Odrębne świadectwa
Kwiecień 1940

Stanisław Bowgierd

Beata Lamkiewicz

Mój dziadek Stanisław Bowgierd przed aresztowaniem i wywiezieniem do Archangielska służył w 77 p.p. w Lidzie w stopniu starszego sierżanta zawodowego na stanowisku szefa kompanii. Kiedy dziadka zabrali, moja babcia została z czwórką dzieci (wśród nich moja mama Helena) i tuż przed porodem z kolejnym. Zaraz po urodzeniu błagała lekarza, by wypisał ją do domu.. Jakby coś przeczuwała, bo jak tylko wróciła, przyszli Rosjanie, aby wywieźć ich na Sybir. Widząc, że babcia jest z małym dzieckiem i bardzo słaba chcieli najpierw zabrać te starsze, a babcię i małego za jakiś czas. Babcia się sprzeciwiła mówiąc, że wtedy ona też jedzie. Rosjanie szeptali coś na boku i powiedzieli, że przyjdą za parę dni po wszystkich. Byli już potem przygotowani i czekali na ten moment, ale nikt się nie pojawiał. Dopiero po dłuższym czasie przyszli inni Rosjanie, by tam kogoś zakwaterować i ogromnie się zdziwili, że dom ten nie jest pusty, bo z ich papierów tak właśnie wynikało. Niedługo po tym zdarzeniu ten niedawno narodzony Janusz umarł. Po tym jak cudem uniknęli wywózki, moja rodzina była przekonana, że urodził się tylko po to, aby uratować ich przed deportacją. Pewna Niemka, która pracowała w Kasynie Wojskowym załatwiła babci i dzieciom potrzebne papiery na wyjazd i babcia wróciła do swoich rodzinnych stron, do Kartuz. Dokładnie nie wiem kiedy to nastąpiło, ale w grudniu 1942 roku babcia z dziećmi była już na pewno w Kartuzach. Jestem w posiadaniu zdjęcia, które było już zrobione w tym właśnie czasie w tym mieście. Po wojnie dziadek ustalił ich miejsce pobytu przez Czerwony Krzyż. Dziadek dużo opowiadał o szlaku, jaki przemierzył, ale ja niestety jako dziecko nie bardzo byłam tym zainteresowana i bardzo ubolewam, że nic nie zapisało się w mej pamięci, a nie ma już nikogo z mojej rodziny kto mógłby mi to odtworzyć. Z opowiadań dziadka pamiętam jedynie, że po niewoli miał straszne rany na nogach i dopiero (chyba) w Iranie zagoiły się one po spożywaniu ogromnych ilości pomarańczy. Utkwiło mi też w pamięci jak opowiadał, że w walkach o klasztor na Monte Cassino był tak straszliwy huk od amunicji, że potem wszyscy na jakiś czas ogłuchli.

dyskutuj
comments powered by Disqus