Korpus we Włoszech
Sierpień 1944

Wspomnienie o Fryderyku Stefańskim

Iwona Stefańska

Zapamiętane przeze mnie okruchy wspomnień mojego ukochanego Ojca Fryderyka Stefańskiego, który w okresie II wojny światowej służył w: II KORPUSIE Armii Gen. Andersa; 5 DYWIZJI; 4 BRYGADZIE; 10 BATALIONIE; KOMPANII WSPARCIA; ODDZIALE ROZPOZNANIA. Mój Ojciec bardzo rzadko za życia powracał do przeżyć z okresu wojny. Wspomnienia i to często traumatyczne wracały nocą, w myślach i we snach … Mojej Mamie, a swojej żonie opowiedział o swoich wojennych losach jedynie raz w okresie narzeczeńskim. Potem zaś w okresie mojej wczesnej młodości zdarzyło się tylko raz kiedy opowiedział nieco więcej o tym okresie swego życia nam wszystkim. Wydarzenie to miało miejsce na wakacjach, nad morzem kiedy to całą rodziną siedzieliśmy przy ognisku, w pamiętną, upalną noc lat 70-tych. Ojciec, Fryderyk Stefański pochodził z Sandomierza, które to miasto zawsze nosił głęboko w sercu i od niepamiętnych czasów, prosił mnie często abym je dla niego namalowała. Urodził się 24 maja 1926r. Większość życia mieszkał, wraz z całą naszą rodziną, na Saskiej Kępie, gdzie mieściły się również Wodociągi Praskie, w których pracował mój Ojciec. Nasza rodzina to moja Matka - Halina, przez bliskich nazywana od zawsze Halusią. Rodzice poznali się w okresie studiów we Wrocławiu, pobrali się w 1953r. Rodzice zaś mieli dwie córki, które urodziły się w Warszawie. Jedną z nich jestem ja, która pisze to krótkie opowiadanie zebrane z okruchów relacji Ojca. Pamiętam początek historii z okresu okupacji kiedy to wszystko się zaczęło. Pewnego zimowego wieczoru tajemniczy gość wywołał Dziadka Pawła tj. ojca mojego Ojca do sieni ich domu w Sandomierzu, nie chcąc pokazywać się pozostałym domownikom. O tym nocnym przybyszu wiadomo było tylko tyle, że to ktoś z konspiracji. Dziadek szybko wrócił do mieszkania z podjętym postanowieniem aby to jego syn (a mój Ojciec, prawie dziecko), pobiegł nocą ponad 30 km żeby zawiadomić partyzantów, stacjonujących w okolicznych lasach o planowanej na nich obławie niemieckiej. Podobno było to bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie i aby zmniejszyć ryzyko, Dziadek podjął decyzję aby to mój Ojciec, wyglądający mniej podejrzanie, ze względu na bardzo młody wiek spróbował, pomimo godziny policyjnej dostać się do partyzantów… Było bardzo mało czasu żeby zdążyć ostrzec ich przed świtem. Trzeba było wyruszyć natychmiast. Ojciec wybiegł w tę ciemną i mroźną noc tak jak stał…, w locie zdążył tylko złapać rzuconą mu w pośpiechu kurtkę. Biegł w tę mroźną noc, w zupełnie sobie nieznane miejsce, nieznaną drogą, ciemną nocą, brnąc miejscami po pas w śniegu… Musiał też uważać na to aby nikt go nie zobaczył aby nie wpaść w ręce niemców. Po drodze miał dużo dziwnych i groźnych zdarzeń. Z drżeniem głosu opowiadał jak nagle zobaczył przed sobą … zjawę i mimo, że później wielokrotnie zdarzało mu się spać lub odbywać wartę w pojedynkę, w różnych dziwnych miejscach i na różnych cmentarzach, nigdy nie odczuwał z tego powodu lęku ani też nigdy nie przeżył czegoś podobnego… Opowiadał, że wtedy chciał uciekać, wracać z powrotem, całkowicie sparaliżowany strachem jednak poczucie odpowiedzialności nie pozwoliło mu na to i z bijącym jak młot sercem zamknął oczy i … po prostu szedł dalej .. czyli wszedł w tę zjawę, zagradzającą mu dalszą drogę… Kiedy po dłuższej chwili otworzył oczy - tej zjawy już nie było i niczego przerażającego nie widział, tylko ciemny las przed sobą… Dotarł do oddziału partyzantów na czas. Meldunek przekazał. Partyzanci uniknąwszy okrążenia przez niemców, zdołali się ocalić. Było to jedno z tych najbardziej traumatycznych wspomnień Ojca, o których nie wiedział sam co myśleć, nie rozumiał jak było to w ogóle możliwe żeby zobaczyć zjawę, czego był absolutnie pewien ale przeżył je i „zachował się jak trzeba”… Potem jeszcze kilkakrotnie choć już nie w tak dramatycznych okolicznościach kontaktował się z tymi partyzantami, pomagał im, wypełniając różne zadania. Był rok 1943, niemcy zaczęli poszukiwać mojego Ojca, w rezultacie został On zatrzymany i przetransportowany do obozu przejściowego w Częstochowie, gdzie gromadzono mężczyzn przeznaczonych do wywiezienia w głąb III rzeszy na przymusowe roboty … Prawdopodobnie była to forma represji za uaktywnienie się ruchu oporu na tym terenie. Ojcu udało się w brawurowy sposób uciec z tego obozu i wrócić do Sandomierza. Nie mógł już jednak nocować w domu, musiał ukrywać się w podsandomierskich wsiach. Po kilku tygodniach tej tułaczki chciał zobaczyć się z Matką i pod osłoną nocy zakradł się do domu … Tymczasem gdzieś w sąsiedztwie, krył się konfident, donosiciel którego tożsamości nie udało się ustalić… Dom rodzinny Ojca musiał być pod stałą obserwacją ponieważ natychmiast pojawili się konni żandarmi i tym razem przywiązali Ojca do konia i tak gnali go i wlekli za sobą przez całe miasto… Był luty 1944r kiedy Ojciec po raz drugi został schwytany przez Niemców. Wysłano go wtedy transportem na przymusowe roboty przy budowie mostów, przęseł mostowych gdzieś w okolice Wiednia. Po pewnym czasie Ojciec wraz z poznanym tam Polakiem, urodzonym we Francji uciekli we dwóch na teren Francji, jadąc, a właściwie leżąc na dachach pociągów. Na małej stacji kolejowej, która miała być miejscem docelowym tej niebezpiecznej, pełnej ryzyka podróży i dotarcia do ludzi z ruchu oporu, którzy mieli ich na tej stacji przejąć – okazało się, że nikt na nich nie czekał, nikogo na stacji nie było… Obydwaj uciekinierzy byli tym zupełnie zaskoczeni. Nie mieli żadnych dokumentów ani ubrań cywilnych ani pieniędzy, nie znali języka, nie wiedzieli co robić… Dopiero po dłuższym czasie od momentu kiedy pociąg, na dachu którego przemierzyli szmat drogi – odjechał, a na peronie zrobiło się zupełnie pusto, ludzie z konspiracji wyszli z ukrycia i zabrali ich ze sobą. W mieszkaniu, służącym za punkt kontaktowy miejscowego ruchu oporu przetrzymano ich około dwóch dni bo nie wiedzieli co dalej z nimi zrobić... Ostatecznie podjęto decyzję aby ich przerzucić do lasu, do partyzantki, działającej na terenie południowej tzw. wolnej Francji. Zdecydowano się na ten wariant m.in. ze względu na nieznajomość języka francuskiego przez Ojca, co mogłoby ściągnąć na nich poważne kłopoty czyli niemców. Do sierpnia 1944 roku mój Ojciec brał udział w działaniach francuskiej partyzantki. I nie wiem czy to w tych oddziałach czy może w polskiej partyzantce Ojciec przybrał pseudonim: Stanisław Stańczyk. Pozostało tylko pudełeczko, po jednym z odznaczeń Ojca z wypisanym odręcznie, tym właśnie imieniem i nazwiskiem. Pamiętam opowieść Ojca m.in. o miejscowości, którą Niemcy spalili z zemsty za to, że w jej pobliżu ich oddziały wysadziły pociąg, przewożący broń na front. A partyzanci będąc w pobliżu, widząc przygniatającą przewagę sił hitlerowskich i mając odciętą drogę ucieczki, ukryli się w rurach kanalizacyjnych, zrzuconych na skraju wsi i przygotowanych do montażu. W łunie płonących zabudowań, wśród krzyku ludzi i ryku zwierząt przeleżeli w ukryciu tak ze dwie doby gdyż obawiali się, że niemcy zaczaili się w pobliżu, oczekując na ich powrót. Innym razem oddział, w którym walczył mój Ojciec, dostał wiadomość o słabo chronionym pociągu pancernym i partyzanci postanowili zrobić zasadzkę i wysadzić go. Okazało się jednak, że wywiad zrobił złe rozpoznanie i pociąg ten był bardzo dobrze ochraniany przez towarzyszące mu olbrzymie siły niemieckie, m.in. na motorach etc. Kiedy partyzanci po wysadzeniu pociągu, ku swojemu zaskoczeniu - zorientowali się jak duże siły towarzyszą temu pociągowi próbowali uciekać. Niestety, niemcy byli zmotoryzowani… Cały oddział rzucił się do ucieczki, wpadli do lasu ale było zbyt późno, niemcy szli tyralierą, w odległości ok. 2m jeden od drugiego, przeczesując las… Ojciec widząc, że nie ma szans na ucieczkę, zaryzykował i rzucił się na ziemię wśród wysokich paproci, z odbezpieczonym granatem… za wszelką cenę chciał uniknąć złapania przez Niemców i nie chciał dostać się do niewoli hitlerowskiej… To była jedna z tych chwil kiedy świadomie żegnał się z życiem. Oczekiwał w napięciu na rozwój wydarzeń, zaciskając dłoń na granacie… Widząc zbliżający się szpaler niemców, nie miał nadziei na przeżycie … Tymczasem kiedy jeden z nich znalazł się tuż obok mojego Ojca, z Bogu tylko wiadomego powodu, akurat w tym momencie spojrzał w inną stronę i … nie zauważył leżącego, tuż koło jego nóg, człowieka… Ojciec jako jeden z nielicznych został w ten sposób uratowany. Oddział zaś całkowicie rozbity, zdziesiątkowany… Z opowiadania Ojca, pamiętam jak w sierpniu 1944r będąc w Tuluzie na defiladzie wojskowej przed gen. de Gaulle’m z okazji wyzwolenia Francji dowiedzieli się w przedstawicielstwie rządu londyńskiego o prowadzonych zapisach do Wojska Polskiego w Marsylii. Do Wojska Polskiego wstąpiło ich czterech. Po tygodniu zostali przetransportowani kutrem rybackim do obozu wojskowego w Bari. Mój Ojciec został przydzielony do jednostki lekkich czołgów i skierowany na kurs dla kierowców. Po sześciu tygodniach intensywnego szkolenia rozpoczął normalną służbę w oddziale rozpoznawczym pod Anconą. Został w ten oto sposób włączony do walki na froncie włoskim. Stał się uczestnikiem „kampanii włoskiej”. Na początku kwietnia 1945r. czołg Ojca wpadł na minę. Ojciec został ranny. Konsekwencje tego wydarzenia i poniesiony wtedy uszczerbek na zdrowiu odczuwał do końca życia. Ojciec znalazł się w szpitalu, gdzie zastał go koniec wojny. Wtedy to Ojciec zgłosił się do raportu z prośbą o umożliwienie mu nauki i zwolnienie z wojska. Tymczasem rozeszła się wiadomość o możliwości powrotu do Polski. Z wysłuchanej przed laty opowieści Ojca pamiętam, że przez pierwszy tydzień po zgłoszeniu przełożonym pragnienia powrotu do Ojczyzny, Ojciec trzymany był w izolacji, co niezbyt dobrze znosił ale po kilku dniach dołączył do niego inny żołnierz, chyba kucharz i wtedy było ich już dwóch i od razu zrobiło się raźniej. Przez przeszło miesiąc próbowano ich przekonać do zmiany decyzji, namawiając i przekonując aby odstąpili od tego zamiaru. Bezskutecznie. Na tak zdecydowaną postawę Ojca zapewne wpłynął fakt, że z różnych stron dochodziły do niego wiadomości, że w Sandomierzu front stał około pół roku i z tego co mówiono, miał się tam nie ostać kamień na kamieniu… W momencie zakończenia wojny, będąc tysiące kilometrów od domu, jak mówił Ojciec chciał zobaczyć chociaż…” lej po bombie, w miejscu gdzie stał dom” … Teraz krótka dygresja: W 1939 roku, kiedy zaczynała się wojna Ojciec miał zaledwie trzynaście lat i był najmłodszym z trojga rodzeństwa (miał jeszcze starszego brata Dionizego i siostrę Elżbietę), związany był silnymi więzami z rodziną a w sposób szczególny z Matką, która w czasie okupacji była więźniarką obozu w Ravensbruck. Cała rodzina rozpierzchła się po świecie i nic o sobie nawzajem nie wiedzieli, nie wiedzieli czy żyją pozostali członkowie rodziny. Mój Ojciec nie miał od nich i o nich żadnej wiadomości. Pamiętam opowieść kogoś z rodziny, że kiedy po wyzwoleniu wniesiono Matkę Ojca, a moją Babcię Zofię do domu, przywiezioną z obozu w Ravensbruck to nawet własny mąż, a mój Dziadek - Paweł jej nie poznał i mówił, że to pomyłka, że on tej osoby nie zna… To była sama skóra i kości – ważyła podobno trzydzieści parę kilogramów a przed wojną była wysoką i postawną kobietą … Wracając do historii Ojca, po pewnym czasie przewieziono ich do obozu gdzie gromadzono wszystkich chętnych do powrotu do Polski. Znowu upływały długie tygodnie a oni nie mieli żadnych wiadomości kiedy rozpocznie się ich droga do Ojczyzny. Pamiętam wspomnienie o strajku głodowym wszystkich żołnierzy w ramach protestu na opóźnianie się ich powrotu do domu. Wtedy przyjechał do nich jakiś ważny generał (angielski?), którego nazwiska już nie pamiętam aby uspokoić atmosferę i obiecał przyspieszenie procedur powrotu. W obozie zapanowała wielka radość. Po wielu tygodniach w końcu udało się, powróciła na nowo nadzieja powrotu.… W 1946r. Ojciec razem z pozostałymi chętnymi do powrotu żołnierzami powrócił do Polski po kilkutygodniowej podróży statkiem, na pokładzie którego znajdowało się również dwa tysiące angielskich kobiet, powracających z Bliskiego Wschodu. Płynęli przez porty angielskie, gdzie zostali rozbrojeni, a następnie dopłynęli do Ojczyzny, do Gdyni. Przez kilka dni statek nie mógł dopłynąć do polskiego nabrzeża i czekał na redzie na pozwolenie wejścia do portu…Nikt tu nie cieszył się z ich powrotu, nie witał powracających po wojennej tułaczce chlebem i solą…Pomarańcze i mandarynki, które wieźli ze słonecznej Italii dla swoich najbliższych, musieli wyrzucić – nie nadawały się już do niczego po tak długiej podróży i postoju w oczekiwaniu na decyzję i pozwolenie wpłynięcia do portu… Pociągiem obwieszonym ludźmi, nie mieszczącymi się w środku, dotarł w końcu do rodzinnego miasta - Sandomierza, który jak się okazało nie został jednak zniszczony… Ojciec po odrobieniu zaległości w nauce, zapisał się na kursy przygotowawcze, zdał eksternistycznie maturę a następnie dostał się na Politechnikę we Wrocławiu, którą ukończył w 1953r. Na szczęście, poza ciągłymi wezwaniami do składania zeznań o powód powrotu Ojca do Polski, potem zaś wyrzuceniem w trybie natychmiastowym z Wojskowych Zakładów Szpotańskiego w Warszawie, w momencie kiedy doszukano się faktu Jego służby wojskowej za granicą, niemożnością znalezienia innego zatrudnienia – nie dotknęły Ojca bardziej dotkliwe represje. Po pewnym czasie otrzymał w końcu pracę w Wodociągach Miejskich w Warszawie. Ojciec pracował przy budowie różnych obiektów wodociągowych wśród których najciekawszym była tzw. Gruba Kaśka – ujęcie wodne spod dna rzeki, gdzie zastosowano wiercenia poziome pod dnem Wisły. Mój Ojciec był też autorem wielu innych wynalazków. Pasją mojego Ojca były również sporty motorowodne oraz obserwacja i treningi gołębi pocztowych, które w ostatnich latach życia namiętnie hodował na działce pod Warszawą. Kiedy Ojciec był młodszy, brał udział w wielu wyścigach, zawodach ślizgaczy w barwach Legii a potem zaś, po jednym z bardzo groźnych wypadków, w czasie zawodów na Malcie w Poznaniu, z którego cudem wyszedł z życiem, przerzucił się na łodzie motorowe - motorówki. Moja Mama odetchnęła z ulgą. Uwielbiał wyprawy na Mazury, na ryby, gdzie spędzał czas bez wielkomiejskiego zgiełku, w ciszy, nad jeziorami, wśród przyrody, którą kochał. Jedną z ciekawostek jest fakt, iż Ojciec miał tam oswojone dzikie (!) łabędzie, które przypływały do Niego z najodleglejszych zakątków jeziora tylko na dźwięk Jego głosu, nawet po wielu tygodniach Jego nieobecności… Ojciec otrzymał też liczne odznaczenia, do których zresztą nie przywiązywał zbytniej wagi… m.in. takich jak: Krzyż Kawalerski OOP, Srebrny Krzyż Zasługi, Krzyż Partyzancki, Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino, brytyjski War Medal i Italy Star oraz inne krajowe. OPIS FOTOGRAFII 1. Mój Ojciec Fryderyk Stefański w battledressie we Włoszech; 2. Mój Ojciec Fryderyk Stefański w battledressie i pod bronią we Włoszech; 3. Fotografia mojego Ojca Fryderyka Stefańskiego z legitymacji studenckiej; 4. Mój Ojciec Fryderyk Stefański z siostrą i bratową, 30 maj 1948r.; 5. Moi Rodzice Halina i Fryderyk Stefańscy w okresie narzeczeństwa; 6. Moi Rodzice Halina i Fryderyk Stefańscy w okresie narzeczeństwa; 7. Fotografia ślubna moich Rodziców w ogrodzie Dziadków mojej Mamy – Feliksa i Franciszki Kordaszewskich w dn. 04.10.1953r.; 8. Zdjęcie mojego Ojca Fryderyka Stefańskiego z dyplomu ukończenia studiów; 9. Tytułowa strona biografii Ojca w biuletynie absolwentów Politechniki Wrocławskiej; 10. Pierwsza strona biografii Ojca; 11. cd. czyli druga strona biografii Ojca; 12. Nekrolog; 13. Płyta nagrobna na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

dyskutuj
comments powered by Disqus