dnia polany leśne, drzewa i nasze namioty były już przykryte grubą warstwą śniegu. Każdego dnia przybywało kilkanaście centymetrów śniegu i każdego dnia o kilka stopni obniżała się temperatura. Po miesiącu termometry wskazywały –40 stopni Celsjusza, a warstwa śniegu pokrywająca lasy miała grubość ok. 1 m. Opał był blisko, ale ciepło spod płachty namiotu szybko się ulatniało i przez całą dobę chodziliśmy w płaszczach i watówkach. Spaliśmy w czapkach i butach. Wszawica nas oczywiście nie opuściła. Przed Bożym Narodzeniem zaczęliśmy budowę tzw. ziemianek. Były to budynki wkopane w ziemię. Ściany z grubych okrąglaków sosnowych posiadały pod samym sufitem wąskie okna, które w czasie dnia oświetlały te na ogół ponure pomieszczenia. Wewnątrz tych ziemianek było ciepło i duszno. Do tych pośpiesznie budowanych ziemianek nie zdążyliśmy się przenieść. Ze względu na silne mrozy tuż po świątecznym okresie, załadowano nas na ocieplone wagony towarowe i wywieziono z lasów Kołtubanki do Uzbekistanu, gdzie zimy są łagodne, a temperatura rzadko spada poniżej zera. Ja, z wydzielonym z naszej kompanii szkolnej małym oddziałem pod dowództwem kpt. Szurmińskiego, dojechałem do miejscowości Guzar i tam zostałem. Miejscowość ta była wyznaczona na punkt zborny Polaków, którzy z całego Kraju Rad zdążali do Polskiej Armii. Tyle nędzy ludzkiej, biedy i męki i tyle upokorzenia nie przeżywali ci ludzie śpieszący do Armii Polskiej już nigdy więcej w życiu. Pociągami, autostopem, furmankami i pieszo każdego dnia do tego punktu zbornego przybywały setki ludzi. Zakwaterowywano ich w namiotach celem odbycia kwarantanny, wciągnięcia do ewidencji II Korpusu. Wśród przybyłych do Guzaru była bardzo wysoka śmiertelność. My spośród tych setek ludzi wybieraliśmy cieśli, kowali stolarzy i in. zdatnych do służby w oddziałach saperów i organizowaliśmy Zapasowy Batalion Saperów. Po kilku tygodniach pobytu w Guzarze jako żołnierz ze średnim wykształceniem zostałem powołany do Szkoły Podchorążych Saperów Rezerwy i wyjechałem z Guzaru. Po 10 miesiącach twardej szkoły ukończyłem podchorążówkę z 13 lokatą na terenie Iraku w miejscowości Kizil – Rybat. Do Iraku z całym II Polskim Korpusem wyjechałem w sierpniu 1942 r. Wojskowymi środkami lokomocji obsługiwanymi przez żołnierzy radzieckich dojechaliśmy do Krasnowocka nad M. Kaspijskim, a następnie statkami radzieckimi do portu Pahlewi w Persji. Po wyładunku ze statków samochody armii angielskiej przewiozły nas na słoneczną plażę, pełną dużych parasoli średnicy ok. 2 m. Cały żołnierski ekwipunek, a właściwie całe umundurowanie złożyliśmy na ogromny stos, który oblano ropą i spalono. Nam po kąpieli wydano kąpielówki i przybory do jedzenia i odprowadzono pod wyżej wymienione parasole. Treściwe racje żywnościowe, codzienna kąpiel w ciepłym i czystym morzu, słońce, cisza i świadomość prawdziwej wolności szybko wracały siły i kondycję fizyczną. 2- tygodniowa kwarantanna pod parasolami bezpowrotnie zlikwidowała wszawicę. Przed wyjazdem z Pahlewi wydano nam nowiutką bieliznę, mundury, buty i wszelkie inne sorty mundurowe. Wyposażono nas również w ekwipunek żołnierski łącznie z karabinami, których nie widywaliśmy będąc na terenie ZSRR i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę śpiewając: „Wędrujemy w świat daleki Poprzez lądy, morza, rzeki Szukać drogi śmiercią słanej Do Ojczyzny ukochanej.” Z Iranu do Iraku przejechaliśmy samochodami. Ostatni miesiąc podchorążówki spędziliśmy na ćwiczeniach wodnych na Eufracie w okolicach sztucznego jeziora Chabanija. Jesienią 1942 r. w stopniu plutonowego z naszywkami podchorążego wróciłem do macierzystego oddziału w 6 Baonie Saperów dowodzonym przez płk Maculewicza. Teraz pilno mi było do boju, do walki z Niemcami, a tymczasem w 1943 r. alianci rozprawili się z Niemcami w Afryce i front znowu zaczął się od nas oddalać. Walki przeniosły się nad M. Śródziemne. oddziały polskie, a z nimi 6 Baon Saperów przerzucono do Palestyny. Mój pobyt w Palestynie nie trwał jednak długo. Na wiadomość o organizacji oddziałów spadochronowych do dyspozycji Wodza Naczelnego przeznaczonych do walki podziemnej w okupowanej Polsce natychmiast stanąłem do raportu z prośbą o odkomenderowanie mnie do tej jednostki. Opuściłem 6 Baon Saperów. Znowu zrodziła się nadzieja na szybkie włączenie się do bezpośredniej walki ze znienawidzonym okupantem. Po katastrofie w Gibraltarze i śmierci gen. Sikorskiego organizowanie oddziałów „cichociemnych” odwlekło się. Przerzucano nas kolejno na różne tereny celem rozpoczęcia szkolenia: wybrzeże morskie pod Aleksandrią, Algier, Filipwil, Malta i wreszcie Brindizi i Ostunia w południowych Włoszech. Po przeszkoleniu spadochronowym nastąpił dość długi okres szkolenia partyzanckiego, po którym przeniesiono mnie do oddziałów tzw. wyczekiwania. Dowódcą naszego ośrodka szkoleniowego był płk Okulicki, późniejszy generał i dowódca Armii Krajowej po upadku Powstania Warszawskiego. Osądzony w Moskwie zmarł w więzieniu za walkę o wolną Polskę Z chwilą wybuchu Powstania Warszawskiego oddziały nasze zostały rozwiązane. Zrzuty do Polski ustały. Wszyscy podchorążowie tych oddziałów otrzymali nominacje na podporuczników i odkomenderowani zostali do swoich jednostek macierzystych. Mnie przydzielono do 10 Baonu Saperów. Po wielu miesiącach znalazłem się znowu wśród kolegów, z którymi kończyłem Szkołę Podchorążych w Iraku. W 10 Baonie trafiłem do 103 kompanii i objąłem dowództwo I plutonu. Tak oto znalazłem się na pierwszej linii frontu nad rzeką Senio. Na odcinku tym spędziłem Wielkanoc 1945 r. Święconym dzieliłem się z bratem, który w międzyczasie wrócił z działań w Afryce i brał udział w bitwie pod Monte Cassino. 8 IV 1945 r. wraz z I plutonem zostałem wydzielony ze 103 Kompanii jako samodzielny dowódca przydzielony do zgrupowania gen. Rudnickiego celem rozminowywania dróg, odbudowy i budowy mostów oraz objazdów i przejść na szosie Nr. 9 prowadzącej od rzeki Senio do Bolonii. Po walkach i zdobyciu Bolonii wróciłem do 103 Kompanii. Wg oceny dowódców dobrze wywiązałem się z powierzonego zadania. Po upadku Bolonii wojska niemieckie na froncie włoskim skapitulowały. Polska była coraz bliżej. Wieści z frontów były coraz weselsze. W maju 1945 r. padł Berlin Wróg ludzkości i odwieczny wróg narodu polskiego zmuszony został do kapitulacji. Na Bramie Brandenburskiej obok chorągwi radzieckich łopotała biało-czerwona chorągiew polska. Mimo zakończenia wojny droga do Polski dla żołnierzy II Polskiego Korpusu i wojsk polskich na zachodzie została zamknięta. Kraj zalany został wojskami radzieckimi, a powództwo radzieckie nie życzyło sobie spotkania z żołnierzami polskimi z Zachodu tym bardziej, że u boku Armii Radzieckiej zorganizowane zostały oddziały Ludowego Wojska Polskiego podległe całkowicie dowództwu radzieckiemu. Ja w międzyczasie po walkach pod Bolonią zostałem odznaczony Krzyżem Srebrnym klasy V Orderu Virtuti Militari, Gwiazdą za Wojnę 1939-1945, Gwiazdą Italii, Medalem Wojska Polskiego i szeregiem odznak pamiątkowych jak Odznaka II korpusu, Odznaka 6 Lwowskiej Dywizji Piechoty, Odznaka 10 Baonu Saperów. Wojna skończyła się już dawno, a powrót do swoich zaczął się odwlekać i stawał się coraz bardziej nierealny. Pod koniec 1945 r. za pośrednictwem cioci mieszkającej w USA udało mi się nawiązać kontakt z żoną i rodzicami. Żona, córeczka, rodzice i siostra z córką ocalały z zawieruchy wojennej. Za wolność życiem zapłacili: brat żony Mietek, i dwaj bracia stryjeczni Paweł i Edek Narkiewiczowie. Z domu pisano mi, abym nie śpieszył z powrotem, bo w kraju trwają jeszcze walki bratobójcze, aresztowania i niepokój. W roku 1946 rozpoczęła się likwidacja polskich oddziałów na Zachodzie. Jesienią 1946 r. wyjechałem z Włoch do Anglii, a na wiosnę 1947 r. zgłosiłem się na wyjazd do Polski i 5 XII 1947 r., po 8 latach tułaczki wylądowałem w porcie w Gdyni. Ze statku, pod eskortą wojskową przewieziono nas ponoć dla naszego bezpieczeństwa, za druty kolczaste na tzw. punkt zborny. Pierwsze spotkanie z ziemią ojczystą nie było przyjemne. Na powitanie wykonano nam zdjęcia z zawieszonymi na szyi numerami. Następnego dnia celnicy przeprowadzili rewizję naszych bagaży, a dowództwo obozu wydało rozkazy wyjazdu do stacji przeznaczenia. Pierwszy kontakt z cywilami nawiązałem dopiero na stacji dworca kolejowego Gdynia. Cywile witali nas przychylnie, byli usłużni i uprzejmi. Dnia 6 XII wsiadłem do pociągu pośpiesznego do Warszawy. Po przyjeździe do stolicy straciłem orientację, w którym miejscu się znajduję. Ulice były odgruzowane na szerokość konnej dorożki, ale domy w nocnych poświatach, łyskające pustymi otworami okien i opalone robiły niesamowite wrażenie. Przez chwilę miałem wrażenie, że dorożkarz wiezie mnie na manowce i że nigdy nie dojadę do dworca Wileńskiego. Ulżyło mi solidnie, kiedy minęliśmy most Poniatowskiego. Podróż z Warszawy do Białegostoku trwała cały dzień i rodzinne miasto zobaczyłem dopiero o zmroku. Na stacji oczekiwała na mnie wcześniej telegraficznie zawiadomiona rodzina. Na peronie jako pierwsza dopadła mnie żona. Postawiłem walizy i padliśmy sobie w ramiona. Poczułem słony smak łez na Jej policzkach. Po wejściu do budynku stacyjnego wpadłem w ramiona kochanej córy, a potem rodziców i siostry. Cała rodzina przez 2 dni przychodziła na stację w godzinach przyjazdu pociągu z Warszawy. Jadąc do domu po 8 latach wędrówek myślałem, że całe tygodnie i miesiące zajmą mi wspomnienia przeżytych dni, a po przyjeździe urywała się nam rozmowa po paru zdaniach. Bardzo powoli przywykaliśmy znowu do siebie. Po powrocie do Białegostoku nie odpoczywałem zbyt długo. Załatwiwszy sprawy meldunkowe po 3 dniach odpoczynku zgłosiłem się do Kuratorium Szkolnego z prośbą o posadę w szkolnictwie. Pracownik Kuratorium, do którego mnie skierowano na rozmowę, po przejrzeniu dokumentów stwierdził, że mam trochę „czarne podniebienie” jako andersowiec i doradził mi pracę w przemyśle. Niezależnie od tej rady zaproponował mi stanowisko z-cy dyrektora w Technikum Mechanicznym w Białymstoku. Decyzji nie żądał natychmiast. Z podaniem i dokumentami wróciłem do domu. Następnego dnia za pośrednictwem żony otrzymałem propozycję pracy w Zakładzie Energetycznym w Białymstoku na stanowisku pracownika umysłowego Działu Zaopatrzenia z dość wysokim uposażeniem miesięcznym (wyższym od pensji z-cy dyrektora w technikum). Biorąc pod uwagę moje „czarne podniebienie” zrezygnowałem z pracy w szkolnictwie i 15 XII 1947 r. podjąłem pracę w przemyśle. Rozpoczął się nowy rozdział mojego życia. W elektrowni białostockiej nikt na razie nie pytał mnie o poglądy polityczne, a współpracownicy odnosili się do mnie przyjaźnie i z szacunkiem za moją przeszłość. Nie znaczy to, że dano mi na długo możliwość spokojnej pracy. Po kilku miesiącach od czasu do czasu (parę razy w miesiącu) zaczęto mnie wołać na różne przesłuchania z czasów pobytu w II Polskim Korpusie. Pracownicy Służby Bezpieczeństwa zabierali mnie z ulicy tuż po zakończeniu pracy i przetrzymywali na badaniach mego życiorysu przez kilka godzin. Do domu w takich dniach wracałem zmartwiony i pełen obaw, czy za pobyt mój w Armii Polskiej na Zachodzie nie będę postawiony przed jakimś pokazowym sądem. Sądy takie nad uczestnikami walk w oddziałach partyzanckich w czasie okupacji i po jej zakończeniu były bardzo modne. Zabrano mi w tym okresie wiele pamiątkowych zdjęć. Dla spokoju zerwałem wszystkie kontakty z kolegami, którzy zostali na Zachodzie i zniszczyłem wszystkie adresy. Przesłuchania i ciągłe przymusowe spotkania z pracownikami SB trwały ładnych parę lat i choć później już mnie nie męczyły, to jednak kosztowały wiele nerwów zarówno mnie jak i żonę. Na terenie zakładu nie doznawałem przykrości związanych z moim „czarnym podniebieniem”. Po 2 miesiącach pracy otrzymałem nominację na kierownika działu zaopatrzenia i odpowiednią podwyżkę płacy. Poznawszy stosunki międzyludzkie i pobieżnie załogę zacząłem wciągać się do pracy społecznej na terenie zakładu. Wiosną 1948 r. na jednym z zebrań załogi wybrano mnie do komisji kulturalni – oświatowej przy Radzie Zakładowej. Po paru tygodniach zorientowałem się, że komisja ta nie przejawia żadnej inicjatywy. Na moje pytanie o datę zebrania i ustalenia jakiegoś planu działania przewodniczący ze śmiechem oświadczył, że działając bez rozkazu możemy się narazić. Nie zgodziłem się z takim poglądem. W jesieni tegoż roku przeprowadziwszy rozpoznanie zorganizowałem na terenie zakładu początkowy kurs nauki czytania i pisania. Na kurs trochę przymusowo, a trochę na ochotnika zgłosiło się 23 analfabetów. Nauczanie prowadziłem razem z małżonką, która jako była nauczycielka prowadziła w tym zakładzie Dział Szkolenia Zawodowego. Nauka odbywała się w małej świetlicy zakładowej 2 razy w tygodniu zaraz po zakończeniu pracy. Od lutego 1949 r. żona poszła na urlop macierzyński. Dalsze nauczanie musiałem prowadzić sam. W kwietniu uznałem, że moi podopieczni poznali alfabet pisany i drukowany. Nauczyli się również składać wyrazy i zapisywać łatwe wyrażenia. Radę Zakładową i Dyrektora zawiadomiłem, że dnia 30 kwietnia odbędzie się zakończenie kursu i dalsza nauka i postępy byłych analfabetów będą zależne od ich chęci. Uroczystość zakończenia kursu odbyła się, ale ku memu wielkiemu zdziwieniu na uroczystość tę nie przybył żaden przedstawiciel Rady Zakładowej ani Dyrekcji. Słuchacze obdarowali mnie i żonę laurką, na której złożyli swoje niezgrabne podpisy. Laurkę tę jako pamiątkę i dowód pracy społecznej do dziś przechowuję wśród podziękowań za sumienną pracę, artykułów z gazet, w których widnieje moje nazwisko i dyplomów uznania za pracę społeczną i zawodową. W okresie tym, całym aktywem związkowym i życiem zakładu kierowała zakładowa organizacja partyjna i personalny. Od ich decyzji i poleceń nikt nie miał prawa wyłamywać się. Często w tym czasie odbywały się masówki, na których uchwalano rezolucje i podejmowano różne uchwały. Obecność na masówkach zawsze była obowiązkowa do tego stopnia, że czasami kazano podpisywać nam listy obecności. Podejmowano czasami bardzo dziwne decyzje – np. m.in. podjęto uchwałę, że cała załoga zgłasza chęć należenia do Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej. Organizacja partyjna bez porozumiewania się ze mną wystawiła moją kandydaturę na przewodniczącego tego Towarzystwa tylko dlatego, że ja przez 2 lata przebywałem w radzieckiej niewoli i z całą pewnością wiedziano, że ja w sercu żywię żal, a nie przyjaźń do ZSRR. W roku 1950 spotkało mnie bardzo miłe wyróżnienie. Dyrekcja, Rada Zakładowa i Personalny na moje prośby i nalegania przydzieliły mi dwupokojowe, duże mieszkanie w zakładowym budynku mieszkalnym odbudowanym ze zgliszcz w śródmieściu Białegostoku. W tym czasie nie było zbyt wielu amatorów na takie duże i drogie mieszkania i prawdopodobnie to zdecydowało o wyrażenie zgody na przydział go mojej rodzinie. W następnym roku powołano mnie na stanowisko Zakładowego Społecznego Inspektora Pracy. W pracy tej nie zawiodłem załogi. Kierownictwo zakładu dopingowałem i zmuszałem do uruchamiania salek śniadaniowych, łazienek i pakamer monterskich, wyposażania pomieszczeń, warsztatów, kotłowni, maszynowni, itp. w naczynia do kawy, saturatory, szafki odzieżowe, i inne przedmioty i mebelki. Był to okres ogólnego nadrabiania zaniedbań w zakresie bhp i każda inicjatywa, jeśli była życiowa, możliwa była do realizacji. Zakł. Społ. Insp. Pracy w tym czasie otrzymywał 15% dodatku do miesięcznego uposażenia. Ja za bardzo aktywną pracę mocą uchwały Okręgowego Zarządu Związku Zawodowego Energetyków otrzymałem ten dodatek w wysokości 20%. Pod koniec 1956 r. wytypowany zostałem i pojechałem na 4-tyg. Kurs Zakł. Społ. Insp. Pracy do Wrocławia. W międzyczasie zmieniły się poważnie moje warunki życiowo – rodzinne. W latach 1949, 1951 i 1952 urodziły się nam kolejno 3 córy. Razem więc z córką z 1937 r. tworzyliśmy już 6-osobową rodzinę. Żona ze względu na maluchy porzuciła pracę w Zakładzie Energetycznym i zajęła się domem i wychowaniem dzieci. Było nam ciężko. Wiązaliśmy koniec z końcem dzięki temu, że przez 6 lat zajmowałem prawie jednocześnie 5 posad. Byłem kierownikiem Działu Zaopatrzenia w Zakł. Energ., administratorem budynków mieszkalnych o 32 lokalach mieszkalnych i za to miałem bezpłatne mieszkanie, Zakł. Społ. Insp. Pracy (20% dodatku miesięcznego uposażenia), pracownikiem Wieczorowej Szkoły Inżynierskiej na pół etatu oraz pracownikiem Wojewódzkiego Biura Projektów zatrudnionym chałupniczo również na pół etatu. Razem te wszystkie posady zapewniały mi dochody wystarczające na utrzymanie rodziny. Po kilku latach tej intensywnej pracy, niedospanych nocy i zaganianych dni zjawiła się choroba wrzodowa. Szpital. Operacja żołądka. Najstarsza córa w 1956 r. skończyła Technikum Budowlane i nie złożywszy egzaminu na Politechnikę w Warszawie poszła do pracy. Dzięki Niej, nie uszczuplając budżetu domowego porzuciłem część dodatkowych posad. W 1956 r. Dział Kadr z teczek personalnych zaczął usuwać opinie pracowników. Przed zniszczeniem tych dokumentów z ich treścią zapoznawał zainteresowanych. Moja opinia była dla mnie niezrozumiała. Brzmiała tak: „...sumienny, uczciwy, zdyscyplinowany, dobry organizator, udzielający się w pracy społecznej, lubiany przez współpracowników, ale były andersowiec, wróg obecnej rzeczywistości, pozostający pod szczególną opieką UB”. Po przeczytaniu tego ważnego na ówczesne stosunki dokumentu, zacząłem zastanawiać się Kim ja jestem. Zacząłem szukać samookreślenia. Dużo w tym czasie w codziennym życiu było propagandy i uświadamiania. Próbowałem analizować swoją świadomość. Stwierdziłem, że składa się ona ze świadomości narodowej, społecznej, politycznej, wyznaniowej i wielu innych. Nie umiałem znaleźć jednoznacznej, uogólniającej definicji na to słowo. Definicja ta rozpadała mi się i łączyła ze słowami sprawiedliwość, równość, prawda, braterstwo, przyjaźń i wielu innymi słowami. Stwierdziłem, że świadomość moja jest sumą nawyków i zasad nabytych w młodości i że te nawyki i zasady życia nie ulegają zmianom. Nowe nazwy jak moralność socjalistyczna, przyjaźń socjalistyczna, jedność socjalistyczna po analizie stawały się tylko powtarzaniem tych pojęć z dodatkiem „socjalistyczna”. Przy tych rozmyślaniach często towarzyszyło mi uczucie żalu i rodził się bunt przeciwko wszystkim, którzy wykorzystywali swoje uprzywilejowanie zdobyte nie pracą, ale przynależnością do PZPR. Zakład. Społ. Ins. Pracy byłem przez 3 kadencje. W roku 1957 na terenie Zakł. Energ. W Białegostoku (ZEB) zorganizowałem teatrzyk kukiełek. Gazeta pisała o nim tak: „Gong zapowiadający drugą część przedstawienia, przerwał naszą rozmowę. Pan Narkiewicz wrócił do swoich lalek, a ja zostałam z marzeniami. O, gdyby w naszych zakładach pracy więcej było takich zapaleńców inaczej wyglądałoby życie kulturalne Białegostoku. Mniejszy utarg miałyby knajpy, a izba wytrzeźwień mniej pacjentów, za to wyludnione świetlice rozbrzmiewałyby muzyką i gwarem”. Celem uzupełnienia tego urywka z Życia Białostockiego wyjaśniam, że w pracach tego teatrzyku „Pstryczek – Elektryczek” udział brało około 40 osób starych i młodych pracowników ZEB i dlatego w końcu artykułu wspomina się o knajpach. Teatrzyk istniał tylko 1 rok. W związku z rozbudową budynku administracyjnego rozebrano świetlicę i nową działalność tenże teatrzyk rozpoczął po kilku latach. Praca społeczna, a czasami i poważne zadania społeczne towarzyszyły mi do odejścia na emeryturę. Do końca pracy w tym zakładzie zawsze byłem przez załogę wybierany na członka Rady Zakładowej. Po ukazaniu się ustawy o Radach Robotniczych byłem upoważniony przez szeroki aktyw społeczny do zorganizowania takiej Rady w ZEB i byłem sekretarzem Rady Robotniczej w pierwszej jej kadencji. W roku 1969 włożyłem duży wkład pracy przy organizowaniu Przyzakładowego Koła Bojowników o Wolność i Demokrację i inicjatorem i współwykonawcą wielu zobowiązań tego koła na terenie naszego Zakładu. Ostatnie lata przed odejściem na emeryturę poświęciłem na pisanie kroniki białostockiej energetyki. W kronice tej dzięki relacjom najstarszych pracowników opisałem wydarzenia zaistniałe w Elektrowni Białostockiej i całej energetyce białostockiego województwa od roku 1908 do 1974. Są to 3 księgi 100-kartkowe formatu A-4 zapisane technicznym pismem z ozdobnymi dużymi literami. Zapisy są przeważnie udokumentowane zdjęciami i nazwiskami. Myślę, że dzięki tej kronice uratowałem dla przyszłych pokoleń energetyków dużo ciekawych wydarzeń i utrwaliłem pamięć dni, które już obecnie są historią. Za pracę swoją społeczną i zawodową przed odejściem na emeryturę zostałem odznaczony Medalem XXX-lecia PRL. Przeżyłem tu wiele sukcesów zawodowych i społecznych jak i również wiele załamań, a może i krzywd. Kończąc pisanie tego skróconego życiorysu uzupełniam go informacjami o rodzinie. Z małżonką przeżyliśmy zgodnie 45 lat. Wychowaliśmy 4 córy. Wszystkie są po wyższych studiach, 3 są już zamężne. Obdarzyły nas dotychczas 4 wnukami i 3 wnuczkami. Wszystkich nas łączą bardzo silne więzy rodzinne. Zaistniałe problemy życiowe, chwilowe niepowodzenia i trudności finansowe rozwiązujemy wspólnie. Życie żony i moje mimo pracowitej przeszłości i poważnego wieku nie jest dożywaniem naszych dni. Oboje ciągle jesteśmy aktywni i bardzo potrzebni dzieciom, wnukom, sąsiadom i społeczeństwu. Żona jest pogotowiem rodzinnym. W wypadkach losowych często na parę godzin biegnie do dzieci i wnuków z radą i pomocą. Ja czasem tylko włączam się do tego rodzinnego pogotowia, ale za to dużo majsterkuję i udzielam się społecznie w ZboWiD. W roku 1980 opracowałem księgę – album miejsc pamięci narodowej na terenie miasta Białegostoku. Często chodzę na spotkania z młodzieżą szkolną i przekazuję jej naoczną wiedzę o bohaterstwie polskiego żołnierza i chwały oręża polskiego z czasów ostatniej wojny. W roku 1981 odznaczony zostałem przez Radę Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa Medalem Srebrnym Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej przyznało mi 10 XI 1981 r. Srebrną Odznakę Zasłużony Białostocczyźnie. Kochałem i kocham pracę. W niej zawsze widziałem sens istnienia i cel życia. Po Sierpniu 1980 r., po ujawnieniu nadużyć partyjnych decydentów mam do nich żal, że zamiast obiecanego dostatku i rozwoju zgotowali narodowi polskiemu nędzę i chaos. Białystok dn. 10. XII. 1981 r. Podpis nieczytelny A. Narkiewicza

dyskutuj
comments powered by Disqus