Odrębne świadectwa
Wrzesień 1942

Od Kongresu Chirurgów w Leningradzie do Londynu

Witold Jarczyk

Szanowny Panie Profesorze! Zastanawiałem się czy nie napisać do Pana po angielsku, ale w końcu zdecydowałem się na język polski. Gratuluję prawdziwej odwagi jaka musi towarzyszyć historykowi, kiedy w Moskwie przedstawia swój punkt widzenia na II wojnę światową, tak różny od rosyjskiego. Jestem matematykiem, ale pasjonuje mnie historia i wiadomości o Pańskim wykładzie w ambasadzie polskiej uradowały mnie bardzo. Warto było, nawet jeśli choć jeden słuchacz, choć na chwilę, zwątpił w swoje dotychczasowe przekonania i zadał sobie parę pytań. Ucieszyła mnie niezmiernie wiadomość, że pracuje Pan nad nową książką poświęconą armii Andersa. Mój dziadek, Henryk Jarczyk, przeszedł z Andersem cały szlak bojowy, z Iranem, Palestyną (tu został żołnierzem 2 Korpusu), Afryką Północną, Anconą, Bari, Monte Cassino, by na koniec wylądować w Anglii w randze majora. Do Polski wrócił w 1948 roku, by rok później umrzeć w wieku 60 lat. Był lekarzem, w szczególności szefował oddziałowi szpitala w Bari, a potem służbom medycznym pod Monte Cassino. Szczególny był sposób w jaki dostał się do armii Andersa. Otóż na przełomie sierpnia i września 1939 roku brał udział w kongresie chirurgów w Leningradzie. Po wybuchu wojny w Polsce został internowany, a następnie wywieziony na Sybir. Do dziś, wśród swoich rodzinnych pamiątek, mam "otkrytkę" wysłaną przez dziadka do rodziny w Katowicach (przed wojną był tam dyrektorem szpitala Spółki Brackiej), rozpoczynającą się od słów "Czekając na wywóz". Długie miesiące na Syberii przeżył tylko dzięki miejscowym, którzy żywili go w największym głodzie i pomagali wyjść z chorób. A potem już prosto do Andersa. Dziadek (rocznik 1889) był Ślązakiem i Polakiem. Walczył w powstaniach śląskich i był komisarzem plebiscytowym w Katowicach, gdzie cudem uniknął śmierci po napadzie Niemców na siedzibę komisariatu plebiscytowego. Jak skomplikowane były wtedy losy Ślązaków niech świadczą miejsca zamieszkania jego rodzeństwa. Było ich ośmioro: 7 chłopców i 1 (najmłodsza) dziewczyna. Czworo mieszkało przed wojną na polskim Śląsku (głównie w Katowicach, brat dziadka Konrad był lekarzem księcia pszczyńskiego), dwoje na Śląsku niemieckim w Nysie, a jeden o imieniu Norbert w Anglii [sic!]. Może kiedyś napisze Pan coś o losach Śląska. Nie ma chyba wiele regionów w Europie, którego losy są tak zawiłe i trudne, choć piękne. Moja żona jest "prawdziwą Polką" spod Radomia i nie potrafi zrozumieć pewnej mojej inności jako Ślązaka (i równocześnie Polaka). Byłoby czymś pięknym poznać Pana spojrzenie na Śląsk i jego historię. Przesyłam ukłony i wyrazy głębokiego szacunku za wszystko czego Pan dotychczas dokonał. Witold Jarczyk

dyskutuj
comments powered by Disqus