Kwiecień 1942

Po Amnestii za winy niepopelnione

Estela Czekierska Radwanska

Po amnestii za winy niepopelnione Wiadomosci o amnestii dotarly do polskich wiezniow i wygnancow z opoznienienm, czesciowo celowym. Tysiace ludzi stracilo zycie podczas desperackich podrozy na poludnie ZSSR starajac sie dotrzec do osrodkow gdzie tworzyla sie armia polska i gromadzili sie polscy uchodzcy. Tylko czesciowo znane sa szczegoly tragicznych przezyc ludzi w tych dramatycznych wedrowkach ku wolnosci. Dopiero 6 miesiecy po ogloszeniu amnestii matka i ja dotarlysmy do Kermine pokonujac trudnosci i przeszkody podrozy z Sybiru. Wiedzialysmy, ze z tamtad odjezdrzaly transporty wywozace polskich zolnierzy i cywilow z Rosji. Po przyjezdzie dowiedzialysmy sie, ze wlasnie taki transport odjechal poprzedniego dnia pozostawiajac tlumy bezradnych ludzi tylko z nadzieja nastepnego transportu. Ilosc uchodzcow rosla z kazdym nadjezdzajacym pociagiem, prawie wylacznie byly to matki z dziecmi, ludzie starzy, chorzy i wycienczeni. Kermine znane jako "Dolina Smierci" to miejscowosc na poludniu Uzbekistanu. Dla niezliczonej ilosci gromadzacych sie uchodzcow nie bylo tam warunkow do przetrwania. Upalna temperatura, bezdrzewna pustynia, brak wody, wyschle aryki, insekty i brak hygieny. Pewna ilosc namiotow pozostwionych przez wojsko i zatloczone biedne uzbeckie lepianki nie dawaly dostatecznych pomieszczen pod dachem. Ruble nie mialy wartosci. Rozszalala sie epidemia tyfusu i dezynterii. Jedyny oddzial zolnierzy ktory pozostal by nami sie opiekowac zajmowal sie gotowaniem zupy, wydzielanej raz dziennie (nie konczace sie ogonki!)i kopaniem wspolnych grobow dla masowo umierajacych. Pewnego dnia liczylam i widzialam 80 cial ludzi zmarlych w jednym dniu, czekajacych na pochowanie we wspolnym bezimiennym grobie. W krotce zorganizowano maly polowy szpital wojskowy w pobliskim baraku. Jedna izba przeznaczona byla dla kobiet i dzieci, a druga dle mezczyzn. Bez kanalizacji, bez biezacej wody i prawie bez lekow. Brakowalo tez srodkow dezynfekcyjnych. Ordynowal tylko jeden lekarz wojskowy, pulkownik Strzelecki (matka uwazala ze on uratowal mi zycie) i kilka pielegniarek. Osobiste doswiadzenie podaje jako przyklad warunkow w jakich ludzie starali sie nie umierac w tych bezsilnych i bezlitosnych dniach i tygodniach czekania na nastepny transport. Zarazilam sie tyfusem. Zolnierze zaniesli mnie na noszach do szpitala. Przy drzwiach stal blaszany kubel zamiast sedesu i wiadro z woda. Usiadlam na najblizszym lozku. Lezal tam maly umarly chlopczyk ktorego miejsce mialam zajac. Naprzeciwko umierala mloda kobieta patrzac na mnie duzymi niebieskimi oczyma. Poprosilam o przeniesienie na inne lozko. Nowa sasiadka odwrocila sie ode mnie, powiedziala dowidzenia i umarla. Na lozku obok, na prozno przez cala noc walczyla ze smiercia piecioletnia Terenia Pawikowska. Jej ojciec zmarl poprzedniego dnia w przyleglej sali. (Jej matka podrozujac z nami umarla pozniej, juz "na wolnosci" w Pahlevi w Persji). W szpitalu okazalo sie, ze mialam, poza tyfusem, amebowa dezynterie, malarie i zoltaczke. Zamiast lekarstw dostawalysmy lyk wina, wszyscy z tej samej lyzki, a zastrzyki, jesli byly, wszyscy jedna igla z jednej strzykawki. Szczesliwie moje lozko stalo pierwsze z brzegu. Matka przynosila mi czysta, bo przegotowana wode z parowozu ktory zatrzymywal sie na stacji. Przezylam wszystko, dzieki ofiarnej milosci matki. Zapowiedziano nastepny transport do Krasnowodzka, skad przez morze Kaspijskie odplywaly statki z Rosji do Persji. Do transportu dolaczyc mogli tylko ludzie mogacy isc o wlasnych silach. Dowloklam sie do pociagu wsparta na ramionach matki i przyjaciela. Poza mna, zdaje sie, tylko jedna osoba "wyszla" ze szpitala. Bylam zbyt slaba aby pamietac dalszy etap podrozy. Wiem, ze przeladowanym statkiem, stloczeni, doplynelismy do portu Pahlevi w Persji. Goscinni Persowie gotowali dla nas gularz z tlustej baraniny. Wyglodzone zoladki nie mogly tego strawic, szpitale sie zapelnialy, i tym razem Persowie kopali glebokie groby. W przejsciowych obozach w Teheranie otrzymalismy podstawowa odziez z Czerwonego Krzyza, a takze ubranie z hojnych darow amerykanskich. Od tego czasu bylismy pod opieka polskich i angielskich wladz. Z Ahwazu, transportem przez morze, znalazlysmy sie z matka w Indiach w Valivade, Kolhapur. Do Anglii dotarlam w 1947 roku, lecz sama. Matka zachorowala i umarla w Indiach w ostatnich dwoch miesiacach przed wyjazdem. Nie bylo penicyliny. W Anglii, Ojciec czekal na mnie, lecz swojej zony juz nie zobaczyl. Ludzie ktorzy przezyli ciezki okres na zeslaniu, wierzac, ze kiedys spotkaja swych ojcow, mezow czy braci, gineli tracac zycia w drodze do wolnosci. Wsrod nas, uchodzcow podobnych wypadkow bylo bardzo wiele. Niejednokrotnie mysle o tragicznej powtarzajacej sie historii narodu Polskiego.

dyskutuj
comments powered by Disqus